Nigdy nie wsiadaj do starej windy

Opublikowano: 19.09.2023 | Kategorie: Opowiadania

Liczba wyświetleń: 2605

Winda w starej kamienicy przy ulicy Retoryka od lat cieszyła się po równo powodzeniem, zwłaszcza wśród starszych osób, które nie mogły wychodzić po schodach na czwarte piętro, jak i złą sławą. Kamienica pamiętała jeszcze czasy debiutu Przerwy-Tetmajera, a kiedy tylko elektryczność zaczęła się upowszechniać, zamontowano zabytkowy dziś dźwig, który umieszczono pośrodku klatki schodowej, gdzie schody biegły spiralnie wokół ścian, jak na tym słynnym obrazie, ukazującym schody prowadzące donikąd.

Przez wiele lat zatem mieszkańcy wspinali się mozolnie po wysokich piętrach, jakie wówczas budowano, nie mniej niż trzy metry dzieliło podłogi od sufitu, a często więcej. Pewnie to zapobiegało wystąpieniu klaustrofobii, jaką przeżywali z kolei pierwsi użytkownicy montowanych wtedy masowo w mieście wind.

Kabina windy była duża, mogła pomieścić do ośmiu osób, udźwig też był przyzwoity, jak na moc ówczesnych silników, bo aż 800 kg; wewnątrz zamontowane były lustra, z jednej i drugiej strony, naprzeciwko, tak, że tworzyły rodzaj niekończącej się galerii coraz mniejszych luster. Ktoś policzył, że skręcający korytarz z luster liczy czternaście odbić. Nietrudno było się domyślić, że krzywizna odbitej przestrzeni wiązała się z kulistością planety, na co nie wpadli wytwórcy pierwszych na świecie zwierciadeł, gdy po raz pierwszy postawili je kiedyś naprzeciw siebie. Ponadto w kabinie umieszczono wygodną kanapę, z dobrego, pluszowo-zamszowego materiału, a drewniane oparcia z dębu obito skórą. W rogu ustawiono niewielkiego filodendrona, który był jedynym zielonym akcentem w brązowym wnętrzu windy. Obok kanapy zawsze stał żeliwny stelaż, zdobiony motywami secesyjnymi, z nóżkami w kształcie lwów, na którym codziennie dozorca układał najświeższe gazety, ilustrowane magazyny i czasopisma, a na dolnej półce stelaża leżała zawsze jakaś najnowsza powieść sensacyjna.

* * *

Od samego początku, gdy zamontowano w holu między biegnącymi dookoła schodami windę, mieszkańcy kamienicy przy ulicy Retoryka 4a twierdzili, że coś z nią jest nie tak. Niby jeździła poprawnie, gdy się wcisnęło odpowiednie piętro, ale podczas jazdy czuło się niepokój, jakiś nastrój grozy, jakby winda miała nie zatrzymać się na ostatniej kondygnacji, ale przeniknąć przez sufit i maszynownię, a następnie wznieść się w niebo. Ci, którzy z kolei jechali w dół, opowiadali potem, że zawsze mieli uczucie, jakby winda miała nie zatrzymać się na parterze, lecz zjechać do samych piekieł. Groza, cichy szmer silników, niesamowite lustra, słabe oświetlenie w postaci zabrudzonej żarówki – to wszystko działało niewątpliwie na wyobraźnię.

Lecz istotnie przeczucia te nie były rojeniem, bo wkrótce „to” się zaczęło. Oto najczęściej w nocy, gdy mieszkańcy wracali z miasta do swych mieszkań i jedli kolację, winda niespodziewanie ruszała, choć była pusta i nikt jej nie przywoływał; jeździła w górę i w dół, zatrzymywała się na jednej z pięciu kondygnacji, nieraz też stawała między piętrami i nie reagowała na polecenia, a czasem nawet potrafiła samoczynnie przyspieszyć lub przeciwnie – zwolnić i wlec się powoli, tak, że gdyby kogoś wiozła, zanudziłby się na śmierć. Ludzie zaczęli coraz odważniej mówić, że winda jest nawiedzona.

* * *

Za każdym takim i siakim dziwnym zdarzeniem wołano mechaników, a nawet inżynierów, ale ci stwierdzali zgodnie, że winda działa bez zarzutu. Opowieści mieszkańców o nocnych przeważnie wyczynach windy traktowano najwyżej jako materiał na dobrą powieść z dreszczykiem. Sytuacja zmieniła się, gdy zaczęły się dziać jeszcze bardziej dziwne rzeczy. Oto zdarzyło się, że w windzie dosłownie zniknęła para nastolatków, którzy przyszli z rewizytą do swojej dalekiej ciotki, mieszkającej na trzecim piętrze. W czasach, gdy nie znano jeszcze monitoringu, policja uznała, że nastolatkowie – jak to bywa – zrobili sobie fajrant, urwali się, poszli na wagary. Sprawę zbagatelizowano, ale gdy minął tydzień od zaginięcia, a ciotka przysięgała na wszystkie znane sobie świętości, że młodzi rzeczywiście u niej gościli, a potem naprawdę wsiedli do windy i nie pomachali jej, jak to mieli w zwyczaju, z ulicy – o sprawie zaczęło być głośno.

Ktoś inny opowiadał, że gdy przywołał z góry na parter windę, a było to już we wczesnych latach 30., po otwarciu kraty i drzwi ujrzał wyraźnie wystraszonego mężczyznę, dziwnie dość ubranego, który z oznakami niemal obłędu patrzył na niego, potem wybiegł z bramy i wpadł prosto pod samochód, ginąc na miejscu. Gdy na próżno próbowano ustalić jego tożsamość, bo nie miał żadnych dokumentów, ktoś przytomny zwrócił uwagę, że w latach 30. już rzadko kto nosił czarny melonik i podpierał się drewnianą laską, a na dokładkę miał na sobie nienagannie szyty garnitur, białą koszulę i muszkę pod szyją. Ktoś inny z policji znalazł w lewej, a może w prawej – kto to wie – kieszeni garnituru stare bilety na „Wesele”, lecz przecież premiera słynnego dramatu miała miejsce kilka dekad wcześniej, w 1901 roku, a bilety wyglądały jakby wyszły prosto z drukarni. Mężczyznę pochowano na koszt państwa jako „N.N.”, domniemając, że był przewlekle obłąkany i dlatego tak się ubierał. Potem odkryto, że NN był pisarzem i interesował się wszelkimi anomaliami i sprawami czarowników…

* * *

Po tym głośnym na całą dzielnicę przypadku windę poddano gruntownemu remontowi, a gdy to nie pomogło – zamknięto. Odtąd znikły tajemnicze zaginięcia i zjawiania się. Do czasu. Po wojnie, na fali światopoglądu naukowego uznano, że zmodernizowana winda – z zachowanym wystrojem kabiny, nie będzie stanowić żadnego zagrożenia, więc ponownie ją uruchomiono. I faktycznie – gdy tylko ogłoszono, że „nawiedzonych wind”, podobnie jak domów nie ma, zjawiska zdały się zniknąć na zawsze. Mijały dekady, a winda sprawowała się dobrze, wożąc coraz starszych ludzi na wysokie piętra kamienicy przy ulicy Retoryka.

Nadeszły lata 00. i gdzieś w połowie tej dekady zamontowano wreszcie monitoring – jedna kamera została umieszczona w kabinie, inne na każdym piętrze, a dwie przy bramie od ulicy. Teraz w razie, gdyby coś się działo, będzie dowód. Niezbity. Niepodważalny. Nie do odparcia.

* * *

Rzeczywistość nie kazała długo na siebie czekać. W roku, kiedy w kraju dochodziło do dziwnych afer, podejrzanych spotkań w hotelach, nagrywanych taśm, słowem – w 2007 roku na trzecie piętro secesyjnej kamienicy przy ulicy Retoryka 4a wprowadziła się młoda para. Żyli jak wszyscy, na kocią łapę, bo jak wiadomo – życie we dwoje mnoży szczęście i dzieli pieniądze. Pewnego dnia Maks jak zwykle wychodził na studia, aby z Promotorem omówić kolejny rozdział swego doktoratu. Pisał o zjawiskach paranormalnych – „albo udowodnię, że istnieją, albo, że nie istnieją” – ta zasada przyświecała mu odkąd zajął się tym tematem, praca zatem zapowiadała się świetnie, nie zakładała bowiem niczego z góry, ani niczego odgórnie nie wykluczała. Badał po prostu opowieści ludzkie, zaczynając niemal od eposu o Gilgameszu, a na współczesnych teoriach spiskowych, dotyczących tuneli przestrzennych, m-wymiarów, teorii strun czy kwantowej pamięci – kończąc.

Jego narzeczona, z którą w następnym roku miał wziąć ślub, pracowała w agencji reklamowej, wymyślając chwytliwe hasła, spoty, banery i wszystko, co wiąże się z tą branżą. Nie mieli dzieci, a spore pieniądze sypał im los, bo Maks nie dość, że otrzymał stypendium naukowe za świetnie zapowiadającą się karierę na uczelni, to jeszcze postarał się o jakiś unijny grant badawczy z dziedziny szeroko rozumianych nauk społecznych.

* * *

Tego dnia spał niespokojnie, a mary senne dręczyły jego jaźń. Poprzedniego dnia sporo pracował, kończąc pierwszy rozdział dysertacji, w którym próbował obalić wszelkie zjawiska nadprzyrodzone jako „niemożliwe”. Poszedł spać z pełnym żołądkiem, ubogaconym pizzą wege, około 2:17 w nocy, a wstawał zawsze przed 6 rano. Dzień jak co dzień, czyli czwartek zaczął się leniwie, Max zrobił sobie i narzeczonej mocną kawę latte z domieszką wanilii, a potem włączył uśpionego na noc laptopa. Wybiła siódma, kiedy wstał, pożegnał Jolę, wziął swoje rzeczy i jak zwykle wyszedł na uczelnię, w planie miał także wizytę w uniwersyteckiej bibliotece, gdzie zamówił dość rzadkie i trudne do zdobycia materiały zagraniczne dzięki usłudze wypożyczania międzybibliotecznego.

Zamknął drzwi, ucałowawszy Jolkę, podszedł do windy i wcisnął przycisk „jazda w dół”. Kiedy potem analizowano zapisy z kamer monitoringu, przez chwilę uderzył fakt, że w momencie, gdy Max przekracza próg windy na ekranie pojawiają się zakłócenia telewizyjne, na sekundę obraz znika, pada śnieg, jak na filmie z celulozy, a potem kamera ukazuje zamknięte drzwi i kolejno wyświetlające się numery licząc w dół od trzech. Kamera z windy z kolei nie zarejestrowała prawie nic – Max wchodzi z obojętną miną, wciska metalowy przycisk i tutaj film się urywa. Kamera na parterze pokazuje zaś czerwoną cyfrę „0”, lecz nikt nie otwiera wewnętrznych krat windy, ani drzwi zewnętrznych. Czerwona cyfra znika, przez pół godziny nie dzieje się nic. Nagle ktoś wchodzi do bramy, podchodzi do windy i otwiera najpierw drzwi, a potem kraty. Widok z kamery jest wstrząsający: wewnątrz kabiny nie ma nikogo…

* * *

Kiedy Max dosłownie rozpłynął się w powietrzu, a raczej w windzie, Jolka zaczęła się pakować do pracy, chciała jeszcze wynieść śmieci i powiesić świeże pranie, lecz nagle jej telefon zatrajkotał informując o nadejściu „esesmana”, jak nazywała krótkie wiadomości tekstowe. Wzięła smartfona i przeczytała tylko pierwsze słowa, bo nagle ciemno zrobiło się jej przed oczami, musiała oprzeć się o blat kuchenny, a potem usiąść. „Coś się ze mną stało. Nie wiem, gdzie jestem…” – numer był wyświetlony, więc wiedziała, że to Max. Wcisnęła odruchowo przycisk połączenia, poczekała, lecz z tamtej strony odezwał się komunikat mówiony monotonnym głosem, że„abonent znajduje się poza zasięgiem”. Napisała więc esemesa – „Co się stało?” i czekała na odpowiedź. Nie nadeszła.

Wreszcie dostała wiadomość MMS. To, co ujrzała na ekranie ją zmroziło. Max zrobił dwa zdjęcia – selfie i fotkę tytułowej strony gazety, jakie dawniej kładziono obok kanapy w windzie. Selfie ukazywało prawe lustro, w którym Max widział swoje plecy zamiast twarzy. Lewe lustro zamiast czternastu odbić było całkiem puste. Strona tytułowa „Kuriera Polskiego” nosiła zaś datę 19 czerwca, tyle, że w 1907 roku…

* * *

Jolka nie uwierzyła, lecz kolejna próba połączenia spełzła na niczym. Postanowiła tedy pisać esemesy. „Max, nie wygłupiaj się, gdzie jesteś?” – wiadomość poszła w eter, a za chwilę wróciła odpowiedź: „Stoję koło windy” – SMS był szokujący. „Max, przestań, to nie jest śmieszne.” – odpowiedziała Jolka. „Naprawdę jestem koło windy. Tylko sto lat wcześniej…” – Max też próbował się połączyć, ale „abonent był poza zasięgiem”. „Najgorsze, że mam tylko połowę baterii. Tak więc się spełniło…” – SMS oraz kolejny MMS, na którym Max ukazał fragment dawnej ulicy Retoryka, nie budziły już więcej wątpliwości – Max rzeczywiście był w roku 1907, naprawdę robił dziwne zdjęcia, a także krótki filmik, na którym widać było dorożki, przejechało też jedno auto z charakterystyczną budą i korbą do zapłonu przed maską.

Jolka nie wiedziała, co robić. Postanowiła wezwać serwis. Tymczasem odpowiedziała, żeby pod żadnym pozorem nie wychodził z bramy. Max nie posłuchał, zaczął przysyłać coraz dziwniejsze fotki, ukazujące lampy gazowe, secesyjne motywy roślinne na jasnych kamienicach zupełnie nie pokrytych brudem, jak dziś, dekadentów i somnambulików, ubranych w czarne peleryny i przede wszystkim wielką przestrzeń miasta, które wyglądało jak niemal puste, ludzie raczej woleli siedzieć w domu.

„Rozejrzę się trochę. Postaram się wrócić” – brzmiał ostatni SMS, zanim przyjechała ekipa serwisowa. Zbadała dokładnie windę. Pole magnetyczne było nieco podwyższone, ale nadal w granicach normy.

– Czy pani chłopak miał komórkę? – spytał jeden z mechaników.

– Tak, najnowszy model Samsunga.

– To niedobrze. Z tego, co pani opowiedziała wynika, że winda zadziałała jak puszka Faradaya. Stare windy są ciężkie, pełne żelaza, stali i różnych metali – mówił serwisant, sprawdzając elektrykę dźwigu.

– Mógł się więc nawet otworzyć portal do innych wymiarów. – dodał drugi z mężczyzn.

Potem, gdy windę sprawdzono na wszelkie sposoby, mechanik poprosił Jolkę, żeby napisała do Maxa. Miał wsiąść do windy w chwili, gdy mechanicy sztucznie podniosą pole elektromagnetyczne. Jolka napisała do Maxa, który międzyczasie zrobił kilkadziesiąt zdjęć ulicy Retoryka, pospacerował, będąc jeszcze w szoku i sam nie wierzył w to, co widział. „Masz za chwilę wejść do windy. Jest tu serwis, twierdzą, że winda zareagowała tak na twoją komórkę i otworzyły się jakieś wrota” – brzmiał SMS, a chwilę potem Max wrócił z obchodu okolic. Znał je wszystkie co do kamienia, poza tym nacykał fotki i zrobił kilka filmików. Jak na podróż do roku 1907 nie był ani w szoku, ani nie skakał z radości – był badaczem zjawisk paranormalnych, którzy z reguły powinni zachować dystans, umiar i powściągliwość.

Kiedy mechanicy sztucznie podnieśli poziom elektromagnetyzmu za pomocą jakichś kabli i urządzeń, Max wsiadł do windy. Potem zauważono, że na moment kamera umieszczona na parterze przed windą przełączyła datę z 19.06.2007 na 19.06.1907, a każda kamera monitoruje w czasie rzeczywistym. Kiedy zamknęły się drzwi, kamera pokazywała znowu rok 2007 i cyfry czerwone, które odliczały kolejne piętra. Gdy Jolka czekała na trzecim piętrze, ciarki przeszywały jej ciało. Wreszcie winda stanęła na piętrze. Jolka szybko otwarła drzwi i znieruchomiała – w kabinie było pusto…

* * *

„Max, gdzie teraz jesteś?” – szybkie pytanie, jak strzała przeszyło Maxa, który po wyjechaniu na trzecie piętro wyszedł z windy. Przez okna na klatce schodowej widział obrazy, jakich nie można ujrzeć obecnie. Podszedł do swoich drzwi mieszkania numer 8, ale zamiast znajomej tabliczki z jego nazwiskiem ujrzał inne, jakieś mało polskie, jakby zagraniczne, a może nawet – egzotyczne. Komórka z połową baterii jeszcze działała. Pokazywała teraz również dzień 19 czerwca, tyle, że w 2207 roku…

„Jola, przerzuciło mnie naprzód” – brzmiał esemes, ale pojawił się komunikat „esemesów już nie obsługujemy”, spróbował więc się połączyć telefonicznie, ale się nie dało. Również próby włączenia WhatsAppa, mesendżera czy Skype’a spaliły na panewce. Najwyraźniej tu, gdzie teraz był, czyli – jeśli wierzyć smartfonowemu kalendarzowi – w XXIII wieku, nie używano już w ogóle telefonów osobistych. Max próbował wsiadać i wysiadać z windy, ale nic to nie dało – za każdym razem był w tym samym 2207 roku.

Ostrożnie wyszedł za bramę i to, co ujrzał, zdumiało go do tego stopnia, że cofnął się z powrotem. Kiedy nieco doszedł do siebie, zobaczył, że jego dawne mieszkanie zamieniono w coś w rodzaj biura, ale to określenie w XXIII wieku nie jest najszczęśliwsze. Zamiast drzwi we framudze były jakieś wiązki światła, jak gdyby laser, ale mieniący się wszelkimi barwami tęczy. Podobnie zamiast szyb w oknach na klatce, widać było jakiś nieznany rodzaj materiału – trochę przypominający bańki mydlane – gdy wcisnęło się palcem ów przezroczysty materiał, wgniatał się, chwilę „pamiętał” wgniecenie, by po kilkunastu sekundach powrócić do stanu poprzedniego. Max nie mógł się nadziwić, wciskał więc „szybę”, przypominającą raczej wspaniały witraż i delektował się faktem, że ujrzał coś nowego.

Jednak, gdy ponownie próbował wyjść na ulicę, znowu się cofnął, zdradzając objawy szoku poznawczego. Postanowił więc zrobić z okna kilka zdjęć, aby mieć potem dowód – jeśli w ogóle powróci do swojego roku – że nie zmyśla. Max robi więc zdjęcia z okien klatki schodowej, a w tym czasie, a raczej – w innym czasie – Jolka próbuje się połączyć z Maxem, lecz bezskutecznie.

– Przesadziliśmy z natężeniem pola – zawyrokował mechanik, gdy Jola pokazała mu nowe zdjęcia, tym razem z 2207, bo MMS-y nadal działały. Fotki były jednak tak niewyraźne, że trudno było cokolwiek rozpoznać oprócz jednocześnie zdumionej i pełnej szoku twarzy Maxa. – Spróbujemy zmniejszać stopniowo napięcia i może wtedy winda zadziała jak wehikuł prawidłowo.

– Zróbcie to, on tam nie może zostać, chyba bym się pocięła. I ani słowa prasie, ani sąsiadom, bo będzie afera.

– Zaraz, gdy go sprowadzimy, musimy raz na zawsze zamknąć tę walniętą windę – rzekł drugi z techników. – Za dużo narobiła już bydła – dodał zniecierpliwiony i zabrał się za manipulowanie jakimiś pokrętłami, aby ustawić optymalne pole.

Winda była czynna, wysiadali z niej pozostali sąsiedzi i nikt nie znikał. Dało to do myślenia Jolce i technikom…

* * *

– To nie tylko winda… – szepnęła Jolka do siebie obserwując, jak w przerwach pracy techników, ludzie normalnie wsiadają i wysiadają z dźwigu, nie doznając żadnych czarnoksięskich sztuczek.

– Że co, droga pani? – żachnął się jeden ze speców od wind.

– Mówię, że to nie tylko sprawa windy i jakiegoś tam pola, nie znam się, puszki… czy jak to nazwaliście… – urwała, jakby nagle coś istotnego przyszło jej do głowy. – Mieliście kiedyś już taki przypadek? – spytała starszego wiekiem.

– Nie, czegoś takiego nie widzieliśmy w życiu – odparł technik i zakończył kablowanie windy, podobnie, jak to zrobiono z okrętem w słynnym w czasie II wojny światowej „eksperymencie filadelfijskim”, kiedy okablowany i poddany silnym polom magnetycznym statek rozpłynął się w powietrzu, zostawiając ślad, co oznacza, że był nadal w tym miejscu zatoki, ale stał się niewidzialny; świadkowie ponoć mieli widzieć go tysiące kilometrów od miejsca doświadczeń z niewidzialnością, załoga wtopiła się w podłogę albo zwariowała; marynarze, którym nic się nie stało – czemu tym, a nie innym? – mieli przenieść się do roku 7026 n.e. i widzieć przyszłość.

Teraz ten sam eksperyment miał ściągnąć z powrotem do teraźniejszości zagubionego w czasie Maxa, z którym od wielu godzin (a może dekad) nie było kontaktu. Gdy okablowanie zostało zamontowane i podłączone do zwykłego generatora prądu zmiennego, technicy zakazali komukolwiek jechać windą i postanowili puścić windę samą w górę, gdzie będzie czekał jeden z mężczyzn, aby puścić ją ponownie w dół. Maxa przeniosło w przeszłość podczas zjazdu, a w przyszłość prawdopodobnie podczas wyjazdu w górę. Aby więc wrócić, musi się domyśleć, co ma zrobić teraz. Lecz czy znający się jedynie na sprawach paranormalnych, a kompletnie nie na technice, zrozumie, gdy ujrzy kabinę na trzecim piętrze, skąd zniknął?

– On to sam wywołał – szeptała dziewczyna. – Sama winda nie wystarczy. Pamiętacie tego faceta, który w garniturze i z biletami na „Wesele” wpadł pod samochód, gdy przerażony wybiegł z windy? Jak ustalono, on interesował się mocno wszystkim, co anormalne, wyjątkowe, jakościowe, niezwykłe, bezcenne, odstające od normy, od tej codziennej nudy, był pisarzem i tworzył opowiadania w swej epoce młodopolskiej w stylu Poego czy Hoffmana.

– A pani chłopak siedział w tym? – spytał przytomnie młodszy technik.

– Tak, ale a’rebour.

– Jak?

– To znaczy, jego celem było albo całkowite potwierdzenie, albo raczej zaprzeczenie istnienia jakichkolwiek zjawisk nadnaturalnych w obserwowalnym kosmosie.

– Czyli nie wierzył?

– Raczej marzył, aby się dowiedzieć, jak jest naprawdę z tą całą parapsychologią.

– Teraz rozumiem – mówiła bardziej do siebie Jolka. – Winda to tylko czynnik spustowy, który w połączeniu z telefonem oraz stanem umysłu dopiero może powodować takie efekty. – A więc winda to nie wszystko. Gdyby było inaczej, po kolei poznikaliby wszyscy mieszkańcy kamienicy, odwiedzających nie licząc. A tak się nie dzieje…

* * *

Kiedy pole zostało zmniejszone, Jolka puściła MMS do Maxa, pokazującego otwarte drzwi windy i cyfrę „3”. Miała nadzieję, że się domyśli. Istotnie domyślił się. Kiedy wszystko było gotowe, doktorant wsiadł do kabiny, zasunął drzwi i kratę, wcisnął poziom „0” i ruszył. Jolka i technicy ujrzeli kabinę zjeżdżającą wolno i dostojnie, a gdy zatrzymała się na parterze, ktoś z wewnątrz otworzył kratę, a potem drzwi. Widok, jaki ujrzała Jola i towarzyszący jej technicy sprawił, że dowiedziała się właśnie, jak się tonie…

Po raz pierwszy w życiu zrobiła coś wbrew przyzwyczajeniom. Odważnie wsiadła do kabiny i wcisnęła trzecie piętro. Winda ruszyła. Gdy Max zobaczył, że nawiedzony dźwig jedzie w górę, poczekał, a chwilę potem powiedział do Jolki:

– Dobra decyzja. Witaj w dwudziestym trzecim wieku.

Potem podeszli do okna korytarza i Max spytał:

– Spójrz, czy to nie piękne…?

Jolka zaczerpnęła głębszy oddech i tylko bardziej do siebie niż do Maxa wyszeptała:

– A więc jednak się udało…

Autorstwo: Rafał Sulikowski
Źródło: WolneMedia.net


Poznaj plan rządu!

OD ADMINISTRATORA PORTALU

Hej! Cieszę się, że odwiedziłeś naszą stronę! Naprawdę! Jeśli zależy Ci na dalszym rozpowszechnianiu niezależnych informacji, ujawnianiu tego co przemilczane, niewygodne lub ukrywane, możesz dołożyć swoją cegiełkę i wesprzeć "Wolne Media" finansowo. Darowizna jest też pewną formą „pozytywnej energii” – podziękowaniem za wiedzę, którą tutaj zdobywasz. Media obywatelskie, jak nasz portal, nie mają dochodów z prenumerat ani nie są sponsorowane przez bogate korporacje by realizowały ich ukryte cele. Musimy radzić sobie sami. Jak możesz pomóc? Dowiesz się TUTAJ. Z góry dziękuję za wsparcie i nieobojętność!

Poglądy wyrażane przez autorów i komentujących użytkowników są ich prywatnymi poglądami i nie muszą odzwierciedlać poglądów administracji "Wolnych Mediów". Jeżeli materiał narusza Twoje prawa autorskie, przeczytaj informacje dostępne tutaj, a następnie (jeśli wciąż tak uważasz) skontaktuj się z nami! Jeśli artykuł lub komentarz łamie prawo lub regulamin, powiadom nas o tym formularzem kontaktowym.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz.
Jeśli już się logowałeś - odśwież stronę.