Wzrost gospodarczy nie może być „zielony”

Opublikowano: 02.10.2018 | Kategorie: Ekologia i przyroda, Gospodarka, Publicystyka, Publikacje WM | RSS komentarzy

Przeczytano 887 razy!

Najnowsze wyniki badań wskazują, że można działać albo na rzecz wzrostu gospodarczego, albo ekologii. Nie da się jednak pracować jednocześnie na rzecz obu tych sfer.

Od dłuższego czasu w mediach pojawiają się informacje o nadchodzącej katastrofie ekologicznej. Przez ostatnich kilka lat wszystkie główne agencje prasowe, a także gazety takie jak „Guardian” czy „New York Times”, publikowały alarmujące artykuły na temat degradacji ziem uprawnych, zmniejszania powierzchni lasów czy załamania populacji ryb i owadów. Przyczyna tych niepokojących zjawisk jest znana: to wzrost gospodarczy i związana z nim konsumpcja, które wyniszczają ziemską biosferę. To przez nie już kilka lat temu przekroczono granice naszej planety, co, przez efekt domina, może okazać się katastrofalne w skutkach.

Wielu polityków chcąc zatrzymać ten niepokojący trend proponuje zamianę tradycyjnego modelu rozwoju gospodarczego na tzw. „zielony wzrost gospodarczy”. Podstawą tego zielonego wzrostu miałyby być inwestycje w bardziej wydajne technologie oraz stosowanie odpowiednich, także finansowych, zachęt do ekologicznych zachowań. Zwolennicy tej idei twierdzą, że takie działania pozwolą utrzymać tempo naszego rozwoju przy jednoczesnym zmniejszaniu jego wpływu na otaczający nas świat. Innymi słowy, wielkość PKB nie będzie wpływać na stopień zużycia zasobów naturalnych.

W założeniach brzmi to całkiem dobrze. Jest jednak jeden szkopuł: wyniki najnowszych badań nie potwierdzają, by zielony wzrost pomógł rozwiązać problemy związane z degradacją środowiska. Jak się okazało, jest to po prostu niemożliwe.

Określenie „zielony wzrost” zostało rozpowszechnione w 2012, na konferencji ONZ dotyczącej zrównoważonego rozwoju w Rio de Janeiro. W trakcie spotkania Światowy Bank, Organizacja ds. Ekonomicznej Współpracy i Rozwoju oraz Program Środowiskowy ONZ wystosowali raporty opowiadające się za zielonym wzrostem. Dziś jest to jedna z podwalin do realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ.

Niestety, idea zielonego wzrostu ma więcej wspólnego z myśleniem życzeniowym niż z rzeczywistością. Od czasów konferencji w Rio de Janeiro powstały trzy opracowania oparte na obszernych badaniach empirycznych. Wszystkie one prowadzą do jednego i tego samego wniosku: nawet w najbardziej sprzyjających warunkach całkowite rozdzielenie PKB od poziomu zużycia zasobów naturalnych jest niemożliwe.

W 2012 grupa naukowców, pod przewodnictwem niemieckiej badaczki Moniki Dittrich, jako pierwsza postanowiła przyjrzeć się idei zielonego wzrostu. Uczeni w oparciu o rozbudowany model komputerowy spróbowali przewidzieć, co stanie się z naturalnymi zasobami jeśli tempo wzrostu gospodarczego utrzyma się na dotychczasowym poziomie: 2-3% rocznie. Wyniki przeprowadzonych obliczeń wskazały, że konsumpcja dóbr naturalnych, w tym: ryb, zwierząt hodowlanych, lasów, metali, minerałów i paliw kopalnych, wzrośnie z 150 mld ton rocznie w 2012 do 180 mld ton rocznie w roku 2050. Dla porównania, wielkość zrównoważonego poziomu zużycia tych dóbr wynosi 50 mld ton rocznie, tyle, ile po raz pierwszy zdołaliśmy przekroczyć w 2000.

Następnie badacze sprawdzili co by się stało, gdyby każdy kraj na świecie już dziś zaczął stosować najlepsze praktyki zwiększające efektywność wykorzystania tych dóbr, co tak naprawdę jest bardzo optymistycznym założeniem. Dla tego przypadku wyniki okazały się nieco lepsze, konsumpcja dóbr wyniosłaby 93 mld ton w roku 2050. Nadal jednak jest to dużo więcej niż powinniśmy konsumować, trudno więc mówić w tym przypadku o zielonym wzroście…

W roku 2016 kolejna grupa naukowców podjęła się przeprowadzenia podobnej analizy. Tym razem oparto się na nieco innych założeniach. Przede wszystkim stosowane dotychczas najlepsze praktyki miały zostać jeszcze bardziej ulepszone i wdrożone przez wszystkie kraje. Poza tym wprowadzono by podatek podnoszący cenę węgla z 50 dolarów do 236 dolarów za tonę, zaś innowacje technologiczne pozwoliłyby podwoić efektywność wykorzystania zasobów naturalnych.

Mimo innych założeń wynik okazał się niemal identyczny co w badaniach Ditrich: jeżeli wzrost gospodarczy nadal wynosiłby 3% rocznie to w roku 2050 zużywalibyśmy 95 mld ton naszych dóbr. A to, jak już wiemy, ma niewiele wspólnego z ekologią.

W końcu, w zeszłym roku Program Środowiskowy ONZ, jeden z głównych propagatorów idei zielonego wzrostu, również podjął się przeprowadzenia badań w jego temacie. Przeanalizowano scenariusz, w którym ceny węgla wzrosną do 573 dolarów za tonę, nałożony zostanie podatek od wydobycia, a szybkość rozwoju technologicznych innowacji będzie niemała dzięki dofinansowaniu z budżetów państw. Wynik? W roku 2050 konsumpcja zasobów wyniesie 132 mld ton. Rezultat okazał się gorszy niż w poprzednich badaniach, ponieważ naukowcy uwzględnili w tym przypadku tzw. efekt odbicia, gdzie poprawa efektywności korzystania z zasobów naturalnych zmniejsza ich ceny, przez co wzrasta na nie popyt.

Wyniki powyższych badań są jednoznaczne: istnieją fizyczne ograniczenia dla efektywnego korzystania z ziemskich zasobów. Oczywiście, możemy produkować samochody i telefony, budować drapacze chmur bardziej wydajnie, jednak potrzebne materiały nie wezmą się znikąd. Możemy przesunąć trendy w gospodarce na usługi, np. edukację lub jogę. Jednak i w tym przypadku uniwersytety i sale do ćwiczeń również wymagają wyposażenia.

Nadszedł czas, byśmy zweryfikowali nasze postrzeganie idei zielonego wzrostu. Każde z wyżej wymienionych badań opierało się na wysoce optymistycznych założeniach. Zaś w rzeczywistości nie zbliżyliśmy się nawet do nałożenia podatku węglowego w wysokości 600 dolarów za tonę, a wydajność naszych technologii często nie wzrasta, a w niektórych branżach nawet maleje. Jednocześnie wyniki przeprowadzonych badań wskazują, że nawet jeśli zaczęlibyśmy działać tak jak należy, to rozdział wzrostu ekonomicznego od stopnia zużycia zasobów i tak pozostanie nieosiągalny, a problemy naszego środowiska będą się tylko powiększać.

Aby temu zapobiec trzeba stworzyć całkowicie nowy paradygmat. Wysokie podatki i technologiczne innowacje z pewnością pomogą, lecz nie wystarczą by rozwiązać istniejące problemy. Jedynym możliwym sposobem na uniknięcie katastrofy ekologicznej jest nałożenie mocnych ograniczeń na korzystanie z zasobów naturalnych, co zaproponował niedawno brytyjski ekonomista, dr Daniel O’Neill. Celem takich ograniczeń, realizowanych przez poszczególne państwa w oparciu o międzynarodowe traktaty, byłoby zapewnienie, że zarówno z ziemi jak i z wód nie weźmiemy więcej niż nasza planeta jest w stanie odtworzyć. Moglibyśmy również odejść od PKB jako wskaźnika ekonomicznego sukcesu na rzecz Rzeczywistego Wskaźnika Rozwoju (ang. genuine progress indicator, GPI), który uwzględniałby poziom zanieczyszczenia środowiska i eksploatacji zasobów naturalnych, tj. szkody wyrządzone naszemu środowisku.

W tym wszystkim ważna jest jeszcze jedna kwestia: powrót naszej cywilizacji do korzystania z zasobów Ziemi w wyznaczonych przez nią granicach oznacza odejście od ekonomicznego wzrostu, zaczynając od państw najbogatszych. Dziś jeszcze może się to wydawać abstrakcją, na szczęście jutro już niekoniecznie. Trzeba też wiedzieć, że postawienie granicy wzrostowi wcale nie oznacza ograniczania działań w dziedzinie ekonomii i gospodarki. Oznacza to tylko, że w przyszłym roku nie możemy wyprodukować i skonsumować więcej, niż to ma miejsce w roku bieżącym. Jest możliwe, niektóre sektory przez to zanikną, w tym te szczególnie szkodliwe dla ekologii i niekoniecznie potrzebne nam do przeżycia, jak np. produkty jednorazowego użytku.

Koniec wzrostu nie oznacza również zatrzymania poziomu, na którym żyjemy. Nasza planeta produkuje naprawdę dużo, problemem jest dystrybucja jej dóbr. Możemy podwyższać standardy życia niektórych poprzez dzielenie się z nimi tym, co już mamy, zamiast dalszego plądrowania naszej planety. Możemy również skrócić tydzień pracy, przez co wielkość produkcji się zmniejszy, ale zatrudnienie pozostanie takie samo. Tego typu inicjatywy, podobnie jak wiele innych dziś jeszcze „niedzisiejszych”, są kluczowe dla przetrwania naszego gatunku.

Autorstwo: Jason Hickel
Tłumaczenie: Xebola
Zdjęcie: hpgruesen (CC0)
Źródło oryginalne: ForeignPolicy.com
Źródła polskie: Xebola.wordpress.com, WolneMedia.net

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars Zostań pierwszą osobą, która oceni ten wpis!
Loading...

4 komentarze

  1. emigrant001 02.10.2018 13:16

    Samochody elektryczne na węgiel to jest dopiero ekologiczna innowacja.

  2. WacekPlacek 02.10.2018 17:17

    Cywilizacja Zachodu im bliżej upadku tym bardziej staje się żałosna. Największym zagrożeniem dla planety są „eksperci” którzy trąbią o ekologii i kreują przeróżne „zielone urojenia”.
    Już na początku XX wieku ludzkość wiedziała, że są dwa źródła energii i dwie drogi rozwoju cywilizacji, jedna droga redukcjonistów i materialistów którzy widzieli sens w procesach niszczenia, czyli spalanie węgla, rozkład jądrowy, inżynieria biotechnologiczna, a drugi sposób to podpinanie się pod naturalne i darmowe nurty energetyczne istniejące w przyrodzie bez wtrącania się w jej rytmy, czyli poznawanie świata bez rozcinania żaby na kawałki, energia wiatru, wody, słońca a także i ziemi, naturalne terapie wynikające z uważnej obserwacji zachowań a nie z cięcia wszystkie co żywe i kładzenia pod mikroskop. Wtedy to sami „eksperci” wyśmiewali i blokowali wszystko co dotyczyło naturalnych sposobów pozyskiwania energii, nauka tłamsiła i dyskryminowała te kierunki badań i robi to nadal bo najwięcej energii pochodzi z ziemi, z prądów tellurycznych z których naukowcy się śmieją, a za 20-30 lat będą o tym trąbić jak o jedynej ostatniej nadziei, jak już będzie po fakcie i za późno, tak jak dziś trąbią o wiatrakach z których się śmiali sto lat temu ale już jest za późno aby przebudowywać tak rozwinięte sieci urbanistyczne i ich stawianie niczego nie zmieni.

    Najbardziej konsumpcje nakręca fakt niskiej wydajności energii z procesów spalania (bo do spalenia trzeba pozyskać materiał a to kosztuje energię i ten koszt ponosi konsument) fakt niskiej jakości pożywienia i niskiej jakości medycyny, a właściwie brak pożywienia i medycyny za co możemy podziękować również „ekspertom” którzy tak byka za rogi złapali, że od ich „poprawiania natury” człowiek musi zjeść 10 pomidorów aby uzyskać to co jeszcze 30-40 lat temu uzyskiwał z jednego pomidora i nieustannie reperować swój system immunologiczny, który został zniszczony już od małego, wraz z pierwszą szczepionką i „lekiem” na grypę. Przekręt wszech czasów również nakręcany przez „ekspertów” którzy to wytępili wszelkie naturalne darmowe terapie, czyli „nowoczesna medycyna” która jest tak nowoczesna, że aby uzyskać podobny efekt który każdy może mieć darmowo z zioła rosnącego na pobliskiej łące, musi nałożyć na społeczeństwa ogromne składki które muszą pokryć niekończące się badania i niekończące się „lepsze” leki które codziennie są lepsze od tych wczorajszych ale nigdy nie są takie jakie mają być i nigdy nie będą. Dziś medycyna na tym oszustwie okrada ludzkość z 30 % dochodów, jak do tego dołączyć zniszczenie żywności przez „ekspertów od biotechnologii” to jeden pracownik musi iść i kupić te 10 pomidorów zamiast jednego pomidora, dodatkowo od ekspertów słyszy nonsens, że powinien jeść co 3 godziny (choć wcale nie jest to dziwne, skoro eksperci od inżynierii genetycznej tak „udoskonalili” pomidora), a jak tak często je, to ma nieustanne zaburzenia trawienia, które nieustannie reperuje lekami z apteki które nieustannie za nasze pieniądze „eksperci” ulepszają a które osłabiają jego system odpornościowy jeszcze bardziej, więc musi z wiekiem reperować więcej.
    Jakim cudem w takim absurdzie człowiek ma nie spalać ogromnych ilości energii, nie wycinać lasów pod nowe tereny uprawne, nie konsumować co raz to mniej trwalszych dóbr skoro „eksperci” zapewniają, że każdego dnia „wiedzą” więcej i jest lepiej, ale nikt nie mówi o tym, że na to urojenie postępu cywilizacyjnego w oparciu o ich „wiedzę” Kowalski musi każdego dnia zasuwać w pracy więcej?
    1/3 pracy tyramy na składki społeczne aby się leczyć z pracy i samego leczenia, które jest zwykłym oszustwem, kolejną 1/3 na puste jedzenie z którego też należy się oczyszczać, z ostatniej 1/3 płacimy rachunki za nisko wydajną energię i inne podatki, więc nie dziwne jest to, że nikogo nie stać na jeden konkretny i solidny telewizor, krawat, czy mebel na lata, może sobie pozwolić tylko na szajs, który należy nieustannie wymieniać… więc konsumuje, bo nic więcej mu nie pozostało.

    Kogo obchodzi „zielony wzrost gospodarczy” albo większe ograniczenia emisji skoro i tak „eksperci” swoją „wiedzą” sprawią że za niedługo będzie trzeba robić zrzutki na deszcz z nieba, bo już i te „niedoskonałości natury” zaczynają „poprawiać”. Przecież to oni, naukowcy, ekonomiści, politycy wykreowali cały problem blokując przez ostatnie stulecie wszelkie zdrowie kierunki rozwoju cywilizacji… i nadal to blokują jak tylko mogą a fakt ten maskują ekologią i zielonymi programami.
    Czas na podjęcie decyzji był przed wojną, u progu XX wieku, jak ktoś jest choć przeciętnie wyedukowany to wie jaki panował wtedy klimat w świecie Zachodu i jakie kierunki rozwoju mogła wybrać ludzkość. Niestety po wojnie wygrali „eksperci”, „naukofcy” od poprawiania „błędów natury” i budowania Elizjum, rujnowanie naszej planety właśnie wtedy rozpoczęło się na dobre. Każdy kto myśli, że można to teraz zatrzymać jest po prostu niesamowicie głupi.

  3. janpol 03.10.2018 01:13

    Co to za brednie? Jaki poważny „niedouczony” się pod tym podpisał? Być może nie wszyscy czytelnicy WM pamiętają ale ja tak! Jako żywo staje mi przed oczyma raport Klubu Rzymskiego i MIT z 1975 (bodaj, nie chce mi się sprawdzać, bo w guglach jak piszę „przepowiednie futurystyczne” to mi się głównie Lem zgłasza, to narzędzie zresztą powoli staje się bezużyteczne) z którego jasno wynikało, że gdzieś miedzy 1995 a 2000 rokiem nasza cywilizacja przestanie istnieć bo zanieczyszczenie środowiska i brak surowców naturalnych do tego doprowadzi a ratunkiem miało być zaprzestanie natychmiast produkcji przemysłowej, wydobycia surowców i ograniczenie przyrostu naturalnego (bodaj to się nazywało „zerowy wzrost”). I co?

    Przypominam garść faktów:
    – PKB to wskaźnik (jest ich zresztą kilka i wszystkie to bzdura), który NICZEGO nie wskazuje i nikt poważny nie bierze go pod uwagę. Wielokrotnie lepsze są wskaźniki np.: Big Mac Index czy HDI;
    – pomijając wszystkie patologie „sterowanego wolnego rynku” nie da się ukryć, że hurtowa cena benzyny (paliwo na bazie surowców naturalnych) i np etanolu (ew. biopaliwo) „w bramie fabryki” jest porównywalna, więc „bzdur-wieszczenie”, że biopaliwa są i będą nieopłacalne to totalna bzdura i tylko brak WOLI POLITYCZNEJ „rzomdzoncych elyt” (oraz głupota i tumiwisizm wyborców, ale już się chyba powtarzam…) jest przeszkodą w upowszechnieniu ich masowej produkcji;
    – kolejny raz przypominam, że stoimy u progu rewolucji w komunikacji i lada moment przesiądziemy się, w znacznym stopniu (najpewniej na początek jako transport osobisty i ew. przesyłki kurierskie) na quadro-, heksa- i inne …koptery i cała ta infrastruktura drogowo-, kolejowo- mostowa przestanie być w takim zakresie potrzebna a rozwój, tylko na zupełnie nowej płaszczyźnie będzie postępował (przykład, że rozwój może być duży ale w zupełnie zaskakującym kierunku);
    – tego czy np. polski zł jest przewartościowany czy niedowartościowany nie dowiemy się do „psofesorów ekonologi” bo sami się nie mogą dogadać a co dopiero wymagać od nich prawidłowych prognoz na przyszłość. Dotyczy to oczywiście i innych „zmafcóf” w tej dziedzinie.

  4. Michał Sędziwoj 03.10.2018 11:22

    W świecie, w którym zysk finansowy uzyskuje się poprzez konsumpcję, przez co żeby uzyskać dostęp do większej ilości zasobów zużywa się więcej zasobów, w którym celowo obniża się jakość produkcji żeby ów produkcję zwiększać ponad realne potrzeby, w którym bardziej opłaca się wyrzucić niż naprawić, bardziej opłaca się leczyć niż wyleczyć, w którym 1/3 wyprodukowanej żywności jest marnotrawiona, dopóki nie zmieni się podstaw modelu, a szczególnie definicji zysku, wszelkie konferencje, sympozja, organizacje, publikacje w temacie ekologii są tylko… marnowaniem zasobów.

    Dodatkowo cenzurowanie węgla w sytuacji gdy największą sprawność mają elektrownie oparte o gazowany węgiel i koks poddaje pod wątpliwość intencje ów ruchów ekologicznych.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz.
Jeśli już się logowałeś - odśwież stronę.

pl Polish
X