Zróbmy sobie Polskę

Opublikowano: 12.06.2013 | Kategorie: Historia, Publicystyka, Społeczeństwo

Liczba wyświetleń: 4

Sceny z dzieciństwa, pewnie na siebie nałożone. Dworzec PKP w Poznaniu, charakterystyczne drewniane, długie ławki w poczekalni, późna godzina, czarno-biały telewizor wysoko na stojaku. Byle jakie żółtawe światło niezbyt ostro maluje scenerię. Druga połowa lat osiemdziesiątych. Zmęczeni ludzie, robotnicy, inteligencja, „niebieskie ptaki” Polski Ludowej, niektóre twarze prawie jak z „Korkociągu” Marka Piwowskiego. Czekam z Rodzicami na pociąg. Telewizor migocze jedynie słusznym śnieżeniem, partia czuwa i troszczy się, ludzie siedzą, przygaszeni, cisi. Mężczyzna oddaje mocz w rogu sali. – Nie patrz, synku – słyszę. Ale patrzę, patrzę, bo już kształtują się nawyki i matryca postrzegania rzeczywistości, kształtuje się zmysł wychwytujący turpizm, zaczyna obserwacja ojczystych cieni. Dobrze rozumiem frazę: „Czy byłeś kiedyś w Kutnie na dworcu w nocy: / Jest tak brudno i brzydko, że pękają oczy”. I to był w dużej mierze PRL, nieprzefiltrowany przez bareizmy, socjal-resentymenty, propagandę postkomunizmu – niemartyrologiczny, cwaniacko-oślizgło-beznadziejny, zepchnięty do ogólnonarodowej podświadomości jako historyczna trauma i wstyd.

2013 rok, wiosna, dworzec PKP w Poznaniu, a właściwie dwa dworce: stary i nowy. Już po 22.00. Na zewnątrz nagła burza. Nie ma gdzie usiąść – na starym dworcu Straż Ochrony Kolei przegania ludzi z niewielkiej poczekalni, chyba cudem ocalałej obok małej kawiarenki. Zielony kolor ścian, niewygodne krzesła, kilka stolików. Poczekalnie, takie z prawdziwego zdarzenia, zlikwidowano na starym dworcu, a na nowym nie ma ich wcale. Są sieciowe kawiarnie, automaty z koncernowymi słodyczami i napojami. Zatem podróżni stoją, siedzą na walizkach w dworcowym hallu, jak intruzi, jak ludzie niepotrzebni. Bo nie ma przestrzeni publicznej na dworcach urządzonych wedle logiki realnego liberalizmu. Bo prawie nie ma przestrzeni publicznej w kraju realnego liberalizmu.

Myślę czasem, skąd to, ta dzisiejsza niechęć i niezrozumienie rzeczy wspólnych. I jedna myśl świta mi w głowie, gdy tak nakładam na siebie te obrazy – dziecięce i współczesne. Że to wszystko z choroby, z choroby wstydu i nieumiejętności, choroby ucieczki i niezadowolenia, z choroby bezradności i zobojętnienia – uciekliśmy od przestrzeni publicznej, wspólnej, jednoczącej. Zbiegliśmy w te wszystkie wsobności i odosobnienia, w strategie indywidualnego przetrwania, popychani kolanem, kuksańcami, marchewką, złudzeniem, sukcesem, gniewem, nadzieją – żeby już nie siedzieć w żółto-mglistym świetle PRL-owskiej poczekalni. Wyrwaliśmy się ku światłu neonów i reklam, sycącym wzrok barwom opakowań batoników, proszków do prania, wyrwaliśmy się z piekiełka zapuszczonej przestrzeni publicznej do lepszego świata. Zatrzasnęliśmy drzwi za brudem, od którego pękały oczy, i za ciepłem przaśnych, ale wspólnych miejsc. Nie pytaliśmy – pytać nie było kogo – co właściwie urządzimy sobie w zamian.

Mamy zatem swój kraj. Wypasione bryki stoją na światłach, pada gwałtowny deszcz, drogi są dziurawe, nawet te wielkomiejskie. Wypasione bryki niemal jak amfibie, w tych dziurach zalanych zbełtaną deszczówką, która spływa niemrawo pod ziemię, rynsztokami. Mamy wypasione bryki i dziurawe drogi, mamy rosnący dobrobyt i rosnące ubóstwo oraz niedofinansowanie infrastruktury publicznej. Nasi dziadkowie i rodzice już dawno zostawili na złomie maluchy, sprowadzili sobie zachodnie auta z niemieckich złomowisk. Albo kupili coś na kredyt, albo za gotówkę – bo przecież dobrodziejstwo transformacji, przejście ze świata Gorzej-Być-Nie-Może do świata realnego liberalizmu, wielu jednak się opłacało.

Ale gdy trzeba było ciągnąć ku sobie, gryźć, drapać, ustawiać się, rozpychać – to w kurzu bitewnym Wielkiej Wojny Przepoczwarzenia Ustrojowego nie widać było za dobrze, jak znika przestrzeń publiczna. I – prawdę mówiąc – kto się dorobił, nie widział potrzeby, by za nią płakać. Bo na co dworzec kolejowy szczęśliwemu posiadaczowi sprawnego samochodu, sprowadzonego z Niemiec? Wreszcie można było się odseparować, wyłączyć z ogółu, który kojarzył się bardziej z kolejką niż z przygaszoną „Solidarnością”, wyjść z tej śmierdzącej poczekalni. Nareszcie można było zjeść batonika, popić słodkim napojem z plastiku, zmienić szarawy proszek „Ixi” na taki pachnący, z granulkami, wyremontować kuchnię, łazienkę, zacząć żyć, konsumować, być i tyć. O, błogosławiona wsobności życia w III Rzeczpospolitej! O, święta obojętności wobec śmierdzącej ojczyzny! Zróbmy sobie inną! No to zrobiliśmy…

Wiem, brzydko piszę. Wypadałoby trochę socjalistycznej litości dla Polski Ludowej i nieco prawicowego, mało zobowiązującego wzruszenia nad umęczoną ojczyzną. Kłopot w tym, że tak się nie da. Bo z ziemi peerelowskiej do trzeciopospolitej przeszliśmy jednak dość obrzydliwie, choć może trudno było inaczej. A skąd ta obrzydliwość? Bo tę Polskę nisko wyceniliśmy i szybko rozparcelowaliśmy, nie daliśmy sobie i jej większych szans, żeby coś wspólnego dla wszystkich z niej ocalić – fizycznie, nie nadrealnie. Przetransferowaliśmy tę Polskę do własnych kieszeni i ona tam teraz cicho pobrzękuje judaszowym groszem. I gdy się dobrze wsłuchać, słychać ją zarówno z kieszeni starych esbeków, jak i prawdziwych Polaków. I z kieszeni małomiasteczkowego urzędnika, i z portfela zasłużonych dla budowania społeczeństwa obywatelskiego. A o czym ta Polska brzęczy, o czym kwili? Kto wie, może o tym, że jej tam wygodniej i lepiej niż w peerelowskiej poczekalni. Bo przecież, powiedzmy to jasno, ona w ciągu stuleci chyba do tego przywykła, że trafia z kieszeni do kieszeni, a zakładam, że źle się jednak czuła w żółtym poblasku peerelowskiej poczekalni, pełnej ludzi, którzy przestali już wierzyć megafonom. A może i tam było jej nie najgorzej? Gdy parowała ciepłą strużką uryny na dworcowej poczekalni, gdy wzlatywała pod niebo robociarskimi modlitwami pod stoczniową bramą, gdy siedziała w szkolnej stołówce, przełykając szpinak i kożuch od mleka oraz drobiła fluoryzowanymi zębami cienko krojoną kiełbasę. Nie wiem, Polska jest małomówna, zamknięta w sobie jak latami poniewierana kobieta.

Oczywiście, teraz jest ładniej i niekiedy całkiem sensownie. To duży plus. Do tego mamy demokrację, czyli hegemonię zapętleń polityczno-biznesowo-medialnych. Mamy pluralizm środków masowego przekazu, czyli dużo propagandy plus nisze dla kontestatorów. Mamy wreszcie uznanie dla prywatnej własności, czyli społeczeństwo szybko organizujące się w systemie rosnącego rozwarstwienia ekonomiczno-kulturowego. Mamy ciepłą wodę w kranach, marsze niepodległości, marsze szmat i grupy rekonstrukcyjne. Mamy IPN, wycieczki do Egiptu, ołtarze na Boże Ciało tuż przy „Biedronce”, mamy też awangardę postępu, wielką księgę cipek, Janusza Palikota, giełdę i Jeremiego Mordasewicza. Mamy Dzień Żołnierzy Wyklętych, zwęglone szczątki Jolanty Brzeskiej, „Pocztówkę z wakacji”, tanie kondomy „Conamore”, spór o in vitro, Amber Gold, rotmistrza Pileckiego, rok Tuwima, ogólnopolskie nieustające zawody całowania w dupę w ramach ścieżki (jakiejkolwiek) kariery zawodowej. Do tego mamy prasę codzienną i niecodzienne wydarzenia muzyczne, jak koncertowo spieprzone Ursynalia 2013. Jest kolorowo, jest dużo tematów na newsa, z których większość nie dotyczy tego, co powinna.

Dawno temu w miasteczku Śrem (a może był to Czempiń?) istniała knajpa „Kosmos”. Tam odlatywano naprawdę daleko, dalej niż Gagarin i Hermaszewski, fruwano na smugach smrodu znad szynkwasu, w oparach piwnej piany ściekającej po brzegach kufli z grubego szkła. Tam przeciętni obywatele Polski Ludowej śnili swój sen kolorowy, sen malowany. Czy byłeś kiedyś w knajpie „Kosmos”, w miasteczku, nocą? Brzydko było, pękały oczy, marynarki, szczęki, serca kobiet i mężczyzn, kurewek i taksówkarzy, badylarzy i inteligentów. Aż zamknęli „Kosmos”. I zajaśniała jutrzenka swobody. I wyszli, i zatrzasnęli drzwi. Zobaczyli, że zaraz będzie lepiej.

I jest lepiej, bracia rodacy. Naprawdę jest lepiej, siostry. Wygraliśmy, dla nas wygrali oni. Mamy urocze knajpki, estetyczne kubeczki z aromatyczną kawą, kolorowe drinki, młodzież hipsterską i tolerancyjną, chillouty – bo wyciszenia nam czasem trzeba, gdy już brak sił w zawodach w całowaniu w dupę. Tamci, te niedobitki z „Kosmosu”, z poczekalni, ze śnieżącego telewizora, to już nazwiska na nagrobkach, renciści i emeryci, zasłużeni politycy, zasobni biznesmeni, autorytety (a)moralne. I czy to ich wina, że nic więcej nie wiedzieli, że mogli tylko wyjść z „Kosmosu”, z poczekalni, z gmachu KC PZPR, zleźć ze styropianu, że mogli się sfrajerzyć lub wycwanić, trzecie nie było na ogół dane? Co oni winni, że mogli tylko uwierzyć, że będzie jak na Zachodzie, gdy się bary piwne zastąpi fast foodami, gdy się wyprzeda Polskę Ludową w ramach wielkiej, posezonowej, historycznej i geopolitycznej obniżki cen?

Chciałbym okłamać czytelnika, że czasem śni mi się ta peerelowska poczekalnia dworcowa, żółto-śmierdząca, że śni mi się katalog twarzy stamtąd. A we śnie gra nowoczesny telewizor i szarzy ludzie oglądają „Must be the music”. I mówią do mnie ze smutną miłością: „o taką Polskę dla Ciebie walczymy!”. Ale wcale mi się to nie śni. Może widzę we snach co innego: dwoje kochanków, szepczą do siebie – zróbmy sobie Polskę… Ale budzę się i czytam, że jednak demograficzny niż. I chce mi się śmiać, i wzruszyć ramionami, i krzyczeć. I zostać, i wyjechać.

Autor: Krzysztof Wołodźko
Źródło: Nowy Obywatel

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars Zostań pierwszą osobą, która oceni ten wpis!
Loading...

TAGI: , , ,

OD ADMINISTRATORA PORTALU

Hej! Cieszę się, że odwiedziłeś naszą stronę! Naprawdę! Jeśli zależy Ci na dalszym rozpowszechnianiu niezależnych informacji, ujawnianiu tego co przemilczane, niewygodne lub ukrywane, możesz dołożyć swoją cegiełkę i wesprzeć "Wolne Media" finansowo. Darowizna jest też pewną formą „pozytywnej energii” – podziękowaniem za wiedzę, którą tutaj zdobywasz. Media obywatelskie, jak nasz portal, nie mają dochodów z prenumerat ani nie są sponsorowane przez bogate korporacje by realizowały ich ukryte cele. Musimy radzić sobie sami. Jak możesz pomóc? Dowiesz się TUTAJ. Z góry dziękuję za wsparcie i nieobojętność!

Poglądy wyrażane przez autorów i komentujących użytkowników są ich prywatnymi poglądami i nie muszą odzwierciedlać poglądów administracji "Wolnych Mediów". Jeżeli materiał narusza Twoje prawa autorskie, przeczytaj informacje dostępne tutaj, a następnie (jeśli wciąż tak uważasz) skontaktuj się z nami! Jeśli artykuł lub komentarz łamie prawo lub regulamin, powiadom nas o tym formularzem kontaktowym.

7
Dodaj komentarz

Chcesz skomentować? Zaloguj się!
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
Luk
Użytkownik
Luk

Prywatyzacja w Polskim wykonaniu…
2-3 miesiące temu minister skarbu sprzedał firmę państwową notowaną na giełdzie, przynoszącą dochody (niewielkie ale jednak) w prywatne ręce. Firma z budynkami, dużą halą, dużym terenem blisko centrum Wrocławia, maszynami, za MNIEJ NIŻ JEST WARTA SAMA TA ZIEMIA NA KTÓREJ FIRMA STOI.

Jest dla nas nadzieja. Tylko jak wykorzystać szansę jak my Polacy w dupie mamy ruchy społeczne. Jeśli Solidarność nic nie zrobi to nikt (lub prawie nikt) się nie ruszy, a związki nie widzą potrzeby zmiany systemu tylko w chwilach zrywu co najwyżej są w stanie zmienić partię rządzącą. To jednak nie są zmiany które dadzą nam to na co zasługujemy. Słysząc narzekania ludzi wiem że jest potrzeba by zmienić naszą rzeczywistość, tylko zaraz potem słyszę sakramentalne “a co ja mogę”, “moje zdanie nic nie znaczy”.
ZNACZY! To my jesteśmy narodem! Nasze zdanie znaczy wszystko! I najwyższy czas żebyśmy się w końcu obudzili!

Artur Marach
Użytkownik

Trochę w temacie:

„…Bo co może, co może mały człowiek, tak jak ja, albo ty, może pani, a może pan podpowie, my zgodzimy się z tym…”
Była kiedyś taka piosenka, w zamierzchłych czasach, dla niektórych tak odległych, i negatywnie naznaczonych jak II wojna światowa. W czasach, kiedy powstały miliony mieszkań, szkoły, szpitale, przychodnie, ulice i większość infrastruktury, którą do dzisiaj użytkujemy. Nie trzeba być zbytnio spostrzegawczym, wystarczy w dowolnym mieście w Polsce wyjść na ulicę, albo wyjrzeć przez okno, żeby to zauważyć. Jest to jakby nie patrzeć majątek, z którego korzystamy i jeszcze długo korzystać będą nasze dzieci i wnuki. Nie jest moim celem, aby w tym krótkim tekście dowodzić wyższości PRL-u nad obecnym systemem, choć warto zauważyć, że coś pozytywnego jednak w tym zohydzonym PRL-u było i coś dobrego z tamtych czasów zostało. Kto to wszystko zbudował? Kto budował tamtą Polskę? O przepraszam! Jaką tamtą, skoro nadal korzystamy z tego co po tych ze wstydem wspominanych czasach zostało? Gomułka? Gierek? Jaruzelski? A może Wałęsa albo Kwaśniewski? Nie! To zbudowali wielkim wysiłkiem nasi dziadkowie, ojcowie i my sami! To budowali ludzie nie dla partii, nie dla wodza narodu, czy dla jakiejś utopijnej idei, jak niektórzy usiłują nam wmawiać. To… czyli Polskę, ludzie budowali przecież dla siebie i swoich potomków. Tymczasem patrząc wstecz, można by odnieść wrażenie, że żyjemy w jakimś skolonizowanym kraju, i z pogardą spoglądamy na wytwory minionej, prymitywnej cywilizacji autochtonów. Mentalnie zrobiono z nas najeźdźców we własnym kraju. Wpojono nam do głów, że wysiłek milionów Polaków po drugiej wojnie światowej nie był nic warty, że trzeba o tym zapomnieć i budować wszystko od nowa na „gruzach” PRL-u. Tylko, jakich gruzach pytam? Bo przecież ślepym trzeba być, żeby nie zauważyć, że po PRL-u został ogromny majątek, jakże często dopiero później w gruzy obrócony! Od lat wmawiają nam, że w roku 89-tym, byliśmy świadkami bezprecedensowego w dziejach zwycięstwa bez użycia przemocy, że okrągły stół był wynikiem ugody światłych umysłów ludzi władzy i opozycji i powinniśmy jako naród być dumni z tego, że w taki sposób ówczesne przemiany się odbyły. Wiadomo jednak, że okrągłe i to bardzo okrągłe to były przewały pod tym stołem! Zadajmy sobie pytanie, kto skorzystał na tym co się wydarzyło przy, albo raczej pod tym okrągłym stołem? Miliony ludzi, którzy przez dziesięciolecia po wojnie budowali Polskę? Wystarczy przeanalizować struktury władzy w większości polskich miast, zajrzeć do urzędów, zarządów dużych firm itd.i co zobaczymy? Zobaczymy te same znajome twarze co za czasów PRL-u, ich dzieci, albo byłych opozycjonistów i ich rodziny, a większość tych samych zwykłych ludzi, którzy ledwo wiązali koniec z końcem za tzw. komuny, nadal klepie biedę, tyle tylko że teraz to jest bieda w tzw. wolnej Polsce i są o wiele bardziej zaślepieni i otumanieni przez obecne media, niż za czasów komuny. Problemem jest też fakt, że obecnie władza nie ma realnej i silnej opozycji, z którą mogła by się liczyć i której powinna się obawiać, bo nigdy nie było takich technicznych możliwości jak obecnie, żeby medialnie z opozycji zrobić debili i ignorantów. A jeśli już raz z kogoś zrobią kaczkę, to ponownie orłem nie zostanie, choćby naprawdę z orlego gniazda pochodził… Pozostaje nam więc oglądać seriale i teleturnieje dla średnio rozgarniętych szympansów i śpiewać tytułową piosenkę tego artykułu, czy jednak coś zrobić możemy?
„… na podwórku fajnie jest można sobie pobiegać, można w piłkę pograć też i pochodzić po drzewach…” a w piłkę to nawet sobie pokopać można na „orlikach”, tylko niektórym się dachy nie zamykają!

Artur Marach

lboo
Użytkownik
lboo

@Artur Marach: Zgadzam się całkowicie.

Niestety znaczna część społeczeństwa nadal łyka propagandę. Wydaje im się że jak zmienimy system z takiego na owaki to od razu będzie raj na ziemi.
Natomiast u góry siedzą te same postacie które nie mają żadnych skrupułów żeby wykorzystywać społeczeństwo dla swoich prywatnych celów. Nie ma to dla nich znaczenia jaki system będą wyznawać. Kiedyś wyznawali komunizm lemingi wierzyły i pracowały na nich, teraz wyznają neoliberalizm i znów lemingi łykaja.

Dopuki ludzie sami nie znaczną o sobie decydować i oddają władze w ręce psychopatów będzie jak jest, niezaleznie od tego jaki będize system ekonomiczny.

Za komuny ludzie budowali i było co sprzedawać po 89. Teraz też ludzie ciężko pracują i budują, natomiast to co zbudują jest już sprzedane zanim skończą.

Nauczcie sie w końcu że to co zbudowano należy do tych co zbudowali, a nie do tych którzy dodrukowali papierowych pieniędzy.

Artur Marach
Użytkownik

lboo …dokładnie tak jest. Na pewnym etapie bycia u władzy, posiadania, świadomości, wpływów…czy jak to określić nie są istotne wyznanie, poglądy, patriotyzm, naród, państwo, prawo, wartości itd.itp. To wszystko jest dla głosujących na nich lemingów. Istotne jest żeby utrzymać pozycję “panów świata” a lemingi utrzymać w ryzach, co w tych czasach jest bardzo łatwe… “Żydzi rządzą światem!”, “Masoni rządzą światem”,”Kościół rządzi!”, “PO jest winne wszystkiemu!”, “PiS za to wszystko odpowiada!”…takie hasełka dla lemingów, a “panowie świata” się z tego śmieją i mają to wszystko głęboko…

przemex
Użytkownik
przemex

https://www.youtube.com/watch?v=67-V8T4Z9Rc

Posłuchajcie co mówił pierwszy sekretarz i sami oceńcie czy nie są to słowa zatroskanego gospodarza.

Prawda że w czasie PRL byli prześladowani, prawda że były patologie, ale prawdą jest też to, że w porównaniu do czasów dzisiejszych państwo dbało o ludzi.

Abaddon
Użytkownik
Abaddon

Od dawna Polska – nasza ojczyzna jest towarem, pustym hasłem w gębach polityków, a my… Niby to wszystko powinno być dla nas, niby powinniśmy być podmiotem, niby mamy demokrację i przy każdych wyborach będących wielkim świętem (co samo w sobie powinno ludzi nakłonić do zastanowienia – co to za demokracja raz na kilka lat? Co to za demokracja bez referendów? Gdzie ta władza ludu?) wmawiają nam, że oto decydujemy o swojej przyszłości… Po wyborach mija kilka dni na ustawienie kolejki do koryta i stworzenie koalicji (często jest to połączenie dwóch do tej pory wrogich partii – co po raz kolejny powinno skłonić ludzi do zastanowienia: W CO ONI Z NAMI POGRYWAJĄ?) i wszystko wraca do normy. Zwycięzcy biorą wszystko. Znów rozpędza sie wyprzedaż resztek dobra narodowego, a gdy to się kończy MY stajemy się towarem. Niskimi zarobkami próbują nas zmusić do emigracji z Ojczyzny i zostania tanią siłą roboczą – ostatnie co w tym kraju wartościowe staje się eksportową siłą roboczą za pół ceny i z darmową dostawą pod bramy zakładów.

Szwakszty
Użytkownik
Szwakszty

Cieszę się że w Polsce są tacy ludzie jak moi szanowni “przedmówcy” (przedkomentatorzy) umiejący dostrzec niuanse naszej rzeczywistości i je przedstawić w sposób czytelny dla tych zagonionych sprowadzających często swoją egzystencję do prostych potrzeb “nażreć się i wykasztanić”. Uważam, że w naszym kraju konieczna jest “praca u podstaw” – Polska to nasze wspólne dobro – bo każda rewolucja przyniesie tylko zmianę tych cwaniaczków na górze. Najważniejszy jest przykład dawany w swoim środowisku. Nie nawoływać od razu milionów do buntu. Pokazać właściwą postawę nielicznym. Jeśli ta postawa będzie naprawdę tą właściwą nasladowcy będą narastać błyskawicznie. Lepiej współpracować z mniejszą grupą przekonaną do danego celu niż z motłochem porwanych na fali możliwości odniesienia chwilowej korzyści.