Liczba wyświetleń: 2643
Religia nigdy nie powinna zostać wprowadzona do postkomunistycznej szkoły. Zamiast tworzyć swoje katolickie szkoły, Kościół uległ ludzkim słabościom. Pycha, lenistwo i chciwość zostały wykorzystane przez komunistyczne tajne służby, tworzące po 1989 roku nowy system.
Nasza europejska władza tworzy kolejny front, na którego obronę my, chrześcijanie, mamy tracić swoją energię. Ten front to próba wyrzucenia nauki religii ze szkoły publicznej i zastąpienia ją zajęciami instruktażu z LGBT+ W obliczu kolejnej represji i krzywdy rzucamy się do obrony. Czy mamy rację?
Twierdzę, że nie. Religia nigdy nie powinna zostać wprowadzona do postkomunistycznej szkoły. Uważam tak od roku 1989, od początku. Jak do tego bezkonfliktowego powrotu religii do szkoły doszło? Pycha, lenistwo i chciwość kleru – tymi ludzkimi słabościami posłużyły się komunistyczne tajne służby, tworząc nowy system.
Pycha – hierarchowie ujrzeli się w roli władców (duchowych) całego państwa, którym podporządkowują się władze świeckie.
Lenistwo – po co męczyć się i tworzyć swoje szkoły (w roku 1990 nikt nie powstrzymałby procesu tworzenia podstawowych szkół katolickich), skoro można przejąć już gotową strukturę.
Chciwość – nauka religii za komuny odbywała się w kościołach i salkach katechetycznych; za darmo. Teraz księża mieli mieć za to samo płacone (dopiero później pojawili się świeccy katecheci).
Dla nadania całej operacji większej wiarygodności starzy ubecy nauczyli się nawet klękać. Teraz śmieją się z KK, że dał się tak łatwo ograć. Już nie klękają, ale żądają eliminacji krzyży, religii i pełnej demoralizacji naszych dzieci i nas. Teraz już nie z poparciem dziczy ze Wschodu, ale postępowego Zachodu, którego częścią zawsze przecież chcieliśmy być.
Po 35 latach od wejścia religii do szkół nie możemy udawać, że nie widzimy owoców. Księża i katecheci nie uświęcili zdemoralizowanej szkoły. Sami zostali zbrukani przez postkomunistyczne profanum. Ksiądz stał się tylko jednym z nauczycieli. Jednym z wielu nieszanowanych i ośmieszanych przez młodzież nauczycieli. Próba pozyskania 100% młodzieży do Wiary i Kościoła, zakończyła się utratą 90%. Co najmniej 90% Naszych dzieci.
Podaje się obecnie trzy główne argumenty na rzecz pozostawienia religii w szkołach. To konkordat, konstytucja i interes katechetów jako grupy zawodowej – to już kompletne kuriozum. Gdzie w tym dobro naszych dzieci?
Oczywiście nie można obarczać obecnym stanem rzeczy – tylko 20% Polaków uczestniczy w niedzielnej mszy świętej – samych katechetów. Do tego wyniku wybitnie przyczyniła się hierarchia kościelna w czasie pandemii COVID-19. Nasi biskupi i proboszczowie, zamiast być z wiernymi, pozamykali kościoły i pochowali się w swoich pałacach i plebaniach. Nauczając o szczęściu życia wiecznego, pokazali wiernym ogromną, nadmierną troskę o własne życie doczesne. Troskę, jaka nie przystoi uczniom Jezusa. Czy sól ma jeszcze swój smak?
Oczywiście, możemy dalej udawać. Bronić fasady, za którą nic nie stoi. Walczyć o religię w szkołach, chociaż nasze dzieci albo na nią nie chodzą, albo stały się niewierzące. Jaki jednak miałby być tego sens?
Dla przypomnienia. Nie tylko sędziowie nie zostali zlustrowani po „upadku komuny”, hierarchowie kościelni również.
Autorstwo: Jan Azja Kowalski
Źródło: ABCNiepodleglosc.pl
Tezy w zasadzie prawidłowe. Tyle że nie mieszałbym w obecny upadek Kościoła jakichś mitycznych byłych ubeków. Kościół zrobił to sobie sam, ze swoim własnym, gorliwym błogosławieństwem. Dopóki lekcje religii odbywały się w kościelnych salkach katechetycznych, dopóty były czymś wyróżniającym, z odrobiną mistyki.
Na „religię” chodzili albo ci, którzy naprawdę chcieli, albo ci, którzy naprawdę nie byli w stanie oprzeć się presji otoczenia. Składającego się z pochodzących zwykle ze wsi babć i dziadków, żywiących do Kościoła mieszankę szacunku i strachu. Tyle że Kościół, który już ponad tysiąc lat temu z instytucji religijnej stał się firmą nastawioną na zysk, postanowił ograniczyć koszty i jeszcze ten zysk zmaksymalizować.
Stąd pomysł „religii w szkołach”. I to właśnie te „lekcje religii” pokazały kilku pokoleniom młodych ludzi prawdziwą naturę Kościoła. Unaoczniły rozdźwięk między sprzedawanym przez Kościół przekazem a realnymi poczynaniami zarówno tej instytucji jako całości, jak i poszczególnych hierarchów. Gwoździem do trumny okazały się niezliczone pedofilskie skandale, podczas których Kościół, zamiast ustawić na placu św. Piotra szubienicę, zachowywał się jak rasowa mafia, do upadłego walcząca o swoich bossów i żołnierzy. W obliczu tego wszystkiego zostali postawieni nieszczęśni szkolni katecheci, którzy mogli osłaniać się jedynie swoim anachronicznym przekazem.
W efekcie Kościół zbiera zasianą burzę, a to dopiero początek jego kłopotów. Bo coraz więcej ludzi zacznie pytać o to, z jakiej to racji przekazywane są mu co roku gigantyczne fundusze od państwa. Zaraz też zaczną ciążyć olbrzymie „odzyskane” majątki, wszystkie te biskupie pałace, rozbuchane plebanie, wielkie świątynie i inne megalomańskie projekty. Przynoszące zysk, dopóki przyciągały miliony „wiernych – inwestorów”, wrzucających na tace bajońskie sumy. Teraz to się szybko kończy a Kościół udaje, że nic się nie dzieje, bohatersko krusząc kopie o „religię w szkołach”, która bezpośrednio przyczyniła się do jego upadku. Niech kruszy dalej. Ja płakać po nim nie będę.
@Irfy to właśnie komuniści zdeprawowali kościół wprowadzając do niego degeneratów, sam Stalin miał odpowiadać za wprowadzenie 7 tysięcy z nich, dlatego jest tylu pedosów wśród duchownych
Kościół Chrześcijański został zdeprawowany 17 wieków temu w momencie gdy znalazł się pod komendą Cesarstwa Rzymskiego (Nicea 325) co spowodowało, że w końcu arystokracja Wiecznego Rzymu mogła odetchnąć, gdyż znalazła nareszcie sposób na spacyfikowanie tej jakże groźnej dla Systemu i wywrotowej Nauki Jezusa, którą udało się przekuć w Państwową Rzymską Religię.
Co do Religii w tzw. szumnie nazywanych szkołach, to w moim odczuciu powinien zdecydowanie istnieć taki przedmiot, lecz powinien nazywać się „Przeglądem ludzkich Religii”, którego treść byłaby zgodna z tytułem tegoż.
Religia jest niczym innym niż zinstytucjonalizowanym sposobem na kontrolę tego co mają myśleć Umysły i jak mają myśleć, co jest prawidłem w każdej sekcie religijnej, niezależnie czy ma podpisany konkordat z państwem czy nie.
Zgodnie z filozofią bolszewików religia powinna być wytępiona z systemów 'proletariackich’. Jednak tak się nie stało, gdyż religia ZAWSZE była świetnym narzędziem do kontroli mas ludzkich. Tak samo było w przypadku PRL, kler współpracował z tą władzą tak jak z każdą inną, o czym może chociażby świadczyć liczna rzesza księży na liście współpracowników SB.
Wiedzą, że ludzie dostrzegają coraz częściej tę 'duchową’ szopkę, stąd w ramach inżynierii społecznej wrzucają chwilowe 'alternatywy’ typu religie lbgt czy religię ateistyczną (co wierzą w brak Boga ;)), nie wspominając o wszechobecnej religii hedonistyczno-konsumpcjonistycznej, aby potem gdy degrengolada tychże ostatnich zostanie uwypuklona to wówczas poprzez swoje marionety będą nawoływać do powrotu do 'tradycyjnych i zdrowych’ fundamentów typu chociażby religia.
Pojawienie się ostatnimi czasy Islamu w Europie w ogromnej ilości też nie jest przypadkiem, gdyż jest to wyjątkowo opresyjna religia (szczególnie wobec kobiet, noszących często 'maseczki’ vel burki non-stop), a więc świetne narzędzie do kontroli populacji. Szczególnie, że jej kultyści są znani ze znacznego fanatyzmu tych obecnie wypaczonych nauk zesłanych przez posłańca zwanego Gabrielem.
Internet zastępuje obecnie KK. Oczadza ludzi podobnie.
//Kościół Chrześcijański został zdeprawowany 17 wieków temu//
Mniej więcej tak to wygląda. Nauczanie (myślenia religijnego) zastępowano dogmatami, których można nauczyć się chodząc co niedzielę do kościoła gdyż nie wymaga to rozumienia.
I co taki ksiądz czy katecheta ma tym dzieciom mówić? Nie wie o czym i jak z nimi rozmawiać.
Co to za religia, gdzie większość wyznawców pod pojęciem wiary „rozumie” wiarę ślepą. I synonimy takie jak przekonanie, pewność czy samoświadomość nie wchodzą w rachubę.
Jest w tym pozór pewności ale to w istocie zacietrzewienie i opór przed otwarciem się na innych i ich poglądy. I tu na myśl przychodzi powiedzenie, że „o wierze się nie dyskutuje”. I dlatego nie umie się o tym niczego powiedzieć – i w konsekwencji w ogóle dyskutować i rozumować. Na innym niż zwierzęcym poziomie – o przetrwaniu ciała we własnej formie.
KK przydaje się zawsze, kiedy wokoło panuje wojujące bezduchowie systemowe. Właśnie wraca, zatem i KK może się jeszcze raz przydać. O ile nie zostanie ostatecznie obezwładniony.
Nauczanie KK w świeckich szkołach uważam za błąd. Powoduje zgrzyt na poziomie wielokulturowego charakteru świeckich szkół. A także degraduje nauczanie, bo miesza tych, którzy faktycznie takiego nauczania chcą z tymi, którzy są przeciwko, co uniemożliwia normalną naukę tego tematu.
Powinniśmy powrócić do tego co było jeszcze za mojej młodości, tzn nauki religii przy kościołach z opcją lekcji w szkołach w godzinach skrajnych, jeśli przytłaczająca większość rodziców wyrazi takie zapotrzebowanie, dając też szansę niechcącym tej nauki, opuszczenia tych lekcji wcześniej.