Fenomen gówno wartych prac

Opublikowano: 24.09.2013 | Kategorie: Gospodarka, Publicystyka, Społeczeństwo

Liczba wyświetleń wpisu: 20

W 1930 r. John Maynard Keynes przewidywał, że do końca wieku technologia rozwinie się na tyle, że w krajach takich jak Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone nie będzie pracowało się więcej niż 15 godzin tygodniowo. Nie ma podstaw, aby uważać, że Keynes się mylił. Biorąc pod uwagę dostępne technologie, opisana sytuacja jest możliwa; nie ma jednak miejsca, wręcz przeciwnie – „usprawnienia” mają służyć temu, żebyśmy pracowali jeszcze dłużej. Aby to osiągnąć, powstająca w ten sposób praca do wykonania powinna być, i faktycznie jest, bez sensu. Ogromne rzesze ludzi, zarówno w Europie, jak i Ameryce Północnej, spędzają całe swoje pracownicze życie wykonując zadania, które, jak sami po cichu przyznają, nie muszą tak naprawdę być wykonane. Moralne i duchowe zniszczenia wywoływane przez taką pracę są większe, niż mogłoby się wydawać i, choć praktycznie nikt o tym głośno nie mówi, zostawiają bliznę na naszym zbiorowym jestestwie.

Dlaczego przewidziana przez Keynesa utopia – niecierpliwie wyczekiwana jeszcze w latach 1960. – nie stała się rzeczywistością? Powszechnie przyjęta wersja jest taka, że nie wziął on pod uwagę ogromnego wzrostu siły konsumpcjonizmu. Mając możliwość wyboru pomiędzy mniejszą liczbą godzin pracy a większą liczbą przedmiotów i przyjemności, zgodnie wybraliśmy to drugie. To zgrabny moralitet, ale wystarczy chwila zastanowienia aby dojść do wniosku, że zawarty w nim obraz nie może być prawdziwy. Od lat 1920. jesteśmy świadkami niewyczerpanej pomysłowości w tworzeniu nowych gałęzi gospodarki i przypisanych do nich etatów, lecz tylko nieliczne z nich mają cokolwiek wspólnego z produkcją czy dystrybucją sushi, iPhone’ów czy modnych butów.

Czym wobec tego są te nowe miejsca pracy? Niedawny raport porównujący zatrudnienie w USA pomiędzy 1910 a 2000 rokiem daje dość jasną odpowiedź na to pytanie (a zarazem na bliźniacze pytanie dotyczące Wielkiej Brytanii). Wraz z mijającym czasem liczba zatrudnionych w przemyśle, na roli, czy jako służba domowa, gwałtownie malała. W tym samym czasie liczba pracowników na stanowiskach specjalistycznych, menedżerskich, biurowych, sprzedażowych i usługowych wzrosła trzykrotnie, zwiększając swój udział z jednej czwartej do trzech czwartych całkowitego zatrudnienia. Innymi słowy, etaty produkcyjne, dokładnie tak jak przewidywano, zostały w dużym stopniu zastąpione pracą maszyn. Liczba tego rodzaju etatów nie stanowi już tak poważnego procentu w skali świata jak kiedyś, nawet jeśli uwzględnić eksploatowane ponad miarę masy w Indiach i Chinach.

Zamiast jednak dopuścić do tego, by czas pracy diametralnie się zmniejszył i uwolnił drzemiący w ludziach potencjał, umożliwiając im realizację własnych projektów, przyjemności, pomysłów i wizji, byliśmy świadkami rozdymania się nie tyle nawet sektora usług, co sektora administracyjnego, włącznie z powstawaniem coraz to nowych dziedzin gospodarki, jak usługi finansowe czy telemarketing, oraz bezprecedensową ekspansją branż takich jak prawo korporacyjne, zarządzanie edukacją, ochroną zdrowia oraz zasobami ludzkimi, public relations. Wspomniane wcześniej liczby nie uwzględniają wszystkich ludzi, których praca polega na zapewnieniu bezpieczeństwa, pomocy administracyjnej bądź technicznej dla wymienionych gałęzi gospodarki, tak samo jak całej masy zawodów pomocniczych (psi fryzjerzy, całonocni dostawcy pizzy), które istnieją tylko dlatego, że wszyscy inni są tak bardzo zajęci jakąś inną pracą.

To są właśnie zawody, które proponuję nazywać gówno wartymi.

Tak jakby ktoś wymyślał bezsensowne zadania tylko po to, aby każdy z nas miał się czym zająć. I właśnie tu pojawia się zagadka: oto ma miejsce dokładnie taka sytuacja, jaka w kapitalizmie nie powinna się wydarzyć. W niewydolnych krajach realnego socjalizmu, gdzie zatrudnienie traktowane było zarówno jako prawo, jak i święty obowiązek, system tworzył tak wiele etatów, jak tylko musiał (to dlatego w ZSRR potrzeba było trzech sprzedawców, aby sprzedać kawałek mięsa). Jest to jednak ten rodzaj problemu, który konkurencja rynkowa powinna była rozwiązać. Zgodnie z teorią ekonomii, ostatnią rzeczą, jaką nastawione na zysk przedsiębiorstwo będzie robić, jest wydawanie pieniędzy na pracowników, których tak naprawdę nie potrzebuje. A jednak, w jakiś dziwny sposób, dzieje się tak cały czas.

Gdy korporacje uruchamiają coraz to nowsze programy bezwzględnych i masowych zwolnień, dotykają one zawsze grupy, które faktycznie odpowiedzialne są za wytwarzanie, przemieszczanie, naprawianie czy choćby podtrzymywanie rzeczy w ruchu. Wskutek tajemniczej alchemii, której nikt nie potrafi przekonująco wytłumaczyć, w tym samym czasie rośnie liczba ludzi opłacanych jedynie za przekładanie papierów; coraz więcej tego typu zatrudnionych, podobnie jak w Związku Radzieckim, formalnie pracuje 40 czy nawet 50 godzin tygodniowo, jednak efektywny czas ich pracy równa się co najwyżej 15 godzinom, dokładnie tak, jak przepowiedział to Keynes. Resztę ich czasu pochłania natomiast uczęszczanie bądź organizowanie seminariów motywacyjnych, aktualizacja profili na Facebooku czy ściąganie seriali.

Źródła problemu nie leżą w sferze ekonomii, lecz polityki i moralności. Klasa rządząca zorientowała się, że ludzie szczęśliwi, produktywni i mający masę wolnego czasu są dla niej śmiertelnym zagrożeniem (przypomnijcie sobie tylko, do czego doprowadziło zbliżenie się do takiego stanu rzeczy w latach 1960.). Z drugiej strony, poczucie, że praca jest wartością moralną samą w sobie i że każdy, kto nie chce przez większość czasu być podporządkowanym jakiemuś rodzajowi związanego z nią rygoru, nie zasługuje na cokolwiek – jest wyjątkowo dla owej klasy wygodne.

Gdy zastanawiałem się nad wyraźnie niekończącym się wzrostem liczby obowiązków administracyjnych w brytyjskiej edukacji wyższej, dotarło do mnie, że to może być jedna z urzeczywistnionych wersji piekła. Piekło jako zbiór jednostek, które spędzają większą część swojego czasu w pracy, na zadaniach, które ani lubią, ani są w nich dobre. Powiedzmy, że zostały zatrudnione, bo były świetnymi stolarzami, a po jakimś czasie odkryły, że oczekuje się od nich, aby przez większość czasu smażyły ryby. W dodatku zadanie, którym się zajmują, tak naprawdę nie musi być wykonywane – ostatecznie dość ograniczona liczba ryb musi zostać usmażona. Mimo to, wszyscy ci stolarze zostają tak mocno opętani przez podejrzenie, że niektórzy ich koledzy mogą spędzać trochę więcej czasu na stolarce, zamiast sumiennie obsmażać swój przydział, że zanim ktokolwiek się obejrzy, mamy warsztat wypełniony po brzegi źle przyrządzonymi rybami, ponieważ smażenie ryb to jedyne, czym wszyscy faktycznie się zajmują.

Sądzę, że to całkiem trafny opis dynamiki wartości moralnych w ramach współczesnej gospodarki.

Zdaję sobie jednocześnie sprawę, że podobne opinie szybko napotkają obiekcje w rodzaju: “A kim Ty niby jesteś, by mówić, które zawody czy miejsca pracy są naprawdę potrzebne? Co to w ogóle jest „potrzeba”? Jesteś profesorem antropologii kultury, to ma być potrzebny zawód?” I z pewnością wielu czytelników tabloidów uzna etat, który zajmuję, za klasyczny przykład marnowania publicznych pieniędzy. I na pewnym poziomie będą to jak najbardziej trafne spostrzeżenia. Nie istnieje coś takiego, jak obiektywna miara społecznej przydatności.

Nigdy nie ośmieliłbym się powiedzieć komuś przekonanemu, że to, co robi, wnosi do świata istotną wartość, że tak naprawdę wcale tak nie jest. Ale co z ludźmi, którzy sami przekonani są o tym, że ich praca jest pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia? Nie tak dawno temu rozmawiałem z przyjacielem z czasów szkolnych, którego nie widziałem, odkąd skończyliśmy 12 lat. Byłem zdumiony dowiedziawszy się, że w międzyczasie został on wpierw poetą, a potem frontmanem rockowej kapeli. Słyszałem nawet kilkakrotnie jego piosenki w radio, nie mając świadomości, że śpiewa je ktoś, kogo znam. Facet był świetny, a do tego pomysłowy i oryginalny. Jego twórczość niewątpliwie wzbogacała i inspirowała wiele ludzkich istnień na całym świecie. Jednak po kilku gorzej sprzedających się albumach kontrakt został zerwany, a on sam, obciążony zobowiązaniami finansowymi i małym dzieckiem, dokonał jak sam to ujął, wyboru niemal domyślnego dla ludzi żyjących bez celu: zaczął studiować prawo. Dziś jest prawnikiem w jednej z czołowych nowojorskich firm i nie miał najmniejszych oporów, by oświadczyć mi, że uważa swoją pracę za kompletnie bez znaczenia, nie wnoszącą absolutnie niczego oraz że jego zawód tak naprawdę w ogóle nie powinien istnieć.

Jest wiele pytań, które można zadać w takiej sytuacji, zaczynając od tego, co mówi o naszym społeczeństwie fakt, że generuje ono wybitnie niskie zapotrzebowanie na utalentowanych poetów i muzyków, ale za to nieskończone na prawników korporacyjnych? (Odpowiedź: gdy 1% populacji rozporządza większością bogactwa, to co nazywamy „rynkiem” odzwierciedla to, co ów 1%, i nikt inny, uzna za potrzebne czy ważne.) Co więcej, pokazuje nam to, że większość ludzi wykonujących podobne prace jest świadoma ich bezsensowności. To by się zgadzało: nie jestem pewien, czy kiedykolwiek poznałem prawnika korporacyjnego, który nie uważałby swojej pracy za idiotyzm. To samo odnosi się praktycznie do wszystkich wspominanych wcześniej gałęzi gospodarki. Mamy całą klasę opłacanych specjalistów, którzy, jeśli spotkasz ich na przyjęciu i zwierzysz się z wykonywania jakiegoś zawodu, który może uchodzić za interesujący (jak antropolog kultury, dajmy na to) – nie będą chcieli powiedzieć nawet słowa o własnej pracy. Daj im trochę wypić, a dodatkowo zaczną wygłaszać tyrady na temat tego, jak głupi i bez sensu jest w istocie ich zawód.

Mamy tutaj do czynienia z przemocą psychologiczną o głębokich skutkach. Jak człowiek może w ogóle zacząć rozpatrywać kwestię swojej godności jako pracownika, skoro sam wie, że jego posada w ogóle nie powinna istnieć? Jak może nie stworzyć w sobie potężnego ładunku gniewu i rozgoryczenia? Swoisty geniusz naszego społeczeństwa polega między innymi na tym, że jego władcy zorientowali się, że owe negatywne emocje należy odpowiednio ukierunkować. Tak, jak miało to miejsce w przypadku smażących ryby stolarzy, najlepiej wycelować go w ludzi, którzy usiłują wykonywać faktycznie coś znaczącą pracę. Na przykład: panuje generalna zasada, że im bardziej, obiektywnie patrząc, jakaś praca jest pożyteczna dla ogółu, tym mniej należy za nią płacić. Obiektywna miara jest raczej trudna do określenia, lecz dość prostym sposobem na ustalenie, czy dana profesja jest pożyteczna, jest zadanie sobie pytania: co by się stało, gdyby wszyscy ludzie wykonujący dany zawód po prostu zniknęli? Mówcie co chcecie o pielęgniarkach, śmieciarzach czy mechanikach, ale jest sprawą oczywistą, że gdyby oni wszyscy nagle rozpłynęli się w powietrzu, skutki byłyby natychmiastowe i katastrofalne. Świat bez nauczycieli czy magazynierów miałby nie lada kłopoty i nawet bez pisarzy science fiction czy muzyków ska byłby zwyczajnie mniej wartościowym miejscem. Nie jest do końca jasne, jak bardzo ludzkość cierpiałaby w świecie, w którym przestaliby istnieć prezesi funduszy inwestycyjnych, lobbyści, spece od kreowania wizerunku, aktuariusze, telemarketerzy, komornicy czy radcy prawni (wielu podejrzewa, że stan rzecz znacząco by się wówczas poprawił). Mimo tego, nie licząc garstki wyjątków, jak lekarze – cieszący się dobrą opinią, a jednocześnie wysoko wynagradzani – wspomniana zasada ma się zaskakująco dobrze.

Jeszcze bardziej przewrotny wydaje się fakt, że w mniemaniu ogółu najwyraźniej wszystko jest tak, jak być powinno. To jeden z sekretów sukcesu prawicowego populizmu. Możecie to zobaczyć na własne oczy, kiedy tabloidy szczują społeczeństwo na pracowników metra za paraliż Londynu podczas negocjacji płacowych. Fakt, że pracownicy metra mogą sparaliżować miasto, pokazuje wyraźnie, jak bardzo ich praca jest ważna i potrzebna – i właśnie to tak bardzo denerwuje ludzi. Jeszcze wyraźniej widać to w USA, kiedy Republikanie osiągnęli znaczący sukces w upowszechnianiu niechęci wobec nauczycieli i pracowników fabryk motoryzacyjnych (zamiast, co znamienne, administracji oświatowej czy menedżerów przemysłu samochodowego, winnych problemom), jako posiadających rzekomo rozdęte przywileje i płace. To tak, jakby mówiono im: “Ale wy uczycie dzieci! Albo robicie auta! Macie PRAWDZIWĄ pracę! I macie jeszcze czelność oczekiwać emerytur czy opieki zdrowotnej na poziomie klasy średniej?!”

Jeśli ktoś będzie planował podział pracy idealnie podtrzymujący władzę kapitału finansowego, ciężko mu będzie wymyślić coś jeszcze lepszego. Prawdziwi pracownicy, którzy wytwarzają realne produkty i usługi, są bezlitośnie eksploatowani i uciskani. Reszta natomiast jest podzielona pomiędzy sterroryzowaną warstwę powszechnie wykpiwanych bezrobotnych oraz większą od niej grupę, która zasadniczo otrzymuje wynagrodzenie za nierobienie niczego – na stanowiskach zaprojektowanych w taki sposób, by zajmujące je osoby identyfikowały się z punktem widzenia i wartościami klasy rządzącej (menedżerów, administracji etc.), a zwłaszcza jej emanacji z sektora finansowego, jednocześnie czule pielęgnując niechęć wobec każdego, z którego pracy płyną jasne i niezaprzeczalne korzyści dla społeczeństwa. Oczywistym jest, że system nie został nigdy świadomie zaprojektowany, lecz ukształtował się w ciągu wieku licznych prób i błędów. I to jest jedyne wytłumaczenie, dlaczego – mimo dostępnych możliwości technologicznych – wszyscy nie pracujemy po 3-4 godziny dziennie.

Autor: David Graeber
Tłumaczenie: Michał Michalski
Źródło oryginalne: “Strike!” (lato 2013)
Źródło polskie: Nowy Obywatel

O AUTORZE

David Rolfe Graeber (ur. 1961) – amerykański antropolog, publicysta i aktywista obywatelski. Obecnie związany z London School of Economics, wcześniej m.in. wieloletni pracownik Yale University (nieprzedłużenie z nim umowy, mimo znaczącego dorobku, stało się to przyczyną międzynarodowych protestów; podejrzewa się polityczny kontekst decyzji). Naukowo zajmuje się m.in. teoriami wartości, jako działacz obywatelski angażował się w protesty przeciwko światowym szczytom ekonomicznym, był też jednym z ważnych inicjatorów ruchu Occupy Wall Street (współorganizował pierwsze protesty w Nowym Jorku, a ponadto, zdaniem magazynu „Rolling Stone”, jest autorem sloganu „Jesteśmy 99%”). Pochodzi z zaangażowanej politycznie rodziny robotniczej, określa się jako anarchista, należy do radykalnej organizacji syndykalistycznej Industrial Workers of the World. Autor m.in. następujących książek: „Toward an Anthropological Theory of Value: The False Coin of Our Own Dreams” (2001), „Fragments of an Anarchist Anthropology” (2004), „Possibilities: Essays on Hierarchy, Rebellion, and Desire” (2007), „Direct Action: An Ethnography” (2009), „Debt: The First 5000 Years” (2011), „Revolutions in Reverse: Essays on Politics, Violence, Art, and Imagination” (2011), „The Democracy Project: A History, a Crisis, a Movement” (2013).

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars Zostań pierwszą osobą, która oceni ten wpis!
Loading...

TAGI:

OD ADMINISTRATORA PORTALU: Hej! Cieszę się, że odwiedziłeś naszą stronę! Naprawdę! Jeśli zależy Ci na dalszym rozpowszechnianiu niezależnych informacji, ujawnianiu tego co przemilczane, niewygodne lub ukrywane, możesz dołożyć swoją cegiełkę i wesprzeć "Wolne Media" finansowo. Darowizna jest też pewną formą „pozytywnej energii” – podziękowaniem za wiedzę, którą tutaj zdobywasz. Media obywatelskie, jak nasz portal, nie mają dochodów z prenumerat ani nie są sponsorowane przez bogate korporacje by realizowały ich ukryte cele. Musimy radzić sobie sami. Jak możesz pomóc? Dowiesz się TUTAJ. Z góry dziękuję za wsparcie i nieobojętność!

Poglądy wyrażane przez autorów i komentujących użytkowników są ich prywatnymi poglądami i nie muszą odzwierciedlać poglądów administracji "Wolnych Mediów". Jeżeli materiał narusza Twoje prawa autorskie, przeczytaj informacje dostępne tutaj, a następnie (jeśli wciąż tak uważasz) skontaktuj się z nami! Jeśli artykuł lub komentarz łamie prawo lub regulamin, powiadom nas o tym formularzem kontaktowym.

Zobacz również

Otwarte nie znaczy dobre

Seks zamiast kazań, piwo zamiast polityki

Czy należy skrócić tydzień pracy do 4 dni?



15
Dodaj komentarz

Chcesz skomentować? Zaloguj się!
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy
Powiadom o

Praca krótka faktycznie jest możliwa w tej chwili bo istnieje ogromna ilość zaawansowanych technologii umożliwiających obniżenie kosztów produkcji kilkadziesiąt razy. jednak te technologie nie zostaną przekazane społeczeństwu, bo nasza planeta jest kontrolowana od 60 000 lat przez Reptilian, którzy chcą żeby jak najwięcej ludzi cierpiało, bo wtedy wydziela się negatywna energia psychiczna, którą się żywią. Udostępnienie technologii zlikwidowałoby cierpienie i biedę i to nie jest na rękę Reptilian, którzy mają całkowitą kontrolę nad rządami wszystkich krajów. jesteśmy po prostu hodowani przez nich jak zwierzęta.

Jacek K. Poreda

Pora przełożyć bajki egzopolityki na rzeczywistość. Ci reptilianie to po prostu ludzie sprawujący władzę nad innymi ludźmi i nie chcący tej władzy stracić. Ich pokarmem są pieniądze i władza, nie negatywna energia. Wiedzą dobrze, że ludzie mający czas, zadowoleni, są dla nich zagrożeniem, ponieważ mają czas na myślenie, o czym zresztą wspomina autor artykułu. Mogliby wtedy odebrać władzę i sprawować sami. Wprowadzając np 10 godzinny tydzień pracy i likwidując miliony niepotrzebnych, bezprodukcyjnych stanowisk. Zapędzając przy okazji leniów do uczciwej pracy.

O Reptilianach nic nie wiem i nie zamierzam komentować wpisów o nich.
O tym do jakiego absurdu frustracja spowodowana bezrobociem i biedą jest skupiana na ludziach broniących praw pracowniczych zamiast na ludziach odpowiedzialnych za zubożenie pracowników oraz demontaż praw pracowniczych i socjalnych.To prawda ,że te prawa polepszają pozycję pracowników na rynku-o to właśnie chodzi aby ludzie nie musieli wybierać głodować czy iść do pracy.Zmuszanie przez system prawny(np.faszystowsko nastawione babiszony w opiece społecznej)aby ludzi podejmowali pracę za 3,5zł/h netto(przykład autentyczny z ZPCHR w 2013r)to nie żaden rynek tylko zmuszanie ludzi do udziału w czymś gorszym od niewolnictwa. Ludzie powoli zaczynają to pojmować. Można nie przepadać za Solidarnością i Dudą ale trzeba też pamiętać gospodarka to naczynia połączone nie można dbać tylko o prawo własności.Naruszenie równowagi w gospodarce jest nierozsądne i musi skończyć się źle oby nie przemocą.
http://www.forbes.pl/zanim-znowu-wysmiejecie-zwiazkowcow,artykuly,161656,1,1.html
Wydają się to już zauważać portale i media ,których byśmy o to jeszcze 4-5 lat temu o to nigdy nie podejrzewali.

SkyWei

Ten artykuł to zwykły stek bzdur i jeszcze powołuje się na prawa ekonomii. Bezczelność.
Bzdura nr 1
Nie ma bezsensownych miejsc pracy w sferze prywatnej. Jeśli ktoś utrzymuje się jak psi fryzjer to znaczy, że zbyt bogate panny maja zapotrzebowanie na takowego. Jeśli korporacja nastawiona na bezwzględny zysk zatrudnia prawnika tzn, że potrafi on zarobić na ustawodawstwie lub spekulacjach. Cała gałąź finansów to zarabianie na ryzykownej grze.
Bzdura nr 2
Cały czas powstają nowe gałęzie gospodarki? I to spisek klas rządzących? Nowe zawody? Wystarczy spojrzeć na rejestry.
Bzdura nr 3
Problem LEŻY w sferze ekonomii gdyż na rozrywkę, konsumpcje itd potrzebujemy pieniędzy. I w jaki sposób mielibyśmy je otrzymywać? Rozdysponowywać dochód w pełni zautomatyzowanych fabryk? Kto wtedy wymyślałby nowe dobra, zajmował się dystrybucją itd? Wprowadzić obowiązek pracy jak w socjalizmie? Wprowadzić nowy system wymiany dóbr? Żaden nie został tu zaproponowany.

A jako podsumowanie, bo nie chce mi się szukać kolejnych bzdur powiem wprost. Lanie wody, ciągłe powtarzanie się i powoływanie się na anegdoty zamiast fakty i dane. Ja rozumiem idee wolnych mediów. Ale ten artykuł jest poniżej krytyki. Jak teoria reptilian.

jj44

W tym kapitalizmie patologicznym to by najlepiej żeby ludzie jeszcze płacili za to że mogą pracować. Ale jak dbasz tak masz, Niemiec nie da sobie w kaszę dmuchać. W artykule obok jasno powiedziane że tam prawa pracownicze i spółdzielnie mają się dobrze, ciekawe dlaczego…

Bondziorno

SkyWei dobrze gada!
W sferze prywatnej nie ma bezsensownych miejsc pracy, rynek je eliminuje. Gdzie są? W sferze nieprywatnej, czyli… Z drugiej strony część miejsc pracy w sferze prywatnej utrzymuje się tylko dzięki nieudolności sfery nieprywatnej. Haha!

jj44

Oczywiście że są, chyba że przyjmiesz założenie, że sensowność = płatność. A potem płacz że świat się wokół pieniądza kręci.

golurad

Speców od braku produktywności sektora publicznego zapraszam do tankowania samochodu w stacji nie nadzorowanej przez urząd miar i wag. Mogą też kupić sobie kilogram sera (ciekawe o ile odbierałby od wzorca?). Oczywiście, że w kapitalizmie korporacyjnym teorie opisywane powyżej się sprawdzają. Proponuję żeby przypomnieli sobie przemówienie Gordona Gekko na zgromadzeniu akcjonariuszy w filmie Wall Street. W korporacji nie musisz być produktywny, byleby Cię prezes lubił. :-)

cacor

@SkyWei

Mylisz się kolego – właśnie przytaczając przykład pierwszy.
To właśnie nadmiar kapitału z jednej strony powoduje powstawanie usług, które jeszcze 30 lat nie istniały – bo nie musialy istnieć. Dziś rozwydżona panienka, która ma bogatego tatusia, musi wynając psiego wryzjera, bo jej pupul musi wystąpić w rewii mody.
Pomyśl, czy świat dalej by istniał, gdyby nie było takich pokazów mody, gdyby nie było psich fryzjerów – oczywiście, że by istniał.
Punkt drugi: nowe zawody. Tak, powstają nowe zawody, bo jak patrzysz na pkt 1. panienka ma potrzebę konsympcyjną polegającą na zrobieniu nowej fryzury swojego pupila.

Punkt 3. Gdyby nie rozpasanie konsumpcyjne, nie musielibyśmy tyle pracować. No ale skoro wszyscy chcemy wszystko mieć, wygodnie żyć, to niestety, ale musimy sobie na to zapracować.

Wystarczy spojrzeć na rachunki za prąd, za ogrzewanie, zakupy, gadżety.
Potrafisz żyć bez prądu, bez tv, bez telefonu, Internetu, zakupów, bez wychodzenia na miasto na obiad, do kina??
Jeśli zrezygnujesz z tego wszystkiego, to się okaże, że wystarczy, jak przepracujesz 15 godzin w tygodniu ( ja, jak sobie obliczyłem, to mi wyszło nawet 9h w tygodniu).

tak więc wg mnie mylisz się, albo nei zrozumiałeś artykułu.

bajeczny

@cacor
Przeraziłem się, jak przeczytałem komentarz SkyWei i szukałem mądrych słów, które zaprzeczą jego słowom. 100krotne dzięki za ten komentarz!!!
Ja już tak mam dość tego PUSTEGO świata gospodarki (sam tyram na gospodarstwie rolnym, miałem szansę gnić w biurze, ale bez przesady…), że przymierzam się do wybudowania wigwamu, żeby uciec od tego. Czy Indianie północnoamerykańscy albo Słowianie żyli w złym świecie??? A afrykańczycy czemu są słabymi robolami? bo ich pierwotna kultura to zabawy dookoła ognisk i jedzenie bananów i pomarańczy.
Idealnie pasuje do tego artykułu ten Demotywator
http://demotywatory.pl/4210292/W-pogoni-za-szczesciem

jj44

Trafnie to ująłeś, dla niektórych produkcja żywności i zaspokajanie fanaberii kasiastych panienek można do jednego worka wrzucić – wolny rynek. Sęk w tym że właśnie od nadwyżki kapitału się potem biorą tzw. problemy pierwszego świata. To zdumiewające że jak rząd nałoży podatek to złodziejstwo, ale jak kapitał wciśnie swoje produkty dzięki propagandzie i pozycji to cud miód wolny rynek. Dziel i rządź.

Hassasin

Z innej beczki :
Wolny rynek , niewielu chyba wie na czym rzeczywiście on polega !
Wolny rynek polega na tym że TEN KTO PŁACI NAJWIĘCEJ , TEN MA RACJĘ … to nie ma nic wspólnego z logicznym, wyidealizowanym samoregulującym się rynkiem wymiany dóbr i usług (jaki niektórym się wydaje ze istnieje ) . W szczególności gdy na tym rynku istnieją takie podmioty jak korporacje , wielkie banki i big farma , które to wypaczają cały ów rynek . Uważam artykuł za słuszny w swej wymowie.

Hassasin

Z innej beczki :
Żeby w USA otworzyć legalną bimbrownie , potrzeba 2000 stron pełnych pieczęci urzędowych , specyfikacji i zezwoleń . Korporacja ma prawnika , a bimbrownik będzie siedział dalej w lesie … to jest wolny rynek w USA .

cacor

Nie ma czegoś takiego jak wolny rynek.
Nie będzie wolnego rynku, dopóki, dopóty światem będzie rządził sztucznie kreowany pieniądz za pozwoleniem rządów. Nie ma normalnej wymiany: towar za pieniądz, towar za towar.
Dzisiejszy pieniądz oparty jest na długu i jest to droga jednokierunkowa, niestety.

Jedynym lekarstwem są lokalne waluty, wymiana barterowa lub/i powrót do pieniądza opartego np na złocie.

anowak

Spokojnie dałoby się wyżyć w Polsce na pół etatu, gdyby rzeczywiście był wolny rynek, czyli minimalne podatki i państwo minimum: prywatny, nieobowiązkowy sektor ubezpieczeń społecznych, zdrowotnych, oświaty, uwolnione wszystkie zawody, brak państwowych emerytur, rent, szkół, zasiłków dla bezrobotnych, rodzinnych. W zamian brak obowiązkowych opłat na składki społeczne, zdrowotne, podatków dochodowego, akcyzy za paliwo, faje i wóde itp. Żywność, gaz, prąd byłaby 2x tańsza, litr benzyny za 3zł. Do ręki za pełen etat zamiast dzisiejszych 2000 netto, dostawalibyśmy miesięcznie 3000, z tego opłacilibyśmy prywatnie 3x tańsze od ZUSu i NFZu ubezpieczenie społeczne i zdrowotne, czesne za szkoły, uczelnie. Okazałoby się, że za 1500zł za pół etatu tyż da się wyżyć.

P.S.: @ golurad 25.09.2013 09:12 “Speców od braku produktywności sektora publicznego zapraszam do tankowania samochodu w stacji nie nadzorowanej przez urząd miar i wag” – owszem powinni być nadzorcy miar i wag, ale niech to będą prywatne firmy akredytacyjne, a nie od razu 3x droższy, 2x mniej efektywny i 5x bardziej korupcjogenny urząd. Do 1995 czy 96 panował urząd telefoniczny pt.: Telekomunikacja Polska, wtedy chyba jeszcze nie TP SA. Był arcychu***y i drogi. Jak wszedł na rynek Netia, Tele 2, PolKomTel, PTC i później P4 ceny połączeń telefonicznych spadły 5-krotnie, a wraz z wejściem Astry, UPC i innych firm i lokalnych sieci komputerowych zwiększył się dostęp i zmalały opłaty za internet. Nie rozumiem dlaczego analogicznie nie może być ze szpitalami, szkołami, uczelniami, ubezpieczycielami, sądami, prokuraturami, urzędami geologicznymi, geodezyjnymi, architektonicznymi, miar i wag, TVP, NBP, KRRiT, GDDiK i 90% innych państwowych niegospodarnych chu*oz.

pl Polski
X