Zmierzch Bogów

Opublikowano: 19.10.2014 | Kategorie: Gospodarka, Publicystyka

Liczba wyświetleń: 209

Model biznesowy brytyjskich sieci handlowych opierający się na niskich cenach energii i surowców jest na wyczerpaniu. Zmiana zachowań konsumentów jest tylko gwoździem do trumny hipermarketów.

Imperia upadają powoli. Zasadniczo, zamiast wielkiego, apokaliptycznego krachu, można zaobserwować punktowe, stałe kryzysy, które się sumują i w konsekwencji doprowadzają do końca nawet największe potęgi. Upadek niezniszczalnych kolosów, czy chodzi o państwa, czy o korporacje, jest zawsze podobny. I w większości przypadków nieodwracalny. Katastrofę poprzedzają drobne tąpnięcia oraz trzęsienia tworzące rysy na, wydawałoby się idealnej, fasadzie. Ale w środku proces gnilny trwa od dłuższego czasu.

Tak było z krachem bankowym z 2008 roku. Teraz przyszła kolej na hipermarkety. U źródła problemów są te same błędne założenia: nastawienie na krótkoterminowe niebotyczne zyski, brak regulacji, nieefektywny w dłuższym okresie model biznesowy, nieumiejętność dostosowania się do nowej rzeczywistości. A ta zmienia się w oszałamiającym tempie. Dyrektor generalny sieci Sainsbury’s Mike Coupe powiedział niedawno, że „rynek zmienił się bardziej w ostatnich trzech, sześciu miesiącach niż przez trzy poprzednie dekady”.

W zmonopolizowanym przez największe sieci sklepów, brytyjskim świecie masowej żywności trwa panika. Bo chociaż nagłówki prasowe skupiają się na Tesco, które w swoich księgach zawyżyło zyski o 250 milionów funtów, ciemne chmury zbierają się także na pozostałych hipermarketowych molochach. Presja małych niemieckich dyskontów agresywnie wchodzących na brytyjski rynek, zmiany zachowań konsumenckich spowodowanych głównie zubożeniem społeczeństwa i przede wszystkim rosnące ceny energii oznaczają dla hipermarketowej brytyjskiej tzw. „wielkiej czwórki” koniec finansowej bonanzy. Bogowie handlu, którzy ukształtowali konsumencką religię na Wyspach, wybudowali hipermarketowe świątynie, w których miliony oddawały cześć świętej konsumpcji, dziś sami modlą się o cud.

HIOBOWE WIEŚCI

W epicentrum hipermarketowej apokalipsy znalazła się grupa Tesco – największy i najbardziej agresywny gracz na brytyjskim rynku żywności. Dwa tygodnie temu jeden z księgowych pracujących przy raporcie półrocznym, który miał zostać opublikowany 1 października, poinformował Dave’a Lewisa, nowego dyrektora zarządzającego Tesco, który szefuje firmie od niedawna, że zyski spółki są prawdopodobnie zawyżone. Firma zaliczyła do nich przyszłe, jeszcze niepotwierdzone i ostatecznie nierozliczone rabaty, które chce otrzymać od dostawców. Błąd w wyliczaniu zysków jest spory. Wstępnie mówi się o kwocie 250 mln funtów – pierwotnie prognozowano, że zysk koncernu w pierwszym półroczu sięgnie 1,1 mld funtów.

„Rabaty od dostawców” to oczywiście eufemizm. W praktyce chodzi o zmuszanie producentów do drastycznego obniżenia cen. Polityka wyzysku, którą Tesco, podobnie jak i inni hipermarketowi gracze, stosuje od lat postawiła dostawców przy ścianie. Kolejne cięcie cen jest niemożliwe. Pomimo tego, że Tesco korzystając ze swojej pozycji absolutnego lidera, dyktuje warunki zarówno w Wielkiej Brytanii jak i za granicą, dalsze wyciskanie producentów grozi totalnym krachem. Już teraz brytyjski oligopol hipermarketowy jest odpowiedzialny za masowe bankructwa rolników na Wyspach. Według danych i szacunków National Farmers Union te ocierające się niebezpiecznie o granicę legalności praktyki supermarketów doprowadziły do tego, że w ostatniej dekadzie około 4 tys. brytyjskich rolników ogłosiło bankructwo i/lub stanęło na skraju nędzy.

Cierpią niemal wszystkie sektory. Z biznesu wypada średnio jeden producent mleka dziennie, a według National Association Pig rocznie ogłasza bankructwo około 30 hodowców świń. Te wieści mało kogo interesowały. Rząd nad agresywnymi sieciami handlowymi rozciągnął parasol ochronny i przymykał oko na cykliczne doniesienia pozarządowych organizacji przestrzegających przed potęgą handlowców. Nawet raporty publikowane przez Competition Commission – komisję rządową zastąpioną w kwietniu 2014 przez Competition and Markets Authority, w których inspektorzy przekonywali, że działalność Tesco jest „sprzeczna z interesem publicznym”, a firma jest za wielką potęgą zagrażającą „zdrowemu, zbilansowanemu handlowemu ekosystemowi”, były ignorowane. Wszystko to dla dobra konsumentów zmagających się z kryzysem i z przerażeniem czytających o ewentualnych podwyżkach cen. Paradoks polega na tym, że kryzys i rosnąca świadomość społeczna, zmieniły nawyki konsumentów na Wyspach, którzy dzisiaj kupują gdzie indziej i zupełnie inaczej niż jeszcze kilka lat temu.

KONSUMENCKA SODOMA I GOMORA

To co jeszcze do niedawna było kojarzone z „ekodziwakami”, „kawiorową lewicą”, „nawiedzonymi hipsterami” – czyli dokonywanie etycznych, przemyślanych zakupów – powoli wchodzi do głównego nurtu. Marsz „foodizmu” wspierany przez popularne programy telewizyjne i magazyny life stylowe skutkuje tym, że coraz więcej ludzi szerokim łukiem omija wielkie sieci handlowe. Zielone ryneczki są oblegane. Małe, lokalne sklepiki rzeźników i handlarzy ryb, chociaż sprzedają produkty drożej niż sieci handlowe, nie narzekają na brak klienteli. A ich liczba rośnie jak grzyby po deszczu. Podobnie jak liczba ekologicznych farm, gdzie samemu można zrywać warzywa prosto z krzaka, a które w weekendy pękają w szwach. Takie zakupy nie są przykrym, nudnym obowiązkiem, ale dającą radość aktywnością. Wyprawa na farmę całą rodziną to dobra zabawa. A pomidor zerwany z krzaka smakuje jakoś lepiej niż ten z supermarketowego pudełka. Mimo, że najczęściej jest to jedynie subiektywne, wzmacniane psychologicznie, wrażenie.

Ta rosnąca z każdym rokiem grupa świadomych konsumentów, chcąca dokonywać bardziej etycznych zakupów, jeśli już musi skorzystać z oferty supermarketów, decyduje się na te bardziej przyjazne producentom tj. Waitrose, Mark & Spencer albo Co op. Do „ekologizującej” się klasy średniej dochodzą także konsumenci z mniej zasobnymi portfelami, którzy z kolei korzystają z wejścia na brytyjski rynek niemieckich dyskontów. Aldi i Lidl, chociaż ich model biznesowy jest dokładnie taki sam jak Tesco, mają mniejsze marże, co przekłada się na niższe ceny. A dla biedniejącego brytyjskiego społeczeństwa fakt ten ma kolosalne znaczenie. I mimo, że niemieckie dyskonty przejęły jedynie niewiele ponad 8 proc. rynku handlu w Zjednoczonym Królestwie, to właśnie ich ekspansji „wielka czwórka” boi się najbardziej.

Jednak w dłuższej perspektywie przyszłość Aldi i Lidla będzie podobna jak Tesco czy Morrisons’a. Rosnące ceny surowców i energii powodują, że utrzymanie niskich cen staje się niemożliwe. Zwłaszcza jeśli zarobki są takie same jak wcześniej lub wręcz spadają. Zresztą model biznesowy wszystkich sieci handlowych na świecie powstał w latach, kiedy ropa była tania, a zasobów dużo. Zmiany klimatyczne, rosnąca populacja Ziemi, marsz do dobrobytu krajów rozwijających się chwieje tym globalnym status quo.

Większe zapotrzebowanie na produkty rolne i wzrastające ceny energii są zagrożeniem nie tylko dla hipermarketów, ale też zakładów przetwarzających żywność. Czasy taniej konsumpcji się kończą. Przerzucanie kosztów na kraje biednego południa, wyzysk rodzimych producentów, korzystanie z rajów podatkowych i powstrzymywanie państwowych regulacji już nie wystarczają. Obserwujemy zmierzch supermarketowych Bogów. Czy z kryzysu wyłoni się bardziej zrównoważony model produkcji i handlu żywnością? Przykład banków pokazuje, że będzie to niezwykle trudne. Ale innej drogi nie ma.

Autor: Radosław Zapałowski
Źródło: eLondyn

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars Zostań pierwszą osobą, która oceni ten wpis!
Loading...

TAGI: ,

Poznaj plan rządu!

OD ADMINISTRATORA PORTALU

Hej! Cieszę się, że odwiedziłeś naszą stronę! Naprawdę! Jeśli zależy Ci na dalszym rozpowszechnianiu niezależnych informacji, ujawnianiu tego co przemilczane, niewygodne lub ukrywane, możesz dołożyć swoją cegiełkę i wesprzeć "Wolne Media" finansowo. Darowizna jest też pewną formą „pozytywnej energii” – podziękowaniem za wiedzę, którą tutaj zdobywasz. Media obywatelskie, jak nasz portal, nie mają dochodów z prenumerat ani nie są sponsorowane przez bogate korporacje by realizowały ich ukryte cele. Musimy radzić sobie sami. Jak możesz pomóc? Dowiesz się TUTAJ. Z góry dziękuję za wsparcie i nieobojętność!

Poglądy wyrażane przez autorów i komentujących użytkowników są ich prywatnymi poglądami i nie muszą odzwierciedlać poglądów administracji "Wolnych Mediów". Jeżeli materiał narusza Twoje prawa autorskie, przeczytaj informacje dostępne tutaj, a następnie (jeśli wciąż tak uważasz) skontaktuj się z nami! Jeśli artykuł lub komentarz łamie prawo lub regulamin, powiadom nas o tym formularzem kontaktowym.

6
Dodaj komentarz

Chcesz skomentować? Zaloguj się!
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
davidoski
Użytkownik

W czasie gdy ropa jest najtańsza od lat, mówienie o “rosnących cenach energii” świadczy o zupełnym oderwaniu autora od rzeczywistości.

MB
Użytkownik
MB

“A pomidor zerwany z krzaka smakuje jakoś lepiej niż ten z supermarketowego pudełka. Mimo, że najczęściej jest to jedynie subiektywne, wzmacniane psychologicznie, wrażenie.” – jeśli faktycznie pochodzi z uprawy organicznej, to nie smakuje “jakoś” lepiej, tylko zwyczajnie, obiektywnie, ma inny smak i zapach niż ten z marketu

RobG56
Użytkownik

Pozostaje jeszcze kwestia dopłat póki co wspierających system przemysłowego tuczu euromieszkańców.

kozik
Użytkownik
kozik

Po 2-3tygodniach jedzenia pomidorów z działki, wyraźnie czuć różnicę w porównaniu z hipermarketowymi. To dotyczy też jajek od “szczęśliwych kur”, czy mleka od zaprzyjaźnionej krowy:)

pablitto
Użytkownik
pablitto

Potwierdzam – pomidor z “własnego”/znanego krzaka smakuje lepiej, obiektywnie. Jak ktoś nie wierzy, niech kupi dla wzmocnienia kontrastu pomidory z “najlepszej” promocji (zapewne z jakiejś Hiszpanii, po x-dniowym marszu na półki jakiejś biedry). Swoją drogą, w tym roku pogoda na pomidory jest ewidentnie b. dobra :),
a markety staram się omijać od lat szerokim łukiem.

janpol
Użytkownik

Typowe “zaklinanie rzeczywistości”. Jakie niskie ceny w Tesco? Ja należę do tych szczęśliwców, którzy mieszkają w pobliżu Tesco, Żabki, Biedronki i Lidla i widzę, że o niskich cenach w Tesco to można było już zapomnieć jakiś rok temu i właśnie większość stałych klientów zapewne to wreszcie zauważyła i zaczynają się kłopoty. Naprawdę już niektóre produkty są już tańsze w Żabce niż w Tesco i niech nie ściemniają :)

A w hipermarketach (lub dyskontach – myślę, że to kwestia TYLKO ceny) ludzie i tak będą kupować, niezależnie kto i jak mocno będzie ich od tego odwodził. Uważam tylko, że sklepy, które chcą się utrzymać będą musiały łaskawszym okiem spojrzeć na Internet.