Czego uczy nas koniec AgroUnii?

Opublikowano: 25.08.2023 | Kategorie: Polityka, Publicystyka

Liczba wyświetleń: 1980

W polityce generalnie nie ma rzeczy pewnych i klarownych. Żyjemy w czasach kompletnego zawłaszczenia państwa przez Prawo i Sprawiedliwość oraz Platformę Obywatelską. Na skinienie jednego z liderów tych ugrupowań potrafią upaść całe formacje.

Owszem, istnieją jeszcze inni stali gracze: Lewica oraz PSL, wywodzące się z formacji postkomunistycznych. Jest jeszcze jakiś tam dyżurny tester emocji społecznych, którym tym razem jest Hołownia, oraz kolejna odsłona giertychowsko-korwinowskiego chowu pod nazwą Konfederacji. Wszystkim wymienionym brakuje jednego: świeżości. Wszyscy bowiem zajmują swoje stałe miejsca na polskiej scenie politycznej po 1989 r. i jak warto zauważyć, ich nestorzy budowali już swoje „opozycyjne” środowiska w PRL bądź wprost współrządzili w poprzednim ustroju.

Od czasu do czasu pojawiały się różne próby ze strony ludzi spoza układu, aby dokonać wyłomu w tej solidnie zabetonowanej polskiej scenie politycznej. Najlepiej sztuka ta udała się nieżyjącemu już Andrzejowi Lepperowi, który finalnie zapłacił za to najwyższą cenę. W samobójstwo tego krzepkiego rolnika i polityka mało kto wierzy, szczególnie jeśli rozmawia się z ludźmi na ulicy. W ostatnim czasie pojawił się inny przywódca chłopski, który wspólnie z samorządowcami Marka Materka i innymi podmiotami miał szanse na jakiekolwiek zaistnienie. Już wizualnie Michał Kołodziejczak wyglądał zaledwie na pół Leppera, jeszcze gorzej sytuacja się miała jeśli chodzi o potencjał intelektualny. Szokowało mnie, jak w tak krótkim czasie człowiek ten mógł zrazić do siebie tyle osób.

Dziś mamy krajobraz jak po bitwie – byli działacze AgroUnii depczą i palą koszulki organizacyjne, a także utylizują niepotrzebne już do niczego podpisy. Trudno się komukolwiek w tej sytuacji dziwić. Ponieważ jako osoba reprezentująca Związek Słowiański znalazłem się przez pewien moment blisko tej historii, jestem w stanie z pierwszej ręki podać kilka ważnych szczegółów. Mieliśmy to szczęście w przeciwieństwie do Marka Materka (z którym negocjowaliśmy), że pożegnaliśmy się z AgroUnią dwa dni przed tym, zanim zobaczył on swojego koalicjanta w telewizji u boku Donalda Tuska. Jakie były tego przyczyny?

Po pierwsze ludzie, którzy znali Kołodziejczaka osobiście, od początku mocno atakowali pomysł gościnnego startu działaczy ZS i organizacji pokrewnych z list AgroUnii TAK. Oczywiście, każdy pomysł ma swoich zwolenników i przeciwników, więc mimo to zdecydowaliśmy się na negocjacje prowadzone przez prezydenta Starachowic. Wszystko to, co było z nim ustalane, później zmieniał Kołodziejczak. Nie wchodząc w szczegóły, miało to miejsce kilkakrotnie. Ostatnie propozycje były zupełnie niepoważne i zdecydowaliśmy się na zerwanie rozmów. Czy lider AgroUnii celowo dążył do rozbicia środowisk zgromadzonych wokół własnej inicjatywy? Tego nie wiemy, aczkolwiek bardzo dużo na taki scenariusz właśnie wskazuje.

W poniedziałek 14 sierpnia problem ten został z naszej strony rozwiązany i 16 sierpnia Komitet AgroUnii TAK po popisie Kołodziejczaka przestał właściwie istnieć. Zawiedzeni rolnicy i samorządowcy dowiedzieli się o tym z telewizji. Przepadły dziesiątki tysięcy złotych i ponad 10 tysięcy podpisów. Mamy tę satysfakcję, że słusznie wstrzymywaliśmy się ze zbiórką podpisów czy wpłatą jakichkolwiek pieniędzy. Na szczęście Komitet Wyborczy Związku Słowiańskiego nadal istnieje i będzie realizował swoje cele. Warto przypomnieć, że z list AgroUnii TAK mieli startować również politycy „Samoobrony”, a sam Kołodziejczak jeszcze kilka dni wcześniej pokazał się w ich towarzystwie nad grobem Andrzeja Leppera.

Ta nieciekawa historia pokazuje, że polska scena polityczna jest bardziej zabetonowana, niż nam się mogłoby wydawać i przy pomocy przejęcia jednego człowieka można zniszczyć całkiem perspektywiczną inicjatywę, przez co wielu ludzi może nie tylko stracić pieniądze i czas, ale także szansę startu w wyborach. Siły polityczne w Polsce, które zawłaszczyły państwo, nie zamierzają nawet, jak widać, podjąć rękawicy, ale z chirurgiczną precyzją niszczą w zarodku jakąkolwiek inicjatywę obywatelską. Czy ustrój ten można w ogóle nazwać demokratycznym?

Autorstwo: Dawid Berezicki
Źródło: MyslPolska.info


TAGI: , , ,

Poznaj plan rządu!

OD ADMINISTRATORA PORTALU

Hej! Cieszę się, że odwiedziłeś naszą stronę! Naprawdę! Jeśli zależy Ci na dalszym rozpowszechnianiu niezależnych informacji, ujawnianiu tego co przemilczane, niewygodne lub ukrywane, możesz dołożyć swoją cegiełkę i wesprzeć "Wolne Media" finansowo. Darowizna jest też pewną formą „pozytywnej energii” – podziękowaniem za wiedzę, którą tutaj zdobywasz. Media obywatelskie, jak nasz portal, nie mają dochodów z prenumerat ani nie są sponsorowane przez bogate korporacje by realizowały ich ukryte cele. Musimy radzić sobie sami. Jak możesz pomóc? Dowiesz się TUTAJ. Z góry dziękuję za wsparcie i nieobojętność!

Poglądy wyrażane przez autorów i komentujących użytkowników są ich prywatnymi poglądami i nie muszą odzwierciedlać poglądów administracji "Wolnych Mediów". Jeżeli materiał narusza Twoje prawa autorskie, przeczytaj informacje dostępne tutaj, a następnie (jeśli wciąż tak uważasz) skontaktuj się z nami! Jeśli artykuł lub komentarz łamie prawo lub regulamin, powiadom nas o tym formularzem kontaktowym.

3 komentarze

  1. Irfy 25.08.2023 12:43

    Odpowiedź brzmi – tak, taki ustrój można nazwać “demokratycznym”, jeżeli pod tym pojęciem uznaje się regularne organizowanie “wyborów”, które nie są w żaden sposób fałszowane, na przykład poprzez dosypywanie do urn wyborczych odpowiedniej liczby kart, popierających właściwego kandydata/partię.

    Zupełnie inną kwestią jest fakt, że w artykule myli się “demokrację” z “wolnością wyboru”. Którego w Polsce nie ma przynajmniej od momentu, w którym bardziej niż na kandydatów głosuje się na ich partie. Których szefowie arbitralnie decydują o tym, kto znajdzie się na partyjnej liście wyborczej. Oraz na którym miejscu powyższej listy znajdzie się taki człowiek.

    W ten sposób wolność wyboru jest czysto iluzoryczna, natomiast sam system nie jest żadną “demokracją”, tylko oligarchią, w pierwotnym tego słowa znaczeniu. Tutaj owymi “oligarchami” nie są zbliżeni do władzy miliarderzy, jak dzieje się w rządzonej przez cara Rosji, tylko właśnie “przewodniczący partii”. De facto decydujący o obsadzie stanowiska “premiera” (często też prezydenta) i poszczególnych ministrów. Przy okazji dochodzi też do całkowitego i nieodwracalnego “zabetonowania” sceny politycznej, gdyż oligarchowie z głównych partii są w stanie bez problemu przekupić przywódców dowolnej frakcji, która dotychczas funkcjonowała poza systemem. Czego przykładem jest los Agrounii i nie tylko.

    Patrz los formacji Kukiza, która z “antysystemowej” alternatywy przekształciła się najpierw w przybudówkę partii jednego z oligarchów, następnie zaś jej lider stał się szmatą do wycierania butów wspomnianego oligarchy. Podsumowując, gdyby “wybory” mogły cokolwiek zmienić, dawno zostałyby zastąpione przez coś innego.

  2. Maximov 25.08.2023 12:58

    @Irfy
    Niestety masz rację.
    Za pomocą wyborów nie da się zmienić obecnego układu.
    To tak jakby siąść do stolika i grać z zawodowymi szulerami dodatkowo znaczonymi kartami.
    Jedyne wyjście to wywrócić stolik…

  3. Doctor Who 25.08.2023 17:06

    Fałszowanie wyborów odbywa się przed wyborami. Już na etapie wystawiania kandytatów. Ciąg dalszy nie musi być fałszowany.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz.
Jeśli już się logowałeś - odśwież stronę.