Himilsbach

Opublikowano: 23.10.2017 | Kategorie: Kultura i sport, Publicystyka

Liczba wyświetleń: 10

W ub. roku minęło osiemnaście lat od śmierci Jana Himilsbacha. Rocznica minęła jakoś bez większego echa, a przecież postać ta jest ciągle żywa w pamięci nie tylko warszawiaków.

Był zwykłym człowiekiem, ale jednocześnie osobą niezwykłą, bo z prostego kamieniarza, obciążonego nałogami, stał się aktorem znanym w całej Polsce. Pamiętamy go z filmów „Rejs” i „Wniebowzięci”, gdzie wraz ze swoim przyjacielem Zdzisławem Maklakiewiczem zagrali główne role. Na trwałe utkwił w naszej pamięci jako jeden z głównych bohaterów serialu „Jan Serce”, oraz wielu innych charakterystycznych wcieleń filmowych, których nie jestem w stanie wymienić.

Jednak to ani role filmowe, w których – co tu dużo mówić – nie stworzył wielkich kreacji, nie wykazał się nawet dojrzałym warsztatem artystycznym, ani jego próby literackie („Monidło”, „Przepychanka”, „Łzy sołtysa”) nie przyniosły mu tej ogromnej popularności. To jego ochrypły głos i niezbyt inteligentny wyraz oblicza ze złamanym nosem, z jakże realistycznie wymalowaną na twarzy ciężką przeszłością bywalca podejrzanych knajp i kolegiów karno-administracyjnych, twarzy jakby żywcem wyjętej z wianuszka osobników otaczających budkę z piwem, przyniosły mu ogromne powodzenie wśród publiczności.

Fenomen jego popularności polegał również na tym, że z Himilsbachem utożsamiali się zarówno goście melin na Brzeskiej, smakosze tanich win z Powiśla, gdzie Janek mieszkał, ale również ludzie filmu i środowisk twórczych.

Anegdoty o Himilsbachu, jego knajpiarsko-pijackich przygodach są ciągle opowiadane i nadal żywe, jak żywa jest legenda, którą stworzył już w latach siedemdziesiątych.

Właśnie w czasach prosperity i beztroski tamtych lat poznałem Janka. Nie byliśmy przyjaciółmi, ale mieliśmy wspólnych znajomych i nasze drogi skrzyżowały się kilkakrotnie.

Jakiekolwiek wspomnienie Himilsbacha jest absolutnie niemożliwe bez przytoczenia jego wypowiedzi. Te zaś stanowiąc istotę wszystkich anegdot o tej jakże barwnej postaci, nie dadzą się przekazać bez wulgarnych przerywników, których tak często i chętnie Janek używał. I bynajmniej nie były to przerywniki typu drobiowego, jak „kurka wodna”, czy „kurczę pieczone w pysk”. Ten aktor-amator używał wulgaryzmów z pełną swobodą, nie zwracając większej uwagi na otoczenie. Trzeba przyznać, że pod tym względem wyprzedził epokę i wyrażał się niemal tak, jak czyni to dzisiejsza młodzież powracająca ze szkół, często po najważniejszej lekcji, jaką jest niewątpliwie religia.

Anegdotki z życia Himilsbacha często opowiadał wybitny aktor Wojciech Siemion i do dziś są opowiadane w środowisku starszych aktorów poniekąd z ich inspiracji powstał ten artykuł. Chcąc osiągnąć pełen efekt komizmu sytuacyjnego, aktorzy muszą zwracać się do publiczności zachowując całkowity autentyzm wypowiedzi. Dlatego ja jestem w lepszej sytuacji, bo w tekście dokonam niezbędnych skrótów licząc na domyślność moich kulturalnych czytelników.

Himilsbach, jak wiadomo, był kamieniarzem i z racji wykonywanego zawodu dłuższy okres żywota doczesnego spędził na warszawskich nekropoliach stawiając nagrobki.

Pewnego słonecznego, wiosennego dnia przejeżdżając obok cmentarza z kumplem, z którym pół godziny wcześniej wytrąbili flaszkę czystej, jako znakomity obserwator życia, nie mógł powstrzymać się od wypowiedzi:

– Zaraz będziemy mogli usiąść, bo na tym przystanku wychodzą wdowy!

I rzeczywiście. Po tym komunikacie, wypowiedzianym donośnym, ochrypłym i jakże zdartym głosem wywołującym niejeden uśmiech na obliczach współpasażerów przepełnionego autobusu, kilkanaście matron uniosło swe obfite w kształtach odwłoki. Z kwiatami, wiaderkami i innymi akcesoriami ruszyły mamrocząc coś pod nosami w kierunku drzwi wyjściowych. Kiedy wysiadły, istotnie zrobiło się luźniej.

– Zobacz Mietek! Najpierw stare ropele wykańczają mężów ciągłym gderaniem, a teraz wożą kwiatki i czyszczą groby. Taka jedna z drugą nie pomyślą k…, że całe życie truły człowiekowi dupę na temat jego śmierdzących skarpetek. Zawsze piekliły się, że chłopina przynosi za mało pieniędzy – kontynuował Jaśko.

Rechot męskiej części współpasażerów dopingował Himilsbacha do dalszej wypowiedzi:

– Teraz, kiedy wiedźmy zbiorą się w stado nad mogiłą nieszczęśnika, to w tym żmijowisku jedna przez drugą przechwalają się, który to nieboszczyk za życia był lepszy…

– Więc pijmy i żyjmy Mietek, jak najdłużej, bo po śmierci też k… nie zaznasz spokoju!

Kiedyś Janek opowiadał swoją przygodę w „Kameralnej” przy ul. Foksal. Wśród jego kumpli był niejaki inż. Starościński ze swoją „narzeczoną”.

Małżonka Barbara, którą Himilsbach nazywał Basicą, musiała wyjść po zakupy, a jednocześnie chciała, by Janek nie wychodził z domu i wytrzeźwiał. Sprawa wydawała się prosta, bo Jaśko spał jak niemowlę i nie słyszał, że został zamknięty w mieszkaniu od zewnątrz. Ze spokojną głową poszła więc do sklepu, a należy przypomnieć, iż w tamtych czasach długo trzeba było stać w kolejkach, by cokolwiek kupić.

– Budzę się k…, a tu wierzeje zamknięte na cztery spusty. Basica gdzieś poszła, a mnie tu k… mało bebechów nie wypali. Patrzę do jednej kieszeni – pusto… Zaglądam do drugiej – jest! – jakaś zmięta stówa. O, mając taki banknocik to już można coś zdziałać. No, ale jak tu k… wyjść z tej nory? Otworzyłem okno i patrzę w dół.

– Może by mnie tak straż pożarna zdjęła? Przecież czasem zdejmują koty z drzewa, to pomogą biednemu robaczkowi? Chyba też są trunkowi i rozumieją człowieka w potrzebie. Takie i inne głupie myśli mi k… po głowie chodzą. Ale patrzę, idzie ulicą Broda, no taki kumpel. Chcę k… krzyknąć: „Broda”, ale nie mogę z siebie wydobyć głosu, tak mnie rura paliła. Złapałem doniczkę i pierdut w dół, aż chłopina mało zawału nie dostał. No, ale co k.. miałem zrobić? Macham do niego żeby przyszedł, to on przyszedł. Stanął pod drzwiami i dzwoni.

– Nie dzwoń – krzyczę (a głos mam jak szept topielca z głębi studni), chcę coś wychlać na kaca!

„Jawora”, znaczy się stówę, to mu podałem szczeliną między drzwiami a progiem.

– No i co dalej? –myślę sobie.

Broda poleciał do monopolu i do chałupy po narzędzia. Jak zaczął wiercić dziurę w drzwiach, to dopiero pokapowałem się, o co chodzi. Broda instalował przecież zawodowo wizjerki w drzwiach, zamki itp. pierdoły. Jak wywiercił dziurę, to podał mi gumowy wężyk do ściągania wina. Z jednej strony wsadził wąż do butelki, a z drugiej ja mogłem ciągnąć jak Starościński ssie cyca swojej tłustej Helci. I tym sposobem wydoiłem całe pół litra.

Z drugiej strony popatrzcie: baba zawsze postawi na swoim. Przecież zawsze chciała mieć w drzwiach wizjer, ale ja się nie zgadzałem, żeby się k… nie czuć jak pod celą.

Minęło kilka lat, w czasie których ani razu nie spotkałem Himilsbacha. Świat ma jednak mniejsze gabaryty niż myślimy. Będąc służbowo w Malborku, nie znając miasta, szukałem jakiegoś przybytku, gdzie można coś zjeść. Głodny byłem jak wilk, toteż wessała mnie pierwsza napotkana „ mordownia”.

Grymas obrzydzenia wykrzywiającego moje oblicze podczas spożywania schabowego składającego się z wielokrotnie obgryzanej kości, otoczonej bułką i rozpaćkanych kartofli upstrzonych czarnymi, twardymi grudami zamienił się w uśmiech. Oto przez otwarte drzwi sali bezalkoholowej, w której miałem radość siedzieć przy zalanym obrusie przypominającym ścierę do podłogi, ujrzałem Janka z jakimś człowieczkiem żłopiących piwsko w sąsiednim, mniej ekskluzywnym pomieszczeniu.

– O, myślę sobie – Jaśko musi mieć niezłego kaca, skoro chłodzi rozpalone trzewia piwem.

Nie było moim marzeniem, aby dzień spędzić trunkowo, ale ciekawość bywa czasem gorsza od samego Tuska, czy innego Balcerowicza. Tę ciekawość mogłem przypłacić przykładnym mordobiciem, chociaż w tamtych czasach pozbawienie zębów obywatela przez innych obywateli prokuratura uważała za czyn szkodliwy społecznie, a sądy karały z całą surowością ówczesnego „zbrodniczego” prawa.

Za namową szatana zostawiłem jarzynkę przypominającą bardziej krowie łajno niż szpinak oraz kość z przeznaczeniem do dalszej obróbki przez szefową kuchni, kupiłem kufel piwa i dosiadłem się do aktora.

Himilsbach zapomniał już skąd mnie zna, ale wiedział, że jestem z Warszawy. Dlatego dyplomatycznie zwracał się do mnie „Ziomek”. Moje zaskoczenie radością i wylewnością, z jaką mnie przywitał wyjaśniło się natychmiast.

– Postaw Ziomal piwo, bo jesteśmy k… goli.

W trakcie wychylania następnych kufli obficie chrzczonego piwa, dowiedziałem się jaki to przypadek zrządził, że Himilsbach, przywiązany do swoich warszawskich kątów trafił aż do Malborka.

Przyszedł do mnie Kazik (tu Janek wskazał na łysawego kolegę, jeszcze szczuplejszego i niższego niż on sam) i zagaja:

– Chodź, pojedziemy do Pieścirogów na świniobicie. Przywieziemy trochę chabaniny, to się nasze baby ucieszą, a my pochlamy krzakówy, bo szwagier niedawno pędził.

W Dzięciołach i Łysobykach koło Tłuszcza to ja kiedyś byłem – mówię – ale gdzie są k… te Pieścirogi?

– A bliziutko – zapewnia Kazik – zaraz koło Nasielska, no z godzinę jazdy z Dworca Gdańskiego.

I tak bajtlował, że mnie k… zbajerował.

– Rzeczywiście – kontynuował Himilsbach, te Pieścirogi są blisko stacji. Wieś ładna, zadbana, no, ale jak zaczęliśmy degustować ten bimber, to się k… do środka nocy zeszło. Siostra Kazika zrobiła nam paczki z mięchem i wyrobami, a szwagier wetknął po butli księżycówki.

– Porządny chłopina – westchnął Janek i kontynuował dalej.

– Ledwo przyczłapaliśmy na stację, bo swojska wódka zrobiona była fachowo i w nogi lepiej wchodziła niż monopolowa. Wtoczyliśmy się na peron, bo zaraz miał wjechać pośpieszny do Warszawy. Na torze obok stała lokomotywa spalinowa, która robiła tyle hurkotu, że człowiek swoich myśli k… nie słyszał. Piździło jak w Kieleckiem, toteż marzyłem tylko o tym, żeby jak najszybciej wejść do ciepłego przedziału i posadzić tyłek na miękkim siedzeniu. Grobowy głos z megafonu, jak z głębi piekieł, zapowiadał wjazd pośpiesznego. Przez tę pieprzoną spalinówkę zrozumiałem tylko jedno słowo: Gdańsk. Wiadomo – myślę – Dworzec Gdański. Kazik ledwo trzymał się na nogach, ja nie pamiętałem, z której strony przyjechaliśmy, więc k… pytam konduktora:

– Panie, czy to na Gdański?

– Tak, tak, do Gdańska!

Bilety mieliśmy powrotne tylko na osobowy, dlatego kanarowi pokazałem flaszkę, żeby się nie czepiał. Widać swój człowiek, bo nas k… zgarnął od razu do przedziału służbowego. Szklana po szklanie i obaliliśmy butlę we dwóch, bo Kazik nie kojarzył czy jedzie pociągiem, czy leci samolotem.

Budzę się, zimno k… jak w Irkucku, a za oknem blady świt. Patrzę, a tam jakieś lasy, jeziora, czerwona dachówka na domach.

– Przecież to k… nie Zegrzynek! – popadłem w panikę.

Złapałem cały majdan, Kazika za poroże i chodu na peron. Czytam napis na dworcu, a to k… Malbork. Nogi mi się ugięły, a konduktor do nas leci i krzyczy:

– Panowie, to jeszcze nie Gdańsk!

Wtedy dopiero dogadaliśmy się, jak doszło do nieporozumienia. Całe szczęście, że chłopak z Pragi, bo kiedy pociąg ruszył, zdążył nam powiedzieć, że jak będzie wracał wieczorem, to nas zabierze. O bilety nie musimy się martwić.

No, ale co tu k… robić do wieczora w obcym mieście bez grosza przy duszy? Poszliśmy pod zamek krzyżacki i nad Nogatem wypiliśmy flaszkę, która ocalała. Zagryźliśmy kaszanką i długo myśleliśmy, co dalej.

– Chodź Janek, opylimy to ścierwo co mamy w paczkach, a kobitom powiemy, że nam łapiduchy ukradli w żłobku na Kolskiej – zaproponował Kazik.

Pomysł był przedni. Basica w kolejce pod sklepem słyszała od jednej plotkary, że jej sąsiadowi w tym bełkotliwym hotelu dla trunkowych buchnięto kaczkę. I to całkiem żywą.

No tak, w Warszawie to by człowiek pojechał na bazar Różyckiego i opchnął świnię z ucałowaniem ręki. A tu, w tym p… Krzyżakowie, to bujaliśmy się ze cztery godziny. Baby marudziły, że mięso nie badane, nieświeże, a może to psina, albo kradzione. Jedna to nawet na nas gliniarzy napuściła. Ledwo nawialiśmy.

Tu nastąpił gwałtowny stek przekleństw i obelg pod adresem miejscowej ludności, szczególnie zaś kobiet, które Himilsbach z upodobaniem i nienawiścią zaczął nazywać Krzyżaczkami.

– Niewiele wzięli za to mięso – pomyślałem – skoro już je przepili.

Zaczęło robić się późno. Knajpiany gwar przerodził się w jazgot. Miejscowi smakosze , już mocno wstawieni, walili piąchami w stoły. Dwóch zaczęło się bić. I wtedy stało się najgorsze.

Himilsbach wstał od stolika, chwiejnym krokiem podszedł do walczących mężczyzn i głośno, jak tylko potrafił powiedział:

– Ja bym wam Krzyżacy wręczył miecze. Na miecze powinniśta się k… naparzać!

Na sali zrobiło się cicho. Słychać było tylko szum wody, którą bufetowa byle jak płukała kufle i chrzciła piwo, całkiem obojętna na to, co się dzieje na sali.

Ci dwaj przestali się bić. Popatrzyli porozumiewawczo na siebie i natarli na Janka.

– A ty kurduplu, coś za jeden?

– Kazik skoczył kompanowi na pomoc, ale szybciej wpadł pod stolik, nim dotarł pod łapska osiłków.

Przyznaję, cykorię miałem wielką, ale przecież nie mogłem zostawić znajomych w potrzebie. Szczęśliwie udało mi się przekupić obrażonych malborczyków wódką. Kosztowało mnie to cały zasób gotówki, jaki posiadałem.

Dopiero po kilku kolejkach Janek (przy mojej podpowiedzi) został rozpoznany jako aktor. Ci dwaj okazali się porządnymi, ciężko tyrającymi ludźmi. Nawet proponowali nam nocleg i gościnę. Rozstaliśmy się w zgodzie i przyjaźni. Odprowadzili nas na dworzec, gdzie wsiedliśmy do pociągu witani przez konduktora z Pragi, jak dobrzy znajomi.

Okazało się, że Janek z Kazikiem nie przepili wszystkich pieniędzy. Kupili wcześniej litr wódki na drogę. Jak widać pomysłowość i zapobiegliwość pijacka nie zna granic.

A jak wyglądała podróż do Warszawy? Nie pamiętam…

To było moje ostatnie spotkanie z Himilsbachem. Później oglądałem go już tylko w telewizji.

Myślę, że mógłby powstać film o tym aktorze. Na pewno byłby to ciekawy obraz o charakterze komedii obyczajowej. Ale sam pomysł to za mało, bo kto da pieniądze na produkcję?

Nasza telewizja znajduje środki na zakup kretyńskich, amerykańskich filmów, których treści nie pamięta nikt już na drugi dzień po obejrzeniu. Preferowana jest popularyzacja zachodniej, obcej kultury, aby młodzież mogła czerpać wzorce zachowań. Co z tego małpowania wychodzi, wszyscy widzimy.

Z przyjemnością wspomniałem atmosferę knajp lat osiemdziesiątych, odwiedzanych tłumnie przez ludzi pracy. Te tanie restauracje, bary, piwiarnie były może obskurne, ale było nas na nie stać. Niestety, to było, minęło i nie wróci. Przeszło jak beztroski sen z dawnych lat.

Autorstwo: Cezary Piotr Tarkowski
Źródło: Patriota-Tarkowski.blogspot.com

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars Zostań pierwszą osobą, która oceni ten wpis!
Loading...

TAGI: , ,

OD ADMINISTRATORA PORTALU

Hej! Cieszę się, że odwiedziłeś naszą stronę! Naprawdę! Jeśli zależy Ci na dalszym rozpowszechnianiu niezależnych informacji, ujawnianiu tego co przemilczane, niewygodne lub ukrywane, możesz dołożyć swoją cegiełkę i wesprzeć "Wolne Media" finansowo. Darowizna jest też pewną formą „pozytywnej energii” – podziękowaniem za wiedzę, którą tutaj zdobywasz. Media obywatelskie, jak nasz portal, nie mają dochodów z prenumerat ani nie są sponsorowane przez bogate korporacje by realizowały ich ukryte cele. Musimy radzić sobie sami. Jak możesz pomóc? Dowiesz się TUTAJ. Z góry dziękuję za wsparcie i nieobojętność!

Poglądy wyrażane przez autorów i komentujących użytkowników są ich prywatnymi poglądami i nie muszą odzwierciedlać poglądów administracji "Wolnych Mediów". Jeżeli materiał narusza Twoje prawa autorskie, przeczytaj informacje dostępne tutaj, a następnie (jeśli wciąż tak uważasz) skontaktuj się z nami! Jeśli artykuł lub komentarz łamie prawo lub regulamin, powiadom nas o tym formularzem kontaktowym.

1
Dodaj komentarz

Chcesz skomentować? Zaloguj się!
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
maciek
Użytkownik

mam nadzieję że ten film nie powstanie na bazie wspomnień Tarkowskiego :D