Objawienia czy objawy? Przypadek Faustyny Kowalskiej i Rozalii Celakówny

Opublikowano: 10.08.2019 | Kategorie: Publicystyka, Publikacje WM, Wierzenia

Liczba wyświetleń wpisu: 3539

Co byś, drogi Czytelniku, osądził o kimś, kto jednej osobie o tej samej sprawie mówi jedno, a innej coś przeciwnego? Właśnie: że jest dwulicowa, obłudna, albo dopuszcza się manipulacji, ewentualnie próbuje poróżnić swoich rozmówców. Tak się właśnie stało w przypadku rzekomych „objawień” krakowskich mistyczek, świętej Faustyny Kowalskiej (1905-1938) i Rozalii Celakówny (1899-1941). Jak dotąd, nikt jeszcze nie zestawił porównawczo tych dwóch ważnych dla polskiego Kościoła postaci, rozpatrując je osobno. Kiedy jednak porównamy pisma pozostawione przez obie mistyczki, musimy poczuć konsternację: obie powołują się na źródła mówiąc oględnie „nadprzyrodzone”. I obie o tych samych sprawach twierdzą rzeczy zupełnie sprzeczne.

Obie kobiety całe swoje życie związały z Kościołem katolickim. Pochodziły z wiejskich, superpatriarchalnych rodzin i nie odebrały solidnego wykształcenia, za to bardzo surowe, wiktoriańskie wychowanie, koncentrujące się przede wszystkim na represji libido i innych naturalnych instynktów. Od dziecka były uczone, że muszą we wszystkim słuchać starszych, szczególnie ojca, że jedyną prawdziwą religią jest wiara katolicka, że najgorszym złem na planecie jest sfera seksualna człowieka i że stale im będzie towarzyszyć sam Bóg, który wie i widzi wszystko. Tresowane, a nie wychowywane dzieci o żywym, a nawet bujnym temperamencie zostały skutecznie utemperowane i zaimpregnowane na wszelkie wpływy „złego świata”. Zamiast uczyć je dojrzewać do świata i jego dóbr, uczono je zamykania się w sobie, ucieczki i wycofania z wszelkich relacji międzyludzkich. Ważne były jedynie relacje z najbliższą rodziną, o rysach patologicznych oraz relacje z Kościołem. Zarówno Faustyna, żyjąca na Mazowszu, jak i Rozalia, mieszkanka wsi w Beskidach na południu kraju, nabrały przekonania, że nauka i edukacja są „Bogu niemiłe”, że uczyć się można tylko religii i to tej odziedziczonej i że wszystko należy poświęcić dla Kościoła, a zwłaszcza osobiste cele, dążenia, pragnienia, aspiracje i ambicje, sferę seksualną, plany i postanowienia. Kościół stał w centrum świadomości obydwu mistyczek i wielu innych, całkowicie dominując w polu uwagi kobiet. Ani na moment nie mogły skierować uwagi gdzie indziej, na zwyczajne problemy ludzkości – istotne były tylko sprawy ducha.

Pozostawione zapiski mistyczek są łudząco podobne: tak samo obie uznają się za „największe nędze”, niegodne niczego dobrego, godne potępienia i najsurowszej kary, oczywiście pośmiertnej. Religia katolicka, w obrębie której odbywa się owo mistyczne przedstawienie w teatrze o rysach wybitnie histerycznych, represjonuje szczególnie emocje związane z seksualnością. Pod surowymi sankcjami zabronione są wszelkie „akty”, jak to nazywają przedstawiciele Kościoła, zarówno heteroseksualne (z wyjątkiem małżeństwa i to pod warunkiem stosowania tzw. naturalnych metod planowania rodziny, wybitnie nieskutecznych, o czym wiele par już się boleśnie przekonało), jak i zwłaszcza homoseksualne, autoerotyczne i wszelkie formy „podrasowywania seksu”. Nie koniec na tym: ówczesne nauczanie Kościoła, które tak bardzo się wcale nie zmieniło w Polsce, kładzie nacisk też na sferę mentalną: są więc „dobre myśli” i „złe myśli”, „grzeszne myśli”. Te drugie z reguły dotyczą „brudnego seksu”, a przyzwolenie na nie ma być grzechem śmiertelnym, za który przewidziane są najwyższe sankcje (pozbawienie człowieka przez Boga życia wiecznego po śmierci). Z pism Faustyny wynika, że przeżyła na tym tle nawet halucynację infernalną, czyli w swoim mniemaniu „wizję piekła”, gdzie najwięcej karze się za grzeszną aktywność seksualną za życia ziemskiego, zarówno mentalną (wyobrażenia i fantazje erotyczne), jak i dosłowną. Już samo skierowanie myśli na mężczyzn, nazywanych pogardliwie „biednymi stworzeniami”, jest złe i może prowadzić do zła. Zabroniona krótko mówiąc była dla obu mistyczek wszelka śladowa choćby aktywność seksualna. Jak sądzi wielu dawniejszych seksuologów i psychologów, mogło to spowodować bardzo poważne problemy psychiczne z omamami włącznie.

Nie sposób dziś dłużej uznawać autentyczności objawień krakowskich mistyczek. Obie twierdziły, że doznają objawień od Boga. Obie wierzyły, że dostąpiły kontaktu z transcendencją i że przemawiają do nich osoby zmarłe, Jezus, Duch Święty, Maryja czy aniołowie. Niestety, wiarę tę kompromituje proste porównanie rzekomych przekazów od Boga. Jeśli obie mistyczki twierdzą, że mają poznanie z jednego i tego samego źródła, to przekaz powinien być taki sam w takiej samej sprawie. Niestety, przekaz jest sprzeczny. Oto do Faustyny miał Jezus powiedzieć, że „nie chce karać zbolałej ludzkości”, a w tym samym czasie do Rozalii Celakówny grozić surowymi karami z wojną włącznie za „grzechy nieczyste”, pod którym to pojęciem nie należy rozumieć stosowania antykoncepcji (bo jej jeszcze nie było), lecz autoerotyzm. Pozwala to zastanowić się, dlaczego obie mistyczki tak bardzo koncentrują się i fiksują wyłącznie na tym „szóstym” i „dziewiątym” przykazaniu z Dekalogu, jakby nie istniały inne, choćby czwarte, z którym kobiety miały wybitne problemy.

Powtórzmy jeszcze raz: gdyby nawet przekaz od Jezusa w sprawie Polski i ludzkości był taki sam, albo chociaż podobny, nie dowodziłoby to jego prawdziwości, a jedynie przypadkowego zbiegu okoliczności. Tymczasem zarówno Rozalia, jak i Faustyna ulegają złudzeniu, poczciwie i dobrodusznie po prostu się mylą, bo nie sposób je posądzić o celowe oszustwo. Niestety, na każdym kroku przekazy co do ludzkości są sprzeczne: ten sam „Jezus” w bardzo bliskim czasie żąda od Faustyny ogłoszenia miłosierdzia dla całego świata, a „inny” Jezus od Rozalii żąda dokonania uroczystego aktu intronizacji Chrystusa na Króla Polski i całego świata. Pomijając ewidentne błędy biblijne i teologiczne, można postawić pytanie: dlaczego Jezusowi nie wystarczyło żądanie miłosierdzia od Faustyny albo żądanie tylko intronizacji? Przy najbardziej życzliwej interpretacji można by mówić o uzupełnianiu się przekazów z nieba, ale to wygląda tak, jakby ten sam Jezus jednocześnie mówił co innego jednej mistyczce, a co innego drugiej, albo wręcz wypowiadał naraz dwa sprzeczne zdania. Nie da się więc mówić, że jedno objawienie jest prawdziwe, a drugie fałszywe, bo niemal na pewno oba są fałszywe. Nie chodzi tu o żadne celowe oszustwo, tylko o fakt, że słuchając „głosów” z nieba, obie mistyczki po prostu się myliły. Uważna analiza objawień pokazuje jeszcze gorszą rzecz: nie tylko „Jezus” mówi co innego jednej mistyczce, a co innego drugiej w tym samym niemal czasie i środowisku, ale już w ramach osobno analizowanych zapisków widać głębokie rozszczepienie, wręcz rozdwojenie jaźni: raz Jezus Faustyny pociesza, łagodzi, jest „pozytywny”, a raz grozi, upomina, nalega, rozkazuje i żąda; raz Jezus Rozalii jest pełen ciepła i miłości, dobrych intencji, a innym razem człowiekiem odmienionym nie do poznania – groźnym, dalekim, oschłym, nieczułym i obojętnym na los tych, których zamierza ukarać, a do tego nazywa nadchodzącą wojnę „karą z miłości”. Jest to oczywiście nie głos samego rzeczywistego Jezusa, ale „Jezusa” skonstruowanego w toku religijnej indoktrynacji obydwu mistyczek. Nie da się jednocześnie wierzyć w to, co zapisała w swoim „Dzienniczku” Kowalska i w to, co napisała Celakówna. Ale jest jeszcze gorzej: nie sposób uwierzyć we wszystkie zdania, bo co jedno to sprzeczne z pozostałymi. Na poziomie głębokich struktur gramatycznych dokonuje się „schizis”, świadcząca o podobnego typu rozszczepieniu jaźni. Sprzeczne myślenie i przekonania, wywodzące się z wczesnego dzieciństwa i traumy kastracyjnej prowadzą do równie sprzecznych emocji i gwałtownych wyładowań. Niespójność tekstów nie schodzi przy tym poniżej zdania – czytane osobno i wyrywane z kontekstu sprawiają łudząco wrażenie prawdziwych, co najmniej zaś prawdopodobnych. Ale tu właśnie kryje się pułapka – gdyby sprzeczność dotyczyła pojedynczych zdań, łatwo byłoby to zauważyć; kiedy jednak sprzeczne są odległe zdania w tekście, ów cały sprawia wrażenie spójnego i tylko bystry czytelnik jest w stanie zorientować się w chaosie psychicznym, jakiego doznawały krakowskie mistyczki.

Pozostańmy z najważniejszą tezą tego tekstu: czy jest możliwe, aby ten sam „Jezus” mówił każdej mistyczce co innego, a nawet wprost sprzecznego? I dlaczego od jednej żądał miłosierdzia i jego nowych form, a od drugiej intronizacji pod surowymi sankcjami w razie niespełnienia żądania? Dlaczego to samo „źródło X” przekazuje sprzeczne informacje? Czemu to miało służyć?

Pozostaje wniosek następujący: niemal pewne jest, że obydwa, tak ulubione w Kościele do dziś objawienia są fałszywe i stanowią wytwór fantazji mistyczek, zamkniętych w ciasnym świecie Kościoła (Faustyna nawet dosłownie), które przeszły traumę tresury religijnej we wczesnym dzieciństwie i całkowicie wyparły wszystko, co „światowe”, „cielesne”, więc niewarte uwagi. Kamień odrzucony przez budujących staje się jednak prawie zawsze kamieniem węgielnym: odrzucając „brudny świat”, skazały się obie mistyczki nie tylko na utratę zdrowia i przedwczesną śmierć, ale i zainfekowały mentalnie swoimi chorymi ideami mnóstwo ludzi na całym świecie. Nie mówiąc o tym, że straciły szanse na normalne, ale przez nich najwyraźniej pogardzane, „niegodne” życie, wypełnione trudami drogi małżeńskiej, rodzicielskiej czy zawodowej. Tajemnicę, dlaczego tak wybrały, zabrały do grobu. Nigdy się więc nie dowiemy, na co chorowały mistyczki w głębi serca i co nimi kierowało, gdy podejmowały ważne decyzje życiowe. I może stanowią dla nas ostrzeżenie zza grobu, że pozory zawsze mylą.

Postać Rozalii Celakówny jest bardzo popularna w pewnych, zwłaszcza silnie tradycjonalistycznych kręgach Kościoła katolickiego. Niektóre środowiska, których celem jest intronizacja Chrystusa na Króla Polski, postulują wręcz wyniesienie jej na ołtarze i obwołanie świętą. Przyjrzyjmy się bliżej i bardzo dokładnie jej przedwcześnie zakończonemu życiu (żyła 43 lata) i nie dajmy się zwieść presji owych środowisk. Zamierzam udowodnić, że Celakówna cierpiała na jedno z dość popularnych zaburzeń psychicznych i częściowo umysłowych, co nie przeszkadzało jej jednak dość dobrze funkcjonować w pracy w szpitalu krakowskim w charakterze sanitariuszki i salowej i w Kościele, z którym była wręcz organicznie związana, wręcz – zniewolona.

Jej choroba ma prozaiczne przyczyny, dające niezwykłe bogactwo objawów psychiatrycznych: to mieszanka nerwicy natręctw, depresji, w której były momenty podniesionego patologicznie nastroju oraz częściowo zaburzeń schizoafektywnych, w których okresowo doświadczała omamów słuchowych oraz pseudo-halucynacji wzrokowych. Jej życie jest tragicznym przykładem, jak ze zwykłego dziecka, ciekawego świata można zrobić psychiczny wrak za pomocą nauczania kościelnego.

Pamiętajmy, że diagnozowanie osób zmarłych jest dyskusyjne – to samo było w przypadku innych mistyków czy świętych, proroków czy apostołów, niemniej niemal na pewno Rozalia Celakówna odbiegała w sposób patologiczny od normy psychicznej. Jej nerwica na podłożu kościelnym przebiegała w dramatyczny sposób: od nadmiernej, wręcz skrajnej pobożności, przez głosy schizofreniczne aż po wewnętrzne wizje piekła i szatanów, czyhających na jej młodą duszę, przekonaną, że „jest największą grzesznicą”. Prawdopodobny, choć wyparty bardzo silnie kompleks masturbacyjny, zdarzający się często u młodych panien wtedy, choć nie dopuszczany do świadomości jako „największe zło”, dawał patologiczne wyrzuty sumienia i stałe poczucie winy, owocujące skrajną depresją z myślami samobójczymi włącznie. To, co wyczytałem w jednej z jej biografii jest przerażające. Przykład: ktoś Rozalię, mającą już 19 lat, zapytał, kiedy wychodzi za mąż, na co jej ojciec omal nie uderzył pytającego, mówiąc, żeby „nigdy przy dziecku nie wymawiał takich słów i nie mówił o takich rzeczach”. Przy dziecku, które ma 19 lat! I o takich rzeczach! Jakich mianowicie!?

Patologię rodziny Celakówny widać jak na dłoni: surowe wychowanie, karanie za najmniejsze przewinienia, uwięzienie w domu, zakaz wychodzenia, klasztorne stosunki między rodzicami i rodzeństwem, ciężka praca na roli, środowisko wiejskie, silnie patriarchalne z dominującą figurą „ojca”, zagniewanego programowo i na zapas. Ciężki poród, który omal nie zakończył się śmiercią, podobnie jak przebyte ciężkie choroby dzieciństwa – świnka, odra, dyfteryt. Dojrzewanie w atmosferze podejrzliwości – Rozalia musiała nawet jako nastolatka ‘spowiadać się’ rodzicom z lekcji w szkole. Tłumienie aż po niemal psychiczną kastrację seksualności – postrzeganie ciała i seksu jako domeny grzechu, diabła i moralnego bagna. Do tego przyczynił się epizod z próbą molestowania, po której to traumie Rozalia „znienawidziła mężczyzn”. Nienawiść, postrzegana jako grzech, a zarazem cnotę doprowadziła do całkowitej dewastacji młodej, dojrzewającej, wchodzącej dopiero w świat, a raczej żyjącej naprzeciw świata psychice.

Oczywiście ludowa, sąsiedzka mitologia religijna próbowała już za jej życia zrobić z niej kolejną zmagającą się ze swym libido świętą i nie zauważała ewidentnej patologii. Biograf Celakówny zachwyca się na przykład tym, że w domu rodzinnym służącej „czytano tylko pobożne książki”, konkretnie – żywoty świętych. I dla równowagi…Sienkiewicza. No, tak inne lektury były zbyt frywolne jak na młodą, niewinną duszę. Kolejny zachwyt nawiedzony biograf, ewidentnie przenoszący na papier swoją fascynację krypto-erotyczną postacią Celakówny, wypowiada, gdy twierdzi, że „Rozalia jeździła do Krakowa nie, żeby zobaczyć Wawel, muzeum czy pójść na rynek. Nie! Ona jeździła, aby pójść do spowiedzi!”. Może przykładów już wystarczy choć zapewniam, że podobnych scen jest więcej i to bardziej pikantnych intelektualnie. Oto Rozalia twierdzi, że najlepsze, co można zrobić dla swego Pana, to wyrzec się absolutnie wszystkich światowych i życiowych przyjemności. Bóg niczego innego nie pragnie, tylko napawania się dymem ludzkich cierpień i skrajnej ascezy, a szczególną rozkosz sprawia mu wyrzeczenie się przez ludzi przyjemności, szczególnie oczywiście erotycznej, którą wcześniej sam stworzył. Po prostu ojciec Rozalki bał się, że córka przyjdzie z brzuchem i to samo dotyczyło innych niezbyt zamożnych rodzin wtedy. W razie ‘wtopy’ infamia sąsiedzka była pewna i dyshonor na wieki. Obsesja, wręcz histeria na punkcie seksu wtedy w Kościele przedsoborowym była pełnoobjawowa: wszystko, co wiązało się, choćby pośrednio z seksem, było z automatu złe, a na zasadzie prawa, że wyparte powraca w innej formie, wrażliwe natury dostawały histerii, nerwicy anankastycznej (obsesyjno-kompulsywnej), w skrajnych przypadkach omamów, urojeń i halucynacji. Jest niemal pewne, że wszystkie słyszane i spisane potem w autobiograficznych zapiskach „głosy” pochodziły z głowy Celakówny i nie miały nic wspólnego ze światem nadprzyrodzonym, podobnie jak widziane obrazy, „wizje” i rzekome objawienia. Wszystko odbywało się w jej głowie i tam rozgrywał się jej dramat, wyreżyserowany przez „ojca”, tyle, że tego ziemskiego, biologicznego, a nie metafizycznego. Podobne brednie, jak te, które fragmentarycznie wyczytałem z cytowanej biografii (nazwisko autora wielkodusznie przemilczę), jeszcze do dziś snują się po kątach różnych zapadłych parafii, zakrystii i plebani. Jest szokiem dla mnie, że już w czasach, kiedy stosuje się leczenie psychotropowe, nadal część Kościoła święcie wierzy, że takie postacie, jak Rozalia czy Faustyna Kowalska są jakoś oddzielone od „zwykłych”, pogardzanych przez środowiska kościelne pacjentów, że mają jakąś pieczęć, która je wynosi poza zwyczajne prawa psychologii klinicznej, że są jakoś uprzywilejowane.

Pamiętajmy też, że ówcześnie diagnostyka psychiatryczna raczkowała. Poza tym w przypadku do osób duchownych oraz ludzi związanych blisko z potężnym wtedy Kościołem, panowała zmowa psychiatrów, aby nie stawiać żadnych diagnoz i uznawać ewidentne nawet przypadki patologii jako normę. Czyniono tak po prostu w obawie przed Kościołem i w trosce o dalszą karierę lekarską. Czy wyobrażacie sobie Państwo, że w latach 1920., przed Soborem, jakiś psychiatra nazwie wizje Rozalii „urojeniami” albo co gorsza – halucynacjami? Taki lekarz następnego dnia, o ile by go dożył, musiałby zamknąć praktykę i odwołać swoją diagnozę. Sprawa toczyła się wszak o sprawy nie tylko światopoglądowe, ale wręcz metafizyczne. Nie było więc mowy, żeby pisano w zaświadczeniach prawdę, albo całą prawdę.

Kiedy cofniemy się na moment do wczesnego dzieciństwa, które – zdaniem Freuda i wielu jego uczniów – stanowi newralgiczny punkt rozwoju osobowości, widzimy, jak wpajano małej Rozalce brednie w rodzaju, że „anioł stróż zawsze stoi przy tobie i widzi wszystko i zna wszystkie twoje myśli”. Jak się nietrudno domyśleć, taka i podobna indoktrynacja wywołała w dorosłym życiu (ale nie dojrzałym, bo Rozalia pozostała dużą dziewczynką w rozwoju) urojenia odsłonięcia – poczucie, że „Bóg wszystko widzi i nic się przed nim nie ukryje”. Takie urojenia dziś leczy się powszechnie w szpitalach dla nerwowo chorych za pomocą leków oraz psychoterapii. W czasach Rozalii nie było to jeszcze możliwe. Co bardziej inteligentne pacjentki z powszechnymi w schizofrenii urojeniami tego typu przechodziły prywatną psychoanalizę, nawet jeżdżąc za granicę. Rozalia jako pochodząca z niższej klasy społecznej nie miała żadnych szans. To, że przeżywając takie omamy w ogóle jako tako spełniała swoje obowiązki zawodowe i tak świadczy o niezwykłej sile psyche, której jeszcze dziś, my ludzie nie doceniamy. Nieustannie popularne są projekcje i przeniesienia na zewnątrz – nie wierzę, że głosy pochodzą z mego wnętrza, one na pewno są od Boga. Ciekawe w tym jest to, że nie była to osoba zupełnie upośledzona i wykazywała nawet poczucie humoru oraz przejawy co najmniej przeciętnej inteligencji. Niestety, jej siły ducha i własna wola zostały scedowane na wolę rodziców najpierw („co postanowili, tak się musiało stać”), a potem wolę spowiedników, która oczywiście w jej mniemaniu była wolą samego Jahwe. Tak zupełnie ubezwłasnowolniona była według mojej wiedzy spośród córek Kościoła jedynie święta Faustyna, której depresję świetnie opisał psychiatra Jerzy Strojnowski z KUL. Kompletny brak woli własnej, rozumianej błędnie jako „grzeszna samowola”, wyrażał się w ogólnym osłabieniu, awolicji i niezdolności podejmowania najprostszych decyzji życiowych. Na przykład rodzice nie chcieli, aby wyprowadzała się z domu, mimo, że dawno ukończyła dwadzieścia lat. Ponieważ bała się ich gniewu i kary, bardzo przeżyła rozstanie z rodziną. Do końca życia miała ciężkie skrupuły związane z samowolnym, jak mniemała, opuszczeniem gniazda rodzinnego. Żeby je zracjonalizować, sądziła, że to „Bóg tak chce”. Wtedy jej odpowiedzialność malała, bo zawsze mogła się usprawiedliwić, że „tak chciał Jahwe”. Tyle, że jest niemal pewne, że Jahwe jako stwórca wszechrzeczy raczej mało przejmuje się decyzjami życiowymi jakiejś biednej dziewczyny ze wsi podhalańskiej, której rodzice zrobili zaiste wszystko, aby uczynić z niej kalekę życiową i okaleczyć z wszelkiego człowieczeństwa, którego miarą jest właśnie własna, wolna i silna wola.

Kończąc ten wstępny szkic, trzeba powiedzieć wyraźnie, że nawet jeśli przypadek Rozalii Celakówny nastręcza badaczom pewne trudności diagnstyczne, niemal na pewno oznacza to, że mamy do czynienia z ciężkim przypadkiem przewlekłej schizofrenii religijnej, obudowanej kulturą kościelną i ukrytym w ten sposób przed specjalistami.

Wokół Kościoła i dziś kręci się mnóstwo osób, których stan psychiczny zdecydowanie implikuje natychmiastową pomoc psychiatryczną, a w wielu przypadkach – hospitalizację. We wspólnotach charyzmatycznych spotkać można i dziś, mimo tak świetnych możliwości, jakie daje medycyna, ludzi pogubionych, wewnętrznie złamanych, pozbawionych swej jaźni i poczucia ciągłości linii życia. Ludzie ci, z załamaną osią czasu, potrzebują nie modlitwy ani wody święconej, ale fachowej pomocy medycznej. Dopóki będziemy oddzielać opisany przypadek Rozalii jako „wyjątkowy”, będziemy nieświadomie stygmatyzować „normalnych” pacjentów. Dziś byłaby tylko jedną z wielu tysięcy pacjentek, chodzących na terapię i starających się stanąć na własnych nogach. Jednak bez tej pomocy nie miała żadnych szans, więc zmarła przedwcześnie. Jest ostrzeżeniem zza grobu dla tych wszystkich, którzy nadal wierzą dosłownie w to, co głosi Kościół. I stanowi przykład dobitny, jak patologiczne i toksyczne rodzicielstwo, wspomagane indoktrynacją kastracyjną Kościoła, może zniszczyć dziecku całe młode życie.

Autorstwo: Rafał
Źródło: WolneMedia.net

Print Friendly, PDF & Email

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars Liczba głosów: 5, średnia ocena: 3,60 (max 5)
Loading...

TAGI: , , ,

OD ADMINISTRATORA PORTALU: Hej! Cieszę się, że odwiedziłeś naszą stronę! Naprawdę! Jeśli zależy Ci na dalszym rozpowszechnianiu niezależnych informacji, ujawnianiu tego co przemilczane, niewygodne lub ukrywane, możesz dołożyć swoją cegiełkę i wesprzeć "Wolne Media" finansowo. Darowizna jest też pewną formą „pozytywnej energii” – podziękowaniem za wiedzę, którą tutaj zdobywasz. Media obywatelskie, jak nasz portal, nie mają dochodów z prenumerat ani nie są sponsorowane przez bogate korporacje by realizowały ich ukryte cele. Musimy radzić sobie sami. Jak możesz pomóc? Dowiesz się TUTAJ. Z góry dziękuję za wsparcie i nieobojętność!

Poglądy wyrażane przez autorów i komentujących użytkowników są ich prywatnymi poglądami i nie muszą odzwierciedlać poglądów administracji "Wolnych Mediów". Jeżeli materiał narusza Twoje prawa autorskie, przeczytaj informacje dostępne tutaj, a następnie (jeśli wciąż tak uważasz) skontaktuj się z nami! Jeśli artykuł lub komentarz łamie prawo lub regulamin, powiadom nas o tym formularzem kontaktowym.

Zobacz również

Spada zaufanie do Kościoła rzymskokatolickiego

Mały Traktat o duszy dziecka poczętego tak lub inaczej

Lepiej rozbić talerz dla gościa, niż nie chcieć przy nim uchodźcy



2
Dodaj komentarz

Chcesz skomentować? Zaloguj się!
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy
Powiadom o

Dla jasności i rzetelności: św. F. Kowalska, jej Dzienniczek (początkowo na indeksie ksiąg zakazanych) i wizerunek Jezusa już dawno nie są “prywatną” wizją tylko oficjalnymi formami uznanego w KK Kultu Miłosierdzia Bożego.
Natomiast proces beatyfikacyjny Rozalii Celakówny, pomimo, że zaczął się niemal równocześnie z procesem beatyfikacyjnym, już św. F. Kowalskiej, jakoś “utknął”, być może też ze względu na w/w wątpliwości. Jest to chyba jakaś odpowiedz?

kiereman

Ale bzdury. Czy autor Rafał czytał Dzienniczek? A może napisze takie coś? I żeby po latach przyniosło to jego pisanie takie skutki jakie wywołał Dzienniczek ciemnej itd. Kobietki

pl Polski
X