Lima: normalność dotrze na kołach

Opublikowano: 03.08.2016 | Kategorie: Publicystyka, Turystyka i podróże | RSS komentarzy

Przeczytano 6 razy!

Nigdy nie skoczyłem na bandżi, ale gdybym mógł cofnąć czas, to wtedy, zamiast pierwszego przejazdu miejskim autobusem w Limie, wolałbym rzucić się z mostu na linie. Co ja gadam? Skoczyłbym i bez liny.

To właściwie nie był autobus, tylko mikrobus. Kurs nr 5C z Villa Maria del Triunfo do Miraflores. Nieświadomy niczego zająłem miejsce z tyłu pojazdu, po lewej stronie. To był mój pierwszy błąd.

W podłodze znajdowała się szeroka dziura, pod którą uciekał asfalt. Na ucieczkę do przodu pojazdu nie było szans – nie przedarłbym się przez ściśniętych ludzi.

Wpadłem na myśl, że aby się obudzić z tego snu na jawie, powinienem zacząć liczyć. Cokolwiek. Sekundy, budynki za oknem, mijane auta… Policzyłem współpasażerów.

To był błąd numer dwa. W mikrobusie, wyposażonym w 12 siedzeń przedzielonych wąskim korytarzem, jechało ze mną co najmniej 25 ludzi. To ostatnia rzecz, którą powinien wiedzieć człowiek z dziurą między stopami w pojeździe pędzącym miejscami z 80-90 km na godzinę.

Po kilku przystankach przerzedziło się. Przeskoczyłem na wolne miejsce dwa fotele przede mną, z prawej strony busa, nie mając pojęcia, że popełniam kolejny błąd. Nie dlatego, że mój nieprzykręcony do podłogi fotel chwiał się niczym galareta na każdym zakręcie, przez co musiałem zaprzeć się nogami i rękami, by nie wypaść przez niedomknięte boczne drzwi. Ale dlatego, że zamiast zmieniać siedzenie, powinienem wyskoczyć z tego wehikułu jak z procy. Ale ja, głupi, pojechałem dalej.

Jechałem i myślałem. O tym bandżi. Po prostu bałem się. Przyzwyczajony do bezpiecznych, wygodnych środków komunikacji nigdy nie drżałem ze strachu tak jak wtedy.

Wysiadając w Miraflores trzymałem w ręku poręcz, która wyrwała mi się z oparcia fotela. Wręczyłem ją pomocnikowi kierowcy, który upychał ludzi do środka. Nie miał pretensji i zażądał tylko opłaty za przejazd.

Za każdym kolejnym razem bałem się coraz mniej, aż w końcu wytworzyła się we mnie normalna w Limie postawa pasażera: nie myśleć, nie wyobrażać sobie niczego, tylko pomodlić się w duchu i wsiadać. A nuż, widelec uda się dojechać do celu.

Czasami się nie udaje.

Oczywiście można zapytać: a nie lepiej jechać metrem?

Otóż, nie można. W dziewięciomilionowej Limie nie ma metra.

To może tramwajem?

W Limie nie ma tramwajów.

Trolejbusem?

Haha!

To może pociągiem?

Czemu nie? Jeśli kiedyś będzie…

Brzmi to jak bajka, ale zdezelowane i zatłoczone mikrobusy są – obok motorowych riksz – podstawowym środkiem transportu w stolicy Peru. Limeńskie rozwiązanie to najbardziej niebezpieczny i chaotyczny system komunikacji miejskiej w Ameryce Południowej, a być może i na świecie.

Gdyby jednak zamiast skoku z mostu ktoś na to wszystko reflektował, radzę się pospieszyć, bo wkrótce obraz zmieni się nie do poznania. Niektórzy powiadają: ze skrajności w skrajność.

Do Limy trafiło właśnie z Chin 150 nowoczesnych, napędzanych gazem autobusów, w centrum trwa budowa podziemnego terminalu i wytyczono szybką trasę z północy na południe miasta. W kwietniu ma nią ruszyć El Metropolitano – nowoczesny system transportowy, który według władz będzie bezpieczny, przyjazny i wygodny. Autobusy mają jeździć punktualnie, jak w Niemczech. Będą wyposażone w miejsca dla niepełnosprawnych (mikrobusy są dla nich niedostępne) i kamery. Na przystankach pojawi się bezprzewodowy internet i szklane barierki oddzielające pasażerów od autobusów. Wejść do nich będzie można wydzielonymi bramkami. Te szyby to dla bezpieczeństwa ludzi, bo początkowo mogą z wrażenia spadać z platform.

Potem się przyzwyczają. Człowiek szybko przyzwyczaja się do normalności.

Autor tekstu i zdjęć: Piotr Maciej Małachowski
Źródło: Dziennikarstwo Obywatelskie
Na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.5 Polska

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars Zostań pierwszą osobą, która oceni ten wpis!
Loading...

3 komentarze

  1. bro 23.03.2010 10:47

    eee, mie przesadzaj z tymi mikrobusami, przeleć się w ameryce południowej awionetką na jakiejś krajowej linii, to jak skok na bandżi bez liny i bez mostu :p

  2. Robert Śmietana 23.03.2010 10:52

    A to ciekawe, bo zarówno Ty bro, jak i autor jakoś przeżyliście te skoki na bungie bez liny (zakładam, że piszesz z doświadczenia), miliony ludzi jakoś też przeżywają to i to codziennie… normalnie cuda :)

  3. Onesime 24.03.2010 11:14

    „Oczywiście można zapytać: a nie lepiej jechać metrem?

    Otóż, nie można. W dziewięciomilionowej Limie nie ma metra.”

    Niestety autor mija się z prawdą:
    http://urbanrail.net/am/lima/lima.htm

    ODPOWIEDŹ AUTORA ARTYKUŁU

    @Onesime.
    Nie mijam się z prawdą, bo stolica Peru nie posiada metra. Mapka, do której kierujesz w linku, przedstawia plan miejskiej kolei nadziemnej, wytyczonej na kilkumetrowej wysokości słupach (a nie pod ziemią), która nie działa, gdyż jej budowa jest nieukończona. Zaznaczony na mapie kolorem czerwonym odcinek z dzielnicy El Salvador w okolice San Juan wygląda w miarę dobrze, ale dalej trasa praktycznie nie istnieje (miejscami stoją tylko nie połączone ze sobą betonowe słupy, bez szyn). Z uwagi na niedokończenie inwestycji uruchomienie w tej chwili jakiegokolwiek nadziemnego pociągu w Limie (o podziemnym metrze nie ma nawet mowy i nikt o tym nie myśli) jest niemożliwe. Władze rządowe i miejskie zapowiadają, że wrócą do realizacji tego projektu w tym lub w przyszłym roku. Jeśli tak się stanie, na pewno poinformuję o tym na swoim blogu o Peru: http://www.operujewperu.bloog.pl, na który serdecznie zapraszam.

    Pozdrawiam. Piotr Maciej Małachowski.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz.
Jeśli już się logowałeś - odśwież stronę.

pl Polish
X