Eksperymenty Filadelfia i Feniks – 3

Opublikowano: 10.07.2018 | Kategorie: Paranauka, Publicystyka, Publikacje WM, Warto przeczytać | RSS komentarzy

Przeczytano 11 razy!

Trzeci wywiad z Alfredem „Alem” Bielekiem, zmarłym w październiku 2011 r. naukowcem doktoryzowanym na Harvardzie, weteranem amerykańskich tajnych wojskowych projektów, m.in. Montauk i eksperymentu Filadelfia.

VLADIMIR TERZISKI: Dzień dobry. To będzie nasz trzeci podziemny wywiad z Alem Bielekiem, prosto dla Was z Amerykańskiej Akademii Nauk Dysydenckich. Wiele interesujących rzeczy wydarzyło się od czasu naszego ostatniego nagrania z 16 kwietnia, kiedy ja i Al zorganizowaliśmy tę sławną akademię… najsłynniejszą akademię na świecie: Amerykańską Akademię Nauk Dysydenckich. Odbyło się kilka konferencji, które obydwaj odwiedziliśmy. Wypuściliśmy też pierwszą taśmę z tego nagrania pt. „Drugi podziemny wywiad z Alem Bielekiem”, która stanowi dyskusję na temat „Eksperymentu Filadelfia”, nazistowskiej kontroli umysłu, bomb atomowych, spodków i narkotyków, Iluminatów i banków finansujących wyniesienie do władzy bolszewików i nazistów oraz sekretnego transferu technologii dla nich. Mówiliśmy także o katastrofalnych ekologicznych efektach pierwszych bomb atomowych i bomb wodorowych. I wreszcie – i prawdopodobnie to jest najbardziej interesująca część całej taśmy – Wilhelm Reich, eksperymenty nad kontrolą umysłu w podziemnych laboratoriach, tutaj w Stanach Zjednoczonych. Niektóre inne taśmy, które tutaj mamy, to… Cóż, w końcu przygotowaliśmy taśmę o filmie „Alternatywa Trzecia” („Alternative 3”). Zawiera ona pełny, godzinny film, krystalicznie czystą kopię, którą dostaliśmy prosto z Anglii oraz godzinny wykład, który wygłosiłem na pierwszej Światowej Konferencji UFO w Tucson w Arizonie w maju 1991 roku. A trzecia taśma, którą tutaj mamy, dotyczy mojego ulubionego tematu – bliskich spotkań z „foo fighters” („świecącymi kulami” UFO), badań i rozwoju antygrawitacji w nazistowskich Niemczech podczas II wojny światowej oraz dalszych badań nad alternatywnymi programami kosmicznymi supermocarstw. Z chęcią wysłuchałbym, co masz do powiedzenia na temat postępów, jakie dokonały się w ciągu ostatniego miesiąca. A później będziemy kontynuować wywiad dotyczący „Projektu Phoenix”.

AL BIELEK: OK. Od 16 kwietnia doszło do kilku nowych odkryć i oczywiście drążyłem mój ulubiony temat, eksperyment „Filadelfia” i pewne dodatkowe informacje wyszły na światło dzienne. Jedną z tych rzeczy… która prawdopodobnie zaciekawi tych, którzy interesują się filmem wyprodukowanym pt. „Philadelphia Experiment”. W końcu wszedłem w posiadanie kopii – którą mi przesłano – artykułu zatytułowanego „Na planie Eksperymentu Filadelfia”. I to jest oczywiście kserokopia, ale pokazuje, że wykonano ogrom pracy, około 5 lat przygotowań, wliczając w to około 6 scenarzystów. W końcu stworzyli i opublikowali pełną historię. I są tam informacje o różnych aktorach…

– Czy Marynarka Wojenna chciała, żeby to wyszło?

– Prawdopodobnie nie. Nie było absolutnie żadnej kooperacji z Marynarką Wojenną podczas kręcenia filmu. Musieli wyszukać dosłownie muzeum Marynarki w południowych Stanach, żeby znaleźć statek, na którym mogliby kręcić. To była dekoracja imitująca okręt „Eldridge”. Udało im się w końcu. I oczywiście, kiedy przyszło do drugiego terminalu, który powinien być w Montauk, lecz na filmie został ukazany jako baza lotnicza, stara opuszczona baza lotnicza w stanie Utah. Tę konkretną lokację w latach 1980-1981 odwiedziłem wiele razy i miała wszystkie budynki pozostałe po II wojnie światowej wszystkie hangary itp. Więc przyszli do zarządców miasteczka i powiedzieli: „chcemy nakręcić tu część naszego filmu, a część filmu będzie wymagała spalenia tych budynków, w ramach całości operacji”. Spytali, czy nie mają nic przeciwko. Zarządcy miasta odpowiedzieli: „Ani trochę. Cieszymy się, że je spalicie, bo i tak chcieliśmy się ich pozbyć.” Więc tak baza lotnicza w Utah została w końcu pozbawiona wszystkich hangarów. I kiedy byłem tam w 1985-86, zauważyłem, że wszystkie zniknęły. I pojawiły się tam nowe, błyszczące budynki biurowe, ponieważ władze Utah przejęły bazę i zagospodarowały ją po swojemu. Ale artykuł jest najciekawszy pod tym względem, że przedstawia prawdziwą historię filmu. I wciąż to drążę, żeby poznać pełną historię i skąd wziął się pierwotny pomysł. To wciąż nie jest zbyt jasne. Magazyn nazywał się „Staric” (?) To jest numer z …sierpnia 1982, jak mi się zdaje – co tu na dole jest napisane? Data to sierpień 19… chyba 82 roku. A zatem to ukazało się przed filmem. Więc to coś w rodzaju historycznego dokumentu przedśmiertnego, nie pośmiertnego. Ale bardzo interesujące jest dla mnie to, że istnieje pewna dokumentacja na temat filmu i wciąż drążę w poszukiwaniu jego prawdziwej historii – jak powstał, itd. Być może będzie druga wersja filmu „Philadelphia Experiment”, lecz jest to bardzo mgliste w tym momencie, a wielu ludzi, którzy twierdzą, że posiadają o tym poufne informacje, kiedy dochodzimy do źródeł, zaprzeczają. Może będzie, a może nie. Ale to ciekawe, że ponownie się to rozważa i mam nadzieję, że jeśli zrobią drugą część, będzie dużo wierniejsza w kwestii oddania historii tak, jak naprawdę się wydarzyła. Bo było tam dużo dodatków, jak Hollywood uwielbia to robić – wątek romansu, pościg przez Kalifornię i takie tam. Nic z tych rzeczy nie wydarzyło się w rzeczywistości, o czym wiedzą słuchacze moich referatów. Ale ta kwestia jest bardzo interesująca. Dalej inne aspekty moich prób dokopania się do prawdziwej historii eksperymentu „Filadelfia” i co naprawdę się wydarzyło, kto był zaangażowany i czy ktokolwiek z tych ludzi nadal żyje. Wiem, że trzech marynarzy wciąż żyje, ale nie chcą mnie widzieć ani ze mną rozmawiać. Jeden oficer, z którym kilka razy rozmawiałem o tej sprawie – Alan Batch (?) z Nowego Jorku mówił i nie ukrywa tego, ale nie referuje tej sprawy publicznie, ponieważ robi inne rzeczy, z których się utrzymuje. Od tamtej pory odnalazłem kilku innych ludzi, ale dopóki nie mam pozwolenia na podanie ich nazwisk – ponieważ odgrywali poważne role w eksperymencie „Filadelfia” w 1943 r. – dopóki nie uzyskam pozwolenia, nie będę podawał ich nazwisk. Jeden z tych ludzi już nie żyje i nie sądzę, aby istniał jakiś problem w stwierdzeniu, że kapitan William Harrison dowodził w zakresie statku obserwacyjnego, który obejmował dwa różne okręty obserwacyjne, jakich użyto. Jednego w pierwszym teście 22 lipca – i to był mniejszy okręt – a w ostatecznym teście, który został przeprowadzony 12 sierpnia, użyto małego lotniskowca, tzw. „kieszonkowego”. A William Harrison podczas obydwu testów nadzorował obserwację wydarzeń i rozwoju wypadków.

– Jak spotkałeś tych ludzi? Przez przypadek, czy podchodzili do ciebie na konferencjach?

– Nie… Podchodzili na niektórych konferencjach. I w końcu mogłem spotkać się z kimś, kto – że tak powiem – znał fakty. Nie chcę wymieniać jego nazwiska, ponieważ mógłby mieć problemy ze swoim pracodawcą.

– Odkryłem podobną rzecz, że na takich konferencjach można uzyskać najbardziej interesujące informacje od całkowicie nieoczekiwanych ludzi, którzy przychodzą z dosłownie brylantami, klejnotami informacji. Coś jeszcze ciekawego, co odkryłeś w ostatnim miesiącu?

– Cóż, to jest sprzed kilku miesięcy, ale teraz w końcu zostało opublikowane w gazecie „Sedona Journal of Emergence”. Chodzi o kobietę nazwiskiem Helga Morrow, której dotyczą dwa artykuły w bieżącym numerze. Ten traktuje zasadniczo o jej mistycznych zdolnościach psychicznych, tym czym się zajmuje, tu pośrodku widnieje jej podobizna. Okazuje się, że…

– Kiedy przewrócimy na drugą stronę, bo to jest ta istotna część.

Więc ten artykuł szczegółowo opisuje historię jej ojca, Fredricha Kueppersa urodzonego w Niemczech, wychowanego i wykształconego tamże, który założył rodzinę jeszcze przed II wojną światową. I był bardzo sztywnym, autorytarnym Niemcem, do którego dzieci nie powinny mówić ani on nie mówi do nich, a kiedy prosi się o poświęcenie chwili czasu na rozmowę, musi to być coś inteligentnego, albo nie należy zawracać głowy.

– A taka prośba powinna zostać przekazana na piśmie, trzy dni wcześniej…

– No, nie całkiem, jej ojciec nie był aż taki sztywny… Ale ciekawa sprawa polegała na tym, że zanim zmarł w dzień urodzin Lincolna w 1963, wziął córkę na bok i powiedział, że dano mu 90 dni na uregulowanie własnych spraw i zamierza powiedzieć jej kilka rzeczy, które musi ona wiedzieć ale nie przypomni sobie tego, dopóki nie osiągnie wieku 55 lat. Wszystkie szczegóły tego, o czym mówię, znajdują się w tym artykule, ona zdecydowała się ujawnić to publicznie. I opowiada tu historię swojego ojca. Historia ogólnie polega na tym, że przyznał się on jej, że był poważnie zaangażowany w eksperyment „Filadelfia” i kilka innych rządowych projektów i był nie tylko na Księżycu, ale także wewnątrz Księżyca, co zaznaczył stanowczo.

– Wewnątrz Księżyca?

– Wewnątrz Księżyca.

– Co jest kolejnym niezwykle ważnym strzępkiem informacji i następną zwariowaną opowieścią, której śladami podążam, o tym, że Księżyc jest pusty w środku.

– Racja. I pamiętaj, że on zmarł w 1963, zanim podobno dotarliśmy na Księżyc, a oświadczył dobitnie, że był na Księżycu i wewnątrz Księżyca. Powiedział również o innych sprawach, które wszystkie są opisane w tym artykule, który jest powszechnie dostępny i dlatego mówię o tym otwarcie. Stwierdził dobitnie, że jednym z jego zadań w ramach pracy dla rządu było szkolenie obcych do pracy w strukturach rządowych i że istnieją typy humanoidalne zupełnie nie do wykrycia, a jego praca polegała na szkoleniu ich do współpracy z naszymi władzami. Kropka.

– Fascynujące. Więc to jakby demaskuje twierdzenia „grzecznych” ufologów od lat utrzymujących, że największą bolączką i problemem naszego rządu jest właśnie obecność tych wyglądających zupełnie jak ludzie obcych, nie do odróżnienia w tłumie.

– Nie inaczej. Skoro byli szkoleni do pracy dla naszego rządu przez pana Freda Kuppersa – to rzuca zupełnie nowe światło na całą sytuację. Więc kiedy minęło te 90 dni, wrócił on do szpitala na rutynowe badania i rzekomo zmarł w ramionach pielęgniarki, której w ogóle nie dało się potem odnaleźć. Odbył się typowy pogrzeb urządzany osobom, które są wycofywane z publicznego obiegu, że tak powiem. I jak Helga pamięta, bardzo szczegółowo, teraz pamięta wszystko bardzo dokładnie, kiedy patrzyła na ciało w trumnie zauważyła, że coś jest z nim nie tak. Jej ojciec zawsze miał mnóstwo włosów na palcach i po zewnętrznej stronie dłoni. Ciało nie miało włosów na palcach ani dłoniach. Twarz wyglądała bardzo specyficznie, prawie jak z wosku, niczym woskowy odlew. A zdjęć, które zrobiono na pogrzebie nigdy nie pozwolono jej obejrzeć, zdaje się wciąż przetrzymuje je ktoś z rodziny. Tak więc odbył się pogrzeb, wszystko się zakończyło i dwa miesiące później, pewnej nocy kiedy leżała w łóżku, miała odwiedziny – całkiem fizyczną wizytę, nie ducha… Z początku myślała, że to duch, a to był jej ojciec. Przyszedł i usiadł na jej łóżku, sprawiając normalne wrażenie osoby właściwej wagi siedzącej na materacu, rozmawiał z nią przez pewien czas i powiedział jej: „córko, chciałaś mnie widzieć, więc chcę żebyś wiedziała, że wszystko ze mną w porządku i mam się dobrze i żyję teraz w innym wymiarze, innej przestrzeni, więc bardzo trudno mi tu przybywać i bardzo boleśnie jest potem wracać, ale mimo to chciałem tu przybyć i zapewnić Cię o paru rzeczach”. I powiedział „jeżeli naprawdę będziesz mnie potrzebować, czasami powrócę”. Według niej raz wrócił do niej i raz do innej osoby z rodziny, jak sądzę do jej matki.

– Więc jej zdaniem on wrócił jako duch zmaterializowany w fizycznej formie, jako że potajemnie pracował w rządowych projektach i pewnej nocy przywieziono go samochodem…

– Nie potrącił go w nocy samochód [ ? – w tym momencie tak niewyraźnie mówią, że chyba sami się nie rozumieją ;] „umierał” normalnie w szpitalu, jak wynika z rejestrów, a kiedy widziała go w swojej sypialni, prezentował się zupełnie namacalnie, nie był przezroczysty tylko jak normalny człowiek, można by uścisnąć jego dłoń, dało się wyczuć zapach wody kolońskiej, której używał i tytoniu, który palił. A po mniej więcej godzinie powiedział „muszę już iść” i wstał, podszedł do ściany i zniknął w snopie światła, zupełnie jak Jon w „Star Treku”. Przysięgała, że tak to było i w taki sposób zniknął. Ale to nie koniec tej zagadkowej sprawy.

– Więc nie przywieziono go tam samochodem…

– Nie.

– Zmaterializowano go przy użyciu promienia.

– Został opuszczony za pomocą promienia, albo przeniesiony czy jakkolwiek chcesz to nazywać – do jej sypialni, gdzie mógł z nią porozmawiać i którą opuścił, wracając dokądkolwiek powrócił. Ale – co najciekawsze – parę tygodni temu zadzwoniła do mnie i powiedziała „mam niezbity dowód, że on nadal żyje”. A ja na to „co masz na myśli?” Powiedziała: „dysponuję pewnymi dokumentami technicznymi, opublikowanymi w Niemczech, przetłumaczonymi na angielski, o pracy jaką wykonał dla pewnego niemieckiego profesora w Niemczech”. I były to 3 lub 4 dokumenty, na których widniało jego nazwisko – Fred Kueppers. Zadzwoniła do rektora tego uniwersytetu, gdzie jakoby pracował i zapytała go „czy to taki a owaki?” „Cóż, tak. A kto mówi?” „Jestem jego córką. Chciałabym wiedzieć kilka rzeczy odnośnie szczegółów fizycznych”. I on potwierdził je, tak że nie było wątpliwości, że to był jej ojciec. Po czym powiedział „przepraszam, ale nie mogę dłużej rozmawiać”. Ona na to „chciałabym otrzymać kopie pewnych papierów”. „Dlaczego?” „Przydałyby się jako pamiątka dla moich wnucząt.” „A, skoro tak, to nie ma sprawy…” I otrzymała je, nadeszły drogą pocztową, a ja wszedłem w posiadanie kopii. Są to ściśle techniczne dokumenty, dotyczące magnetometrów i mapowania pól magnetycznych oraz pomiarów pól magnetycznych, wszystko to w Niemczech i przeprowadzane na niemieckim uniwersytecie, co jest ciekawe z tego względu, że on zaczynał od pracy właśnie w niemieckim szkolnictwie wyższym – i najwyraźniej tam wrócił. Co stanowi kolejną małą przesłankę, że Niemcy, Japonia i Rosja oraz inne supermocarstwa są zaangażowane w niejawną eksplorację kosmosu…

– Biorą udział w tylu tajnych przedsięwzięciach, że to się nie mieści w głowie, jeśli chodzi o to, czego dokonali i co osiągnęli.

– Co do jego wypraw na Księżyc jestem niezmiernie ciekaw, czy wewnątrz Księżyca był w jaskini czy raczej w większym systemie podziemnych przestrzeni. Na to nie mogę odpowiedzieć, ponieważ nie przekazał jej żadnych informacji, stwierdził, że był na Księżycu i wewnątrz Księżyca i nie rozwodził się nad tym, z tego co Helga kojarzy. I według… – oczywiście rozmawiałem z nią prywatnie na długo przedtem, zanim ten artykuł się ukazał, ale nigdy nic o tym nie mówiłem, dopiero teraz, kiedy zostało to opublikowane, mówię o tym, ale te szczegóły dostarczają wielu informacji, historii tej rodziny i o kilku innych sprawach, a także rodzą ważne pytanie, co właściwie zrobiły władze? Jasne jest, że był on objęty jednym z tych programów ochrony świadków, dano mu – najwyraźniej na pewien czas – nową tożsamość i przeniesiono go w inne miejsce, ale teraz on pojawia się pod swoim prawdziwym nazwiskiem w Niemczech pracując na uniwersytecie – co jest jeszcze bardziej dziwaczne. Takie rzeczy normalnie się nie zdarzają. Ale te dokumenty powstały około 1980, w tym przedziale czasowym: 1979-1980. I nie mam tego przy sobie, ale mógłbym pokazać tytuły, chociaż nie chcę robić o to wielkiego halo. Może kiedy indziej będę mógł to zrobić, nie pomyślałem żeby zabrać je ze sobą, chyba że gdzieś tu się zaplątały. Ale jest tam wiele dodatkowych informacji dotyczących Helgi, tego przez co przeszła – jej pamięć była do niedawna wymazana, dopiero w wieku 55 lat, jak jej powiedziano… Nie, nie mam tego ze sobą… Następnym razem… I bardzo zaangażowała się w wyjaśnienie prawdziwej historii swojego ojca i dowiaduje się coraz więcej, a jej pamięć tamtego okresu, kiedy mówił jej o tak wielu rzeczach i powiedział „zapomnisz o tym, dopóki nie osiągniesz wieku 55 lat, kiedy sobie przypomnisz i zostaniesz też jednym z najlepszych jasnowidzów na świecie”. I powiedział jej też, ze łzami, „bardzo przepraszam za sposób, w jaki traktowałem Cię, kiedy byłaś małą dziewczynką”, powiedział „musiałem tak postępować, być surowy”. „Ale tego oczekiwała ode mnie partia, musiałem być wierny tym zasadom.”

– Fascynujące.

– Ale powiedział też to: „Chciałby powiedzieć Ci, kim naprawdę jestem, ale nie mogę”. Co wskazuje, że wciąż istnieje nierozwikłana część tej zagadki…

– Czy opinia publiczna jest świadoma, że podczas nalotów bombowych na Niemcy 26 milionów niemieckich cywilów zginęło, miasta były zrównywane z ziemią, a po zakończeniu wojny Eisenhower osobiście rozkazał, by żołnierzy niemieckich umieszczonych w obozach koncentracyjnych i lokalnych ośrodkach internowania pozbawić dostępu do wody i jedzenia, i pozwolić dziesiątkom tysięcy z nich umrzeć?

– Było to tematem kanadyjskiej książki „Pozostałe straty”, zawzięcie krytykowanej nawet w prasie bulwarowej, co przyciągnęło moją uwagę, pomyślałem: „aha, to musi być coś ważnego, skoro tak rozgniewała ich ta książka”…

– Racja, tak to zazwyczaj jest…

– To także świetnie współgra z polityką odnośnie populacji ponieważ bombardowanie Niemiec dawało wymówkę wszystkim, włącznie z załogami samolotów, które zrzucały bomby na miasta, żeby wyeliminować tych wszystkich ludzi.

– Tak.

– Na Drezno przeprowadzono nalot dywanowy i zrównano je z ziemią, na Tokio przeprowadzono nalot dywanowy z użyciem bomb zapalających i w przedziale czasu krótszym niż tydzień, właściwie to myślę, że podczas 2-3 nocy w Tokio było tyle ofiar co w Hiroszimie i Nagasaki po eksplozjach bomb atomowych w wyniku tych nalotów dywanowych na całe kompleksy miejskie wraz z przedmieściami podczas których najpierw bombardują peryferie, odcinając wszystkim możliwość ucieczki, a potem powoli „wypijają tam swoją kawę” nie niepokojeni przez żadne myśliwce wroga, pogrążając całe miasto w ogniu i ruinach. W każdym razie, wróćmy do tematu eksperymentów nad „kontrolą umysłu” w Niemczech. Dobrze. Chciałbym tu zaznaczyć, że pomimo sprawiania wrażenia bycia prawdziwie śmiertelnymi wrogami trwała niejawna współpraca i jednym z jej innych obszarów było w okresie od 1933 do ok. 1942 przerzucanie naukowców pochodzenia żydowskiego pracujących nad „kontrolą umysłu” oraz innymi projektami i działo się to zasadniczo za pozwoleniem Niemiec.

– Nawet Einstein był przerzucony…

– Tak, został przerzucony, nie wyjechał z powodu wydalenia z kraju – to kompletna fikcja Wyjechał w 1930-ym, zanim Hitler zdobył pełnię władzy, gdyż w oczach Narodowej Partii Socjalistycznej był cenny i chciano, żeby wyjechał, przepraszam – żeby został, ale jeden z jego przyjaciół powiedział mu, żeby lepiej wyjechał póki może, bo kiedy naziści wszystko opanują, nie będzie już w stanie wyjechać. A on był pacyfistą i wiedział, że w końcu wybuchnie wojna, więc przeniósł się do USA, do Caltech, gdzie wykładał przez trzy lata i otrzymał zaproszenie do wejścia w skład zespołu Instytutu Badań Zaawansowanych w Princeton co zrobił w 1933 i pozostał tam aż do śmierci w 1955. Ale było też wielu innych „przemyconych”. Przeprowadzili sporo badań nad kontrolą umysłu w nazistowskich Niemczech podczas wojny, z których wiele dotyczyło indoktrynacji członków SS z wykorzystaniem naddźwiękowej stymulacji płatów potylicznych mózgu, co było całkiem skuteczne.

– Ultradźwiękowej.

– Ultradźwiękowej, racja. Japończycy pracowali nad zastosowaniem częstotliwości radiowych co całkowicie zatuszowano i nigdy nie zostało to oficjalnie potwierdzone przez rząd USA. Opowieści o (fragment niezrozumiały – przypis tłumacza) które trafiły do Niemiec są dobrze znane, ale mniej znanym faktem jest, że 26 wagonów kolejowych pełnych patentów, i innych danych technicznych zostało przejętych przez Brytyjczyków, Amerykanów i Francuzów, kiedy wojna się skończyła. A były to procesy techniczne, których nie posiadaliśmy, a chcieliśmy je mieć, co stanowiło jeden z aspektów wojny. Właściwie to znane mi są opowieści z książki Renato Vesco „Przechwycić – ale nie strzelać”, że były całe mile wagonów, 9 kilometrów z jednego olbrzymiego podziemnego miasta i 20, przepraszam – 16 kilometrów z innego miasta: mile wagonów wypełnionych projektami, prototypami, maszynami, specjalistycznym wyposażeniem itd. Tak, łącznie z wyposażeniem, maszynami i działającymi modelami urządzeń faktycznie, to byłoby dużo więcej niż 26 wagonów, na pewno. Ale wszystkie te wymiany i współpraca odbywały się potajemnie, wojna się skończyła i oczywiście niektórzy z nazistowskich dygnitarzy, przykładowo szef służby bezpieczeństwa Galen, który kierował ochroną Hitlera, w ramach umowy pracował dla Roosevelta, zanim ten umarł. Cała ta grupa ludzi związanych z wywiadem została przetransportowana do USA i utworzyła później kręgosłup C.I.A. Układ polegał na przejęciu i podtrzymaniu grup i zespołów obserwacyjnych, które były już w Rosji, na miejscu. Stany Zjednoczone zgodziły się na przerzucenie tych ludzi do USA w celu zdobycia owych możliwości – i zostawienie tych ludzi w spokoju. Taka była cena: „będziemy robić, co chcecie, ale zostawicie nas w spokoju”.

– W tym samym czasie Rosja przejęła innych oficerów SS dzięki którym szpiedzy SS w USA zaczęli pracować dla Rosjan. Tak więc dokładnie to samo działo się po obydwu stronach kurtyny, która zresztą i tak była tylko kurtyną Myszki Miki.

– W porządku, wróćmy teraz do technicznej strony tego wszystkiego.

– I do programu „Feniks”…

– Tak. Obecność wszystkich tych ludzi, naukowców z Niemiec, była utrzymywana w tajemnicy, dopóki wojna trwała. A kiedy wojna się skończyła, w 1947 zatrudniono ich w amerykańskim narodowym laboratorium, zwanym Narodowym Laboratorium Brookhaven – w Brookhaven na Long Island, a tam pierwszym i najważniejszym przez wiele lat projektem była kontrola umysłu. Pracowano nad tym przez mniej więcej 20 lat, aż do około 1968. A ponieważ Brookhaven to narodowe laboratorium, utrzymywane z pieniędzy podatników, na mocy prawa muszą zdawać sprawozdania ze swojej działalności we wszystkich departamentach i projektach raz w miesiącu. Kto nad czym pracuje, co robią, co udaje się osiągnąć, czego nie udaje się osiągnąć, czy dany program zostanie wstrzymany, wszystko „od A do Z” na temat działalności tego laboratorium czy dowolnego innego narodowego laboratorium w USA otrzymującego pieniądze z podatków. Tak więc trwało to przez około 20 lat, aż ok. 1968 ktoś zaczął czytać te sprawozdania w Kongresie.

– W końcu!

– W końcu, po 20 latach… Przyjrzeli się tej sprawie i stwierdzili: „Kontrola umysłów?! Mają wyniki? Mogliby użyć tego na nas – przerwać projekt!” Projekt został przerwany i nadeszły także rozkazy, aby naukowcy, którzy nad nim pracowali, zostali usunięci z Brookhaven – i zostali. Zaczęli więc szukać nowego domu. A skoro już byli w Brookhaven, położonym ponad połowę drogi w stronę wschodniego cypla Long Island, nie zajęło im wiele czasu i rozglądania się zorientowanie się, że w Montauk znajduje się wojskowa baza o nazwie „Fort Hero” a armia tam była całkiem zainteresowana tym, co robili – i powiedziano im: „może wpadlibyście tutaj i popracowali z nami, damy wam lokum i będziecie mogli kontynuować swoje badania”więc tak zrobili.

– A więc z Brookhaven przenieśli się do „Long Island-haven” (gra słów – przypis tłumacza)…

– Jeśli chcesz tak to nazywać… W „Long Island-haven” w Montauk, w podziemiach „Fort Hero”. „Fort Hero” był właściwie bardzo dużym kompleksem, położonym tuż obok parku stanowego, założonego jak myślę przed II wojną światową.

– Ile łodzi podwodnych mogło tam jednocześnie dokować pod ziemią?

– Z tego co wiem tylko dwie, to nie był rozbudowany ośrodek marynarki, raczej armii – no i był to też oczywiście przyczółek obronny podczas pierwszej i drugiej wojny światowej, ze starymi działami kolejowymi, ciężką amunicją itd. Wszystko to zostało opuszczone i zdemontowane po II wojnie św. A potem pojawił się radar z kilkoma systemami, a następnie wprowadziły się Siły Powietrzne i zajęły kilka budynków, aby prowadzić eksperymentalne prace nad radarami i zbudować system SAGE, co w końcu zarzucono w 1969. Warto przy tym zauważyć, że ludzie z Brookhaven – naukowcy pochodzenia żydowskiego, a znałem ich i pracowałem z nimi – przenieśli się do Montauk ok. 1968 i baza została następnie oficjalnie opuszczona przez wojsko w 1969. I odnotowano w rejestrach G.A.O. (Głównego Biura Księgowego) że była to opuszczona, zbędna baza. Mogę was zapewnić, że ci goście się nie wyprowadzili. To był dla nich idealny kamuflaż – i kontynuowali prace.

– Cóż, zauważyłem, że robią to tak, że zachowują najważniejszych ludzi, a zmieniają innych członków wojskowego personelu, w celu zachowania tajemnicy. Mają jedną grupę, która przybywa i wykopuje bazę, inna grupa przychodzi i betonuje, trzecia urządza wnętrza i dekoracje, czwarta rozpoczyna wstępne badania, piąta, szósta, siódma… I w ten sposób, poprzez takie rozczłonkowanie na fazy, nie sposób ustalić, co się tam dzieje.

– Racja… I oczywiście zbudowali również wiele lat wcześniej, nie wiem kiedy, własną elektrownię z czterema generatorami o mocy 0,5 megawata każdy w osobnym budynku, które przez lata dostarczały zasilania. Ale kiedy później ruszył następny program – „Feniks”, mieli z tymi generatorami tyle problemów, że musieli przestać ich używać i zacząć korzystać z lokalnej sieci energetycznej, tj. Long Island Lighting Company, potocznie zwanej „LOCO”i pobierać prąd z ich linii, ale to było dużo później. Tak że program był kontynuowany od 1969 w tej opuszczonej bazie wojskowej, ale w tym czasie działy się również inne rzeczy, które także zostały tam przeniesione. Ponieważ nosiło to nazwę projektu „Feniks”, który trwał od ok. 1947 i przeobraził się w… dla wielu, wielu programów.

– Parasol.

– Prawdziwy parasol. Tak więc co jeszcze się wydarzyło? Eksperyment „Filadelfia”, który został przerwany i zamrożony w 1943. Marynarka wznowiła go w 1947, angażując dr Johna von Neumanna, który pracował już wtedy dla instytutu nad budową pierwszego w pełni elektrycznego komputera cyfrowego, co udało mu się w 1952.

– Komputera do zastosowania w…

– Do zastosowania w wielu, wielu dziedzinach… On zdawał sobie sprawę, że komputer będzie niezbędny do rozwiązania problemów załogi i dostarczenia odniesienia względem czasu zero zarówno dla załogi, jak i dla okrętu. Statek powrócił po tym, jak zniszczono sprzęt – całego sprzętu nie zniszczono, ale powiedzmy, że instalacje lamp elektronowych, które dostarczały mocy dla pól wraz z dwoma wielkimi generatorami, które zasilały pole magnetyczne. Kiedy one poszły, poszło pole magnetyczne, i oczywiście pola stabilne powoli zanikły. Ale istotna rzecz polega tu na tym, że całe to przedsięwzięcie nie zostało zapomniane, lecz udokumentowano jego przebieg, a pola elektromagnetyczne wielkiej mocy, które wytwarzano w celu uzyskania efektu niewidzialności, pociągały za sobą bardzo poważne komplikacje dla załogi. Było to oczywiście konsekwencją skrajnie przesilonych pól magnetycznych i elektrycznych, które nigdy wcześniej, z tego co wiem ja czy ktokolwiek inny, nie były używane w tak niewielkiej odległości od personelu, dosłownie ok. 75 stóp od anteny promieniującej ok. 20 megawatowymi pulsami, obracającej się w sferycznym polu częstotliwości radiowych, a cała moc generatorów również była emitowana w celu wytwarzania rotującego pola magnetycznego na pokładzie. To są sprawy zastosowania bardzo wielkich mocy, na których oddziaływanie nie powinno się narażać ludzkiego umysłu ani układu nerwowego, co później oczywiście zrozumieli i napisano wiele medycznych raportów. W 1947 zwrócili się do von Neumanna o wskrzeszenie projektu i zbadanie, czy da się go uratować lub czegokolwiek z niego nauczyć.

– Interesujące byłoby sprawdzenie w literaturze medycznej, czy możliwe jest odszukanie tych raportów. Nasz czołowy rosyjski dysydent udowodnił, że nastąpiło rozległe skażenie i prawdopodobnie eksplozja jądrowa w podziemnym magazynie nuklearnym na Uralu, odkrywając eksplozję w liczbie dokumentów traktujących o radioaktywnym skażeniu środowiska wśród oficjalnych publikacji i wydawnictw. Więc gdyby takie dokumenty można było odnaleźć wśród oficjalnych publikacji, byłby to niezły sposób na udowodnienie, że coś takiego mogło się wydarzyć.

– Cóż, jestem pewien, że te sprawozdania są nadal utajnione przez wojsko, przez marynarkę, ale znam jedną osobą, która miała do nich wgląd i powiedziała mi, że po zapoznaniu się z nimi określiłaby rezultaty jako bardzo ciekawe, a był to pan George Hoover, obecnie w stanie spoczynku po służbie w marynarce, który przewodził komisji dochodzeniowej powołanej w Biurze Dochodzeń Marynarki w 1955. Rozmawiałem z nim osobiście, potwierdził eksperyment „Filadelfia” i sprawozdania medyczne, które według niego były w tym najciekawsze, ponieważ stanowiły najbardziej wartościowy materiał dla prób wytłumaczenia, co stało się marynarzom, co było przyczyną problemu. Ale oczywiście musieli to rozwikłać – i udało im się to. Dokonał tego von Neumann, dzięki komputerowi, do którego wprowadził pewnego rodzaju stałe odniesienie względem czasu zero dla załogi, jak to osiągnięto nie wiem, ponieważ kiedy zniszczono sprzęt, okręt powrócił na właściwe miejsce w porcie – ponieważ nie cały sprzęt zniszczono, generator odniesienia do czasu zero, który mieli, zaprojektowany i zbudowany przez Teslę, wciąż pracował. Nawet tu mamy więc małą przesłankę, odnotowałem że kilka takich zniszczeń sprzętu wydarzyło się w projektach „Filadelfia” i „Montauk”, kiedy dochodziło do zakotwiczenia w jakichś energiach wyższej przestrzeni, wobec czego cały system w sumie zamieniał się w urządzenie zasilane darmową energią, zasysające energię z eteru, wyższych wymiarów, wyższych poziomów energii wszechświata, tak że nawet po przecięciu kabli łączących z lokalnym dostawcą prądu instalacja nie wyłączała się, przecięcie kabli wewnątrz niej nie wyłączało jej całej, więc w końcu musieli fizycznie roztrzaskać większość modułów, żeby to przestało działać.

– Co stanowi kolejny pośredni dowód, że darmową energię można uzyskać dosłownie z powietrza.

– Tak, w pewnym sensie jest to bardzo bliskie prawdy. Nie ma czegoś takiego jak darmowy posiłek, energia jest skądś czerpana, ale nasza współczesna fizyka nie rozważała aż do niedawna takiej opcji, że taka możliwość może istnieć. Wracając do rzeczy, kiedy wskrzesili projekt, von Neumann znalazł odpowiedź i również zbudował i zaprojektował ten komputer, nowy system został dostarczony marynarce i przetestowany w 1953, był w pełni skuteczny, bez efektów ubocznych dla personelu, w związku z czym marynarka ponownie zmieniła jego nazwę z nadanego mu w 1940 kryptonimu projekt „Tęcza” na projekt „Feniks”, kontynuację tego samego projektu ale ponownie pod inną nazwą. Projekt „Feniks” stał się parasolem dla wielu, wielu rzeczy. Dalej oczywiście…

– Czy możesz wymienić kilka z nich, żeby dać pojęcie, jak bardzo był istotny?

– Pewnie, mogę. Chciałem przedstawić wydarzenia chronologicznie, jak do tego doszło. Tak więc kontynuowali po 1953 i oczywiście rozciągnęło się to na wiele pokoleń, a sprzęt był miniaturyzowany, aż stał się prawie przenośny, przy czym wciąż działał – i to bardzo dobrze działał.

– Do jakiego stopnia przenośny?

– Aż do rozmiarów…

– Walizki?

– Właściwie tak, nawet do rozmiarów walizki, w najnowszych systemach, pozwalających na uczynienie niewidzialnym agenta Secret Service chroniącego prezydenta lub członka rządu albo dzięki urządzeniu noszonemu przez niego na pasie lub w walizce, albo przez wystawienie go na oddziaływanie pola czyniącego go fizycznie niewidzialnym bez potrzeby noszenia sprzętu na okres około 72 godzin, jednak ta technika jest dobra na ten okres czasu, ale potem agent jest bardzo chory i osłabiony przez wiele dni; używanie sprzętu zdaje się nie powoduje skutków ubocznych negatywnych dla kondycji fizycznej. W każdym razie ten projekt był kontynuowany i w końcu, choć początkowo zlokalizowany był w Brookhaven, również został przeniesiony do Montauk. I nazywano to fazą 2 lub „P2”, programem niewidzialności, faza 1 dotyczyła oczywiście kontroli umysłów, której bardzo skuteczne techniki opracowali w późnych latach 1970. Pracowano dalej nad wyposażeniem z eksperymentu „Filadelfia”, które bardzo udoskonalono i obecnie instaluje się je na wszystkich superlotniskowcach i myśliwcach, zarówno armii jak i marynarki, myśliwcach izraelskich, bombowcach B-1 i B-2 (który oczywiście jest „niewidzialnym” bombowcem) i jest to wysoce niezawodne. Były oczywiście próby uczynienia B-2 prawie-niewidzialnym dla radaru przez zastosowanie specjalnego rodzaju poszycia absorpcyjnego, ale to poszycie jest tak cholernie ciężkie, że z normalnymi silnikami odrzutowymi, a umieścili w nim spore, ten samolot jest poddźwiękowy – nie jest w stanie przekroczyć bariery dźwięku. Dlatego jakiś czas temu, jak głosi „plotka”, dopasowali pewne inne specjalne silniki o napędzie odmiennego rodzaju, innymi słowy sprzęt pozaziemskiego pochodzenia lub efekty prac naszych władz idące w tych kierunkach, robiąc z tego T.O.V. (Trans-Orbital Vehicle), pojazd międzyorbitalny, co oznacza, że to lata w kosmos. Według jawnych danych wyprodukowano tylko jeden B-2, z powodu gigantycznych kosztów – badania nad tym pochłonęły miliardy dolarów, jeśli dobrze rozumiem to łącznie 22 miliardy, a koszt budowy pojedynczego egzemplarza jest dzisiaj szacowany na około jeden milard za sztukę. i w rządzie rwą sobie o to włosy z głowy, skłaniają się ku zarzuceniu projektu, ale oczywiście tak wynika z tego, co mówią opinii publicznej, a kto wie, co zrobią… To tylko jeden z pobocznych wątków; prawdziwym sednem tego, co działo się w Montauk, była faza 3, która polegała oczywiście na znacznym rozwinięciu technologii podróży w czasie, odkrytej przez Niemców w 1945, przejętej po zakończeniu wojny i przekazanej do Montauk, choć nawet wcześniej dr John von Neumann stworzył wehikuł czasu, co nie było trudne ponieważ technologia z eksperymentu „Filadelfia” była tak podobna, że wystarczyło ją nieco rozwinąć, dodać pewne regulatory i mieli wehikuł czasu.

– Ale tu chodzi o oddzielną instalację maszyny czasu, która nie korzystała z obwodów statku.

– Nie, była zupełnie oddzielna, całkiem mała, a von Neumann wykonał ją na własną rękę w instytucie, pod nosem marynarki, nikogo z niej o tym nie powiadamiając. Oczywiście nie pracował dla marynarki, pracował dla instytutu.

– Jego hobby, wehikuł czasu, jego małe hobby.

– Jego małe hobby… i kiedy była gotowa, powiedział: „cóż, Edwardzie” – jak wtedy miałem na imię – „zobaczmy, co słychać w przyszłości, chcę mieć dowód, że tam byłeś i że naprawdę rozmawiałeś ze mną 40 lat później”. Odbyłem więc kilka podróży tam i z powrotem, tak szczerze to nie pamiętam ile dokładnie, aż w końcu naznosiłem tyle dokumentów i dowodów, że to mu wystarczyło, że owszem, istniał projekt „Feniks”, że uczestniczyłem w nim, że to istniało w przyszłości i że był tego częścią, to znaczy miał być, z jego punktu widzenia w 1943-1944.

– Jak duża była ta maszyna czasu, pamiętasz fizyczne rozmiary?

– Fizyczne wymiary były całkiem małe, promieniujący komponent kontrolny był wysokości około 6 stóp i miał średnicę zdaje się 2,5 stóp.

– Tam się wchodziło do środka?

– Nie, to akurat tworzyło pole, w którym wystarczyło stać. Nie trzeba było wchodzić do maszyny, było tam wiele przewodów, obwodów i innego sprzętu, ponieważ w tamtych czasach wszystko działało w oparciu o lampy elektronowe i w sumie w pewnych dziedzinach jest tak do tej pory, bo nic innego nie działa, kiedy stosuje się energie wyższego rzędu.

– Używali komputera, żeby tym sterować?

– Wtedy nie było jeszcze komputerów. Komputer powstał w 1946. Bo widzisz, w międzyczasie, kiedy był usatysfakcjonowany, w październiku 1943 dołączył do programu bomby atomowej, gdzie oczywiście spędził dużo czasu, ale nie pracował tam w pełnym wymiarze godzin, tylko jako konsultant, a na początku 1944 zasugerował marynarce: „cóż, chciałbym tam mieć przy sobie Edwarda…” a im bardzo spodobał się ten pomysł, ponieważ wylądowałbym w najbardziej odosobnionej i najbardziej tajnej bazie w Stanach Zjednoczonych, nikt nie wiedziałby gdzie jestem i nie mógłbym opowiadać co stało się podczas projektu „Filadelfia” nikomu innemu z marynarki. A kilku ludzi stamtąd, którzy mieli tak wysokie uprawnienia tajności, nawet gdyby w to uwierzyli – i tak by to zignorowali.

– Albo już o tym wiedzieli…

– Być może, bo jak ustaliłem w swoich dociekaniach, przynajmniej dwóch oficerów sił powietrznych wiedziało wtedy o wszystkim, co się działo, z różnych powodów, kilku innych oficerów marynarki wiedziało o tym, niektórzy z nich jeszcze żyją, ale nie podam ich nazwisk bez ich zgody. i sporo jest już dowodów, które umknęły uwadze wspaniałego Biura Wywiadu Marynarki oraz wszystkich innych agencji wywiadowczych, które bardzo starały się to rozpracować. Usunęli całą dokumentację mojego wykształcenia i służby w wojsku, jestem pewien, że to gdzieś istnieje…

– To tak jak było z Bobem Lazarem…

– Bardzo podobnie, bardzo podobnie… Mój przyjaciel mieszkający we Flagstaff w Arizonie, który pracował kiedyś w Białym Domu za prezydenta Nixona, powiedział mi kiedyś, po tym jak zainteresował się moją historią i rozpatrywał ją pod kątem możliwości wystąpienia z pozwem sądowym przeciwko rządowi, powiedział „mogę Ci powiedzieć tyle z moich doświadczeń w Białym Domu, nie jestem już tego częścią i nie chcę być, ale mogłem wykonać jeden telefon z budki za 25 centów i powiedzieć: „chcę, żeby osoba taka to a taka przestała istnieć”i w przeciągu tygodnia, jednego tygodnia, wszystkie wpisy by wyparowały, od ubezpieczenia społecznego po konta bankowe, świadectwa szkolne i pracy, historię edukacji, cokolwiek, prawo jazdy, wszystko od A do Z, cała tożsamość by wyparowała i taka osoba przestałaby istnieć”, powiedział że to wszystko stałoby się w ciągu jednego tygodnia.

– A więc ta procedura istnieje rzecz jasna dlatego, że korzystali z niej wiele razy, przy dziesiątkach i dziesiątkach okazji…

– Bez wątpienia używali jej w dziesiątkach i setkach przypadków, kiedy z jakichś powodów chcieli zachować ofiarę przy życiu zamiast stosować, jak nazywał ją myślę że L. Ron Hubbard, technikę natychmiastowego usuwania danych „2-45”, co oznacza dwa otwory kalibru 45. To bardzo szybka metoda pozbycia się kogoś, ale niekiedy pociąga za sobą konsekwencje i wojsko czy rząd nie chcą stosować jej za każdym razem. Oczywiście i bez cienia wątpliwości używali jej wiele razy, ale zdarzają się przypadki, kiedy nie chcą jej stosować, z różnych powodów. Tak więc w każdym razie byłem w Los Alamos, w efekcie sugestii von Neumanna, od 1944 do 1947, lipca 1944 do 4 lipca 1947 po czym usunięto mnie pod sfabrykowanymi zarzutami, na które nigdy nie odpowiadałem przed sądem wojskowym, bo były lipne i służyły marynarce tylko za wymówkę dla żandarmerii, żeby mnie aresztować i wyciągnąć stamtąd. Po czym sam doświadczyłem totalnego „prania mózgu” i…

– Kiedy mówisz „pranie mózgu”, masz na myśli całkowite usunięcie Twoich wspomnień, tożsamości?

– Wszystkiego, w tym wypadku wszystkiego.

– Czyli jak gdyby sformatowali twój „twardy dysk” i straciłeś wszystko?

– Straciłem całą pamięć tego, kim byłem, w czym się kształciłem, czego dokonałem, że byłem Edwardem Cameronem – przepadło. A potem przeprowadzili (fragment niezrozumiały – przypis tłumacza) z pomocą technologii obcych, wycięli numer z cofnięciem wieku, rząd ma do tego sprzęt, ale zazwyczaj nie cofają nikogo do wieku młodszego niż 21 przez wzgląd na genetyczne skutki uboczne. i postanowili zredukować mnie do wieku 1 roku i ulokować w nowej rodzinie, rodzinie Bielek. To długa historia i wiem, że niektórym ludziom bardzo trudno jest w to uwierzyć, ale zostałem wysłany z powrotem do roku 1927 jako mniej więcej roczne dziecko i osadzony w rodzinie Bielek na miejsce ich dziecka, które było normalnym, prawdziwym Alem Bielekiem i istnieje dowodzący tego certyfikat urodzenia, które podobno zmarło na jakąś chorobę, po czym zostałem wstawiony jako substytut…

– W Twoim fizycznym ciele, nie jako transfer Twojej duszy do jego ciała.

– Nie. Początkowo zamierzali zrobić coś w tym stylu, ale był tam, powiedzmy że w ostatniej chwili uratował mnie doktor John von Neumann, któremu było bardzo przykro w związku z tą sytuacją i nie chciał tego oglądać, ku czemu miał własne powody. Więc wróciłem i byłem jednorocznym dzieckiem, dorastałem, nie wiedziałem niczego oprócz tego, że po prostu dorastam i dopiero zaczynam życie, jestem na starcie…

– Dopóki w końcu nie odkryłeś swoich przeszłych powiązań z eksperymentem „Filadelfia”…

– Zgadza się.

– Ale opowiedz nam, jak „Filadelfia” doprowadziła do „Feniksa”, to znaczy do tunelu w czasie, jak narodziła się tam idea tuneli, kto…

– Idea tuneli właściwie pochodziła od obcych, z technologii obcych. Nie posiadaliśmy technologii, żeby to robić, mieliśmy technologię żeby zbudować maszynę czasu i podróżować do przodu albo wstecz po czasie, ale nie mieliśmy wtedy technologii umożliwiającej stworzenie tunelu, którym można by przesłać człowieka lub obiekt do innego fizycznego miejsca na tej planecie albo innej planecie lub do innej części tej galaktyki, a także przesunąć jego odniesienie czasu.
To była niesłychanie zaawansowana technologia i tylko obcy wiedzieli, jak to zrobić. a to obcy przejęli stery projektu „Feniks”.

– Więc zasadniczo o ile technologia „Feniks” wyprzedza technologię „Filadelfia”…

– Znacznie.

– …to że nie potrzeba sprzętu statku ze „Star Treka” orbitującego wokół planety, żeby materializować się w tę i z powrotem…

– Zgadza się.

– Przypuszczam, że istotnie rozszerzył się zasięg tych podróży w porównaniu z technologią teleportacji i możliwe stały się podróże w czasie.

– To prawda.

– Nie wiem, czy technologia teleportacji pozwala na podróże w czasie.

– Tego nie wiem. Ale projekt „Feniks” z ich tunelami, kiedy w końcu zaczęły im działać prawidłowo, co stanowiło długi proces i kosztowało wiele pracy, co zostało szczegółowo opisane w nowej książce, a tą nową książką jest oczywiście „Montauk Project”…

– Fascynująca książka, którą gorąco wszystkim polecamy…

– Została napisana przez Prestona Nicholsa, który odgrywał znaczącą rolę w projekcie „Feniks”, podobnie jak ja i mój brat Duncan. ale on przypomniał sobie po pewnym czasie – dzięki swoim elektronicznym systemom odtwarzania własnej pamięci – wszystkie techniczne szczegóły, co robił, jakie projekty trwały… Z tym, że na pewno nie ma tam o wszystkich projektach spod parasola projektu „Feniks”, ponieważ żaden z nas nie pamięta wszystkiego – na razie. ale wystarczająco dużo, żeby powstała z tego bardzo wartościowa książka.

– Ale Al, to co pamiętasz jest fascynujące!

– Pewnie.

– Pamiętam, jak wychodziłem z Twojego wykładu, pierwszego na którym byłem podczas „Pasadena Whole Life Expo”, czując że rzeczywistość, świat w którym żyłem, przestały dla mnie istnieć, że ktoś pozbawił mnie gruntu pod nogami i że swobodnie spadam w nieznaną przestrzeń…

– To tak jak my…

– Tak silne wrażenie wywarły na mnie te wszystkie informacje, mimo że przez ostatnie 10 lat dzień w dzień nie zajmowałem się niczym innym, jak zagłębianiem się w zjawiska paranormalne, metafizykę, ufologię i resztę zwariowanego, spychanego na margines bajzlu.

– Aha. Cóż, ten „bajzel”, jak to nazywasz, to jeszcze nic w porównaniu z tym, co robili na Montauk i potem. ale to „projekt Montauk” zasadniczo wyznaczył tory dla wszystkiego, co działo się potem, dokonano też wtedy rzeczy, których jak myślę nigdy potem nie powtórzono. Omówmy parę szczegółów dotyczących tego, co osiągnęli. Mieli tunele w czasie, byli w stanie podróżować na Marsa, jak robiliśmy ja i Duncan, przenosić się w podziemia na Marsie, żeby badać podziemne jaskinie i pozostałości ich cywilizacji, ślady wymarłej cywilizacji, o której istnieniu wiedzieli mając te wszystkie dowody na powierzchni, mieliśmy kolonie na Marsie od lat 1960., późnych 1960.

– Jak duże są te kolonie, orientujesz się?

– Tak za bardzo to nie wiem, przypuszczam że są tam co najmniej dwa miasta – bąble, teraz prawdopodobnie już nie potrzebują bąbli, bo mają na Marsie atmosferę 707 milibarów, czyli 7/10 ziemskiej, a temperatura na równiku wynosi około 40 stopni Fahrenheita za dnia, czyli jest odpowiednia.

– Więc w sumie dżinsy i sweterek wystarczyłyby, żeby uprawiać jogging…

– Tak. Kiedy wybrali się tam po raz pierwszy, byli przekonani, że nie ma tam tlenu, ale nagle z jakiegoś powodu nastąpiło uwolnienie tlenu, jeśli chodzi o tę historię to nie znam wszystkich szczegółów, jak to się stało. ale w każdym razie, istnieją kolonie na Marsie i odkryli monumenty, jak słynna „twarz na Marsie” i piramidy, wiedzieli że są do nich wejścia i nie mogli się przez nie przebić, gdyż były one tak olbrzymie i ciężkie, że nie mając ziemskich maszyn wystarczających gabarytów, nie byli w stanie przedrzeć się do środka. W końcu nawiązali więc – przez radio – łączność z Ziemią i powiedzieli: „trafiliśmy tu na coś, wiemy że są tu podziemia, ale nie możemy się tam przebić; macie tam na Ziemi, panowie, jakieś sugestie?” Odpowiedzieli „dobra, przyjrzymy się temu…” i udali się do ludzi kierujących Montauk, którym kierował zasadniczo z Lincoln Labs w MIT Massachusetts dr Herman C. Untermann jako dyrektor zarządzający projektu i postanowili „cóż, tak, jasne że możemy dostać się do podziemi na Marsie”, odpowiedzieli przez radio, „ale potrzebne są nam współrzędne obszaru, który chcecie mieć przebadany” i otrzymawszy je, wprowadzili je do komputera po czym za pierwszym razem przesłali tam włączoną kamerę tv.

– Przez tunel w czasie.

– Przez tunel w czasie, żeby zobaczyć, czy utkwiła, czy trafiła na pustą przestrzeń.

– Jeżeli trafi się na skałę, czy można wysłać kamerę tak, żeby zobaczyć ścianę skalną z bliska?

– Cóż, problem polega na tym, w jaki sposób te tunele w czasie działały.

– Czy wypadasz z tunelu i wtapiasz się w skałę?

– Opuszczasz tunel i wtapiasz się w obojętnie co, jeżeli cokolwiek tam jest; nie odbijesz się od ściany.

– Aha, aha, aha…

– Więc w każdym razie, wybadali że jest pusto i wysłali tam załogę, Duncana i mnie, potem były inne załogi i przeprowadzono wiele wypraw w podziemia Marsa żeby…

– Kto psychicznie kontrolował tunel i sterował nim, kiedy Duncan był tam? Pewnie ktoś inny?

– Nie, inny człowiek-operator nie był już potrzebny po pierwszej wyprawie. Powód tego był taki, że wszystkie koordynaty i podstawowe dane psychiczne od Duncana zostały zapisane na magnetofonie kasetowym, oczywiście takim starym – i wszystkie te współrzędne były potem odtwarzane; i rzecz jasna mogli robić korekty kursu uwzględniające ruchy planet, więc nie było z tym problemu.

– Korekta na bieżąco.

– Korekta na bieżąco. I kiedy znów chcieli się tam udać, wystarczyło wcisnąć klawisz żeby puścić taśmę i włączyć system, a kiedy pojawiało się zielone światło i wszystko uruchamiało, przechodziliśmy przez tunel. Więc udaliśmy się tam, odbyliśmy jak mi się wydaje dwie podróże służbowe i dwie na własną rękę po kryjomu, bo wszystko, co trzeba było zrobić, to włożyć do maszyny taśmę i nacisnąć przycisk, po czym ruszaliśmy przez zieloną poświatę.

– Ku wesołej przygodzie.

– Ku wesołej przygodzie na Marsa.

– Co odkryliście w tej podziemnej bazie?

– Odkryliśmy ogromne ilości artefaktów i rzeźb o charakterze religijnym, dużą ilość dokumentów, które Duncan z jakiegoś powodu potrafił czytać.

– Były na papierze, czy?

– Były na czymś w rodzaju metalicznych liści, to wyglądało jak papier, ale było niezniszczalne, znaleźliśmy także inny sprzęt i maszynerię, a w końcu zorientowaliśmy się, że ich system zasilania jest wciąż funkcjonalny, musieliśmy tylko znaleźć miejsce, w którym można go włączyć, tak że mieliśmy sztuczne oświetlenie, ich własne, w podziemiach, po jak mi się zdaje drugiej wyprawie; w pierwszą podróż musieliśmy zabrać własne oświetlenie.

– Widzieliście jakieś rzeźby, zdjęcia przedstawiające tych gości? Jak wyglądali, czy ich wzrost i wygląd przypominał ludzki?

– Byli całkiem ludzkiego wzrostu i wyglądu, zasadniczo byli amerykańskimi Indianami. To stamtąd pochodzą amerykańscy Indianie – z Marsa. Ale na długo przedtem, około 300 tysięcy lat temu, szacunkowo – niekoniecznie jest to prawidłowa data były posągi, byli wtedy wyżsi…

– O ile wyżsi?

– Posągi miały ok. 2,1 do 2,5 m, więc mieszkańcy byli wtedy wyżsi niż teraz, to znaczy na Ziemi, ponieważ mieli nieco słabsze pole grawitacyjne.

– Właśnie. Czytałem z wielu źródeł „kontaktowców”, że siła pola grawitacyjnego planety, konkretnie Billy Meier i jego Plejadanie są dla mnie głównym źródłem, siła pola grawitacyjnego planety determinuje wzrost istot żyjących na danej planecie, a wielkość ta może wahać się dowolnie pomiędzy rozmiarem kilku cali u karłów a wzrostem 10-15 metrów dla olbrzymów,…

– Jeżeli o to chodzi, to mamy rzecz jasna legendy o zamierzchłych dziejach Ziemi, znaleziono też kości, które oczywiście zostały skrzętnie ukryte – gigantów wzrostu 15-20 stóp (4-6 m), ludzkich gigantów. I nie wiemy, jak mogli żyć i przetrwać, to pytanie stawia też oczywiście wiele osób – archeologów, zoologów itd. jak te olbrzymie dinozaury mogły egzystować ze swoją masą, nie mając struktury kostnej wystarczająco silnej, żeby podtrzymywać ich wagę i masę, zakładając, że grawitacja Ziemi była wtedy taka sama, jak obecnie. Nie była, wynosiła ok. 1,3 – kilkaset, 15 milionów lat temu. Wracając do marsjańskich jaskiń – wzięliśmy, co się dało, potem wydało się, że odbyliśmy kilka samowolnych podróży, więc zostaliśmy od tego odsunięci i wysyłano inne załogi.

– Pamiętam, że jakiś czas temu mówiłeś mi o dziwnym złocie, które było kilkakrotnie cięższe od zwykłego złota?

– Według Duncana, który jest moim jedynym źródłem jeśli o to chodzi, około 15 tysięcy ton złota zabrano z podziemi Marsa. A jego współczynnik gęstości jest mniej więcej pięciokrotnie wyższy niż ziemskiego złota.

– Jak mogliście to zmierzyć?

– Nie wiem jak to zmierzyli.

– Ale zmierzyli to tutaj, po tym jak przywieźli to na Ziemię?

– Jestem pewien, że zmierzyli to po tym, jak to zabrali. Ale to jest historia, którą on opowiada, on pamięta, ja nie mam o tym wspomnień – możliwe, że był na jakiejś późniejszej wyprawie w której ja nie brałem udziału – on widział złoto, ja nie.

– Hmm… Żadnych szkieletów, żadnych śladów wojny, walki?

– Żadnych szkieletów, niczego, było tam bardzo czysto, można by powiedzieć, bardzo sceptycznie, tam w podziemiach, oni zanim wymarli zajęli się ostatnimi ciałami, ponieważ oceniamy, że niedobitki tej marsjańskiej cywilizacji, która zeszła pod ziemię, wymarły być może 10-20 tys. lat temu, co stanowi oczywiście szacunek w dużym przybliżeniu. Ale wymarli, ich systemy najwyraźniej były nastawione na automatyczne wygasanie i w końcu wyłączyło się zasilanie, jedyna rzecz, która nadal działała, co jest bardzo dziwne, to radionadajnik wewnątrz „twarzy na Marsie”. NASA wydała na ten temat komunikat mówiący o tym, że odbierają sygnał.

– A więc ta historia jest prawdziwa?

– Tak. Nadajnik był bardzo słaby, ale ciągle nadawał i NASA mogła to odebrać.

– To jednak był koniec naszych wycieczek na Marsa, wróciliśmy i rozdzielono nas w pracy, mnie i Duncana, ponieważ przewidziano już innych współpracowników i inne projekty dla niego i dla mnie, a oczywiście jednym z pozostałych projektów, nad którymi tam pracowaliśmy, omówię tu dwa z nich, ponieważ jeden został omówiony w książce, a drugi nie, była oczywiście indoktrynacja tych dzieci, prawie wszystkich blondwłosych i niebieskookich, samych chłopców, około 10 tysięcy na Montauk w wieku od 12 do 17 lat, przeważnie mniej więcej w okresie dojrzewania.

– Jak te dzieciaki tam trafiły?

– Część z nich, w późniejszej fazie, to były dzieci ulicy, zabrane przez tunele w czasie z innych części Stanów, ponieważ nikomu na nich nie zależało, na bezdomnych dzieciach.

– Robili to przez tunele czasu czy zawisali nad nimi w spodkach i teleportowali je na pokład?

– Nie, z tego co wiem to było tylko przez tunele w czasie. W początkowej fazie jeździli ciężarówkami po Long Island i fizycznie zabierali dzieci, porywając je, po czym oczywiście zrobiło się głośno o dzieciach znikających z wyspy, za sprawą ich rodzin, a co z nimi robili to poddawali je procedurze wstępnej, żeby zobaczyć czy nadają się do projektu, po czym w pewnym momencie, kiedy już wiedzieli, że się nadają, poddawano je silnemu programowaniu reichowskiemu [Wilhelm Reich] a programowanie reichowskie w początkowych fazach było całkowicie fizyczne, psychoseksualne, a przez wzgląd na wrażliwe osoby, jakie mogą być wśród słuchaczy, nie podam dokładnych szczegółów poza tym, że była to w pełni homoseksualna procedura, a później, z powodu faktu że…

– Wykorzystywano w tym stan preorgazmatyczny?

– Dokładnie, stan preorgazmatyczny, żeby przetransferować program od programującego do programowanego, którym było dziecko.

– Bez korzystania z urządzeń?

– Bez urządzeń w początkowych fazach. Zbyt wiele dzieci zmarło podczas tej procedury i byłem wśród tych, którzy wrzeszczeli „wy cholerni mordercy, musicie zmienić tę procedurę” i w końcu zmieniono ją, na w pełni elektroniczną procedurę.

– Co robili z tymi dziećmi, które okazywały się zbędne?

– Niepotrzebne dzieci, którym się nie udało? Wrzucano je do podziemnego skarbca i kiedy się wynosiliśmy, było tam 400 ciał pochowanych w tym skarbcu, wielkim stalowym skarbcu z bardzo dużym zamkiem, więc nie mógł się tam dostać nikt kto nie znał szyfru.

– A… przy okazji, Preston Nichols w swojej książce „The Montauk Project”, oto jeszcze raz ta książka, opowiada o szkieletach, które pogruchotano tuż przed opuszczeniem bazy, a wejścia zabetonowano.

– Całkiem możliwe, że tak było, ale nie wiem.

– Do czego te dzieci były potrzebne?

– Wciąż to…

– Chodziło o wtedy, czy o przyszłość?

– To właśnie wciąż próbujemy ustalić.

– Dokąd trafiły? Czy wysłali je tym w przyszłość na jakieś misje?

– Sądzimy, że większość z nich została wysłana w przyszłość, były też pewne przesłanki, że wiele z nich wylądowało w przedziale lat 1995-1996, a miały wkodowany program, którego treść mówiła ogólnie: „idź i żyj sobie normalnie, gdziekolwiek będziesz, a kiedy będziemy chcieli od ciebie zrobienia czegoś, czegokolwiek co zechcemy”… Przekazują sygnał radiowy, właściwie nie czysto elektromagnetyczny, ale wyższego rzędu, typu skalarnego…

– To byłby sygnał telepatyczny…

– Dokładnie!

– Niewykrywalny przez żaden konwencjonalny sprzęt…

– Zgadza się. I te osoby odebrałyby ten sygnał i jeżeli pasowałby do nich kod sygnału, usłyszałyby wiadomość i Preston udowodnił to na sprzęcie, który odzyskał i wypróbował samodzielnie usłyszałyby wiadomość „jeżeli słyszysz tę wiadomość, zadzwoń pod taki to a taki numer telefoniczny”

– Telepatyczna wiadomość prosto do ich głów.

– Właśnie.

– Bez używania sprzętu, bez małej pluskwy w mózgu…

– Zgadza się.

– Bezpośrednio do ich telepatycznej anteny.

– A zasięg tego nadajnika był ogromny. Preston zrekonstruował jeden w oparciu o dane i informacje, jakie posiadał i nagrał na małym magnetofonie kasetowym wiadomość, którą puścił przez modulator, nadajnik o mocy 250 watów, czyli nie jakiś bardzo potężny, postawił go na Long Island na rozległym podwórku przyjaciela i włączył to na – jak mi się zdaje – około 72 godziny, może nie bez przerwy, ale na przestrzeni trzech dni, a wiadomość brzmiała „jeżeli słyszysz tę wiadomość, zadzwoń pod numer…” Cóż, Preston nie odbierał tych telefonów samodzielnie, ustalił to z przyjacielem, który miał automatyczną sekretarkę w aparacie telefonicznym. Odebrali ponad 600 telefonów, z całego wschodniego wybrzeża od Bostonu aż po Florydę, stosując mały nadajnik. Więc w ten sposób Preston udowodnił, że można zbudować system tego rodzaju, czyli dzwonisz pod numer i zapewne otrzymujesz resztę instrukcji, albo może mówią ci, że masz udać się w jakieś miejsce na końcową indoktrynację kto wie, co – ale zrobili to.

– Może żeby doświadczyć właściwego impulsu uruchamiającego program.

– Zgadza się, dokładnie.

– Mamy tu więc interesującą analogię pomiędzy ofiarami „wzięć” w tym kraju, którym wszczepiane są implanty, jestem głęboko przekonany, że ci poszkodowani są uprowadzani przez władze, przez nasz własny amerykański patriotyczny rząd, wszczepia im się implanty i jak wynika z różnych opowieści i pogłosek, odsetek między 1/40 a 1/10 amerykańskiej populacji został zaimplantowany.

– Racja.

– I może to być inny, bardziej prymitywny system, który wymaga fizycznego implantu, fizycznego mikroczipu w twojej głowie, żeby mogli się z tobą komunikować. Ale widzę tu wiele podobieństw: wielu osobom, którym wszczepiono implanty, powiedziano, przygotowano je za pomocą pewnego programowania, ukrytego bardzo głęboko pod wieloma blokadami, pod wieloma podświadomymi blokadami, do których nie da się zbliżyć w…

– W żaden normalny sposób.

– Żadną standardową psychoanalizą. Przynajmniej tak nam mówią; może wiedzą, ale nie powiedzą.

– Racja. Ale w każdym razie, istnieje tu interesująca analogia: te osoby są przygotowywane na jakiś mający nastąpić koniec świata czy prawdopodobny wielki finał tego scenariusza „wiek XX”.

– Bardzo możliwe… Tak że wiemy, że około 10 000 dzieci przeszło przez Montauk, wiemy to ze wspomnień i pewnych przesłanek z kilku rejestrów, jakie się zachowały…

– A to była tylko jedna z 25 baz.

– 1 z 25. Szacujemy, że przez każdą z 24 baz przewinęło się ok. 10 tys. dzieci, to mogło więc być ćwierć miliona dzieci, mniej więcej w wieku dojrzewania, poddanych tej procedurze, praniu mózgu, do których głów wkodowano te instrukcje i wysłano je być może do ich czasu, skąd pochodziły, a może w przyszłość. Nie sposób tego ustalić, ponieważ te rejestry wciąż pozostają gdzieś zapieczętowane.

– Liczba ćwierć miliona dzieci może wydawać się zbyt duża i szokująca, ale każdy, kto poświęci 5 minut czasu na telefon pod numer z kartonów z mlekiem 1-800 poświęcony zaginionym dzieciom – może zapoznać się z szacunkiem, ostrożnym szacunkiem, za pierwszym razem, kiedy dzwoniłem pod ten numer, pani powiedziała mi: „cóż, właściwie to nigdy ich razem…nie podliczyliśmy” „A tak w przybliżeniu? To pierwszy raz, kiedy do was dzwonię, pani zapewne pracuje w tym programie już od 5 czy 10 lat.” „Tak, 5 lat.” „Więc jak pani myśli?” „Cóż… 200-300 tysięcy rocznie.” Myślałem, że ona powie 20-30 tys. rocznie. Tak więc na przestrzeni kilku lat to mogłoby spokojnie być 250 tysięcy niepotrzebnych nikomu dzieci, które można by wysłać gdzieś w przyszłość, kiedykolwiek będą potrzebne – „przydatne partii”.

– Wiemy także, że niektóre dzieci zabrano do programów specjalnych, a u części z nich próbowano uzyskać krańcowo zaawansowane zdolności parapsychiczne, fragment tego programu, którym kierowałem, został zarzucony.

– Historia w typie „chłopców z Brazylii”.

– Coś w tym stylu, zgadza się. A inną trwającą częścią programu były oczywiście wysiłki, które podejmowali od dawna, stworzenia krzyżówki pomiędzy ludźmi a gadoidami. Istniała formalna nazwa tego programu, która brzmiała „projekt God’s Edge” („krawędź boskości”) e-d-g-e, „bóg” tak jak się pisze normalnie. Nie podam nazwiska człowieka, który kierował tym projektem, ponieważ w dalszym ciągu pracuje on dla rządu i jest moim przyjacielem, więc nie chciałbym stawiać go w bardzo kłopotliwej sytuacji ani przysparzać mu problemów.

– Na krawędzi postępu boskiej genetyki…

– Owszem.

– Nasza zabawa w stwórcę, nasze naśladowanie stwórcy w każdy możliwy sposób…

– Racja.

– …oto motto lucyferycznej sitwy na tej planecie.

– Zgadza się. Obcy, a konkretnie grupa z Oriona, Drakonianie, Lewerianie (ang. „Leverons”), którzy mieli technologię, do tego Syrianie, którzy też są teraz bardzo poważnie zaangażowani, wszyscy posiadali tę technologię i wiedzieli, jak ją wdrażać. Wiedzieli, że jesteśmy wystarczająco zaawansowani, żeby zbudować cokolwiek, czego plany nam dadzą – co faktycznie robiliśmy. Jaki był ostateczny cel, do którego zmierzali z tym sprzętem i tym projektem, trudno stwierdzić, ponieważ po tym, jak Duncan i ja…

– Projektem genetycznej hybrydy.

– To trwa gdzie indziej. Ale w każdym razie, po tym jak Duncan i ja wróciliśmy z pokładu „Eldridge”, potem wróciliśmy na „Eldridge”, rozeszła się plotka, gdyż istniały plany, od tygodni jeżeli nie miesięcy, bo nagle Duncan – jako teraźniejszy Duncan – zdecydował, podobnie jak kilka innych osób w bazie, że już czas zniweczyć ten projekt, który kompletnie wymknął się spod kontroli i naprawdę nie wiadomo, dokąd zmierza, itd. uknuli więc małą intrygę, polegającą na tym, że specjalny potwór z „id” miał zostać umieszczony w świadomości Duncana i na umówiony sygnał, kiedy już nas tam nie było, wróciliśmy na USS „Eldridge” i wiedzieliśmy, że okręt znów znalazł się na właściwym miejscu w stoczni…

– Potwór z „id” to byłby potwór z jego podświadomości?

– Zgadza się. On usiadł na krześle, powiedział „nadszedł czas”, to coś wydostało się z jego podświadomości przez system komputerowy, przeszło przez nadajnik i zostało trójwymiarowo odwzorowane, nazwijmy to w ten sposób, jako namacalny obiekt 3D.

– Mięso.

– Mięso.

– Mięśnie, kości…

– Wszystko, przez komputer.

– To niesamowita historia. Na początku byłem bardzo sceptyczny, ale jeżeli przypomnimy sobie książkę wydaną przez Wendelle’a Stevensa, ponownie, z jego znakomitej serii książek o kontaktowcach, konkretnie pozycję „Ufo – przybyłam z Wenus”, wspomnienia Omnec Onec, tam u nich w wyższym wymiarze, w ich eterycznej kulturze, każdy potrafi zmaterializować obiekt, jedzenie, mebel, ubranie, wszystko czego potrzebują – wprost z eteru. Więc w sumie nie ma nic nadzwyczajnego w materializowaniu materii z eteru za pomocą siły umysłu.

– Pewnie że nie.

– Tutaj korzystano z pewnego wsparcia sprzętowego, jako że nasze mózgi rzecz jasna nie są wystarczająco potężne, żeby mogły robić to całkiem same.

– Nie tak rozwinięte, zgadza się. Obraz został stworzony i przetworzony przez Duncana, maszyna zrobiła resztę i dała mu fizyczną trójwymiarową reprezentację, a to oczywiście sięga kilka lat wstecz do pewnych wcześniejszych eksperymentów na Montauk, przeprowadzanych właściwie zanim jeszcze narodził się projekt tuneli w czasie, wykonywaliśmy eksperymentalne prace, podczas których osoba dokonująca próby, Duncan albo ktoś inny posiadający zdolności parapsychiczne, siadał na krześle [przyp.tłum.: na słynnym „krześle Montauk” rodem z filmu s-f], wizualizował sobie coś w swojej świadomości, a gdzieś w bazie ten wizualizowany obiekt materializował się fizycznie w trzech wymiarach, nie jako holograficzna projekcja, ale namacalny trójwymiarowy, który można uderzyć i zepsuć, np. stół albo krzesło, przy czym czasami po wyłączeniu nadajnika to znikało, a czasami nie.

– Mogę się założyć, że baza pełna była walających się półnagich modelek z kalendarzy, które ci goście sobie wizualizowali…

– Cóż, na pewno istniało wiele możliwości… Cokolwiek sobie wizualizowali, jestem pewien że nie kontynuowali tej fazy zbyt długo, bo to rzecz jasna wymknęłoby się spod kontroli… Ale tak czy owak, coś zostało udowodnione – że można to zrobić i był to pierwszy przypadek, jaki znamy w ludzkiej historii, kiedy maszyna została użyta do stworzenia fizycznej materii z ludzkiej świadomości. Z ludzkiego umysłu.

– I był to prawdziwy kamień milowy. Z tego oczywiście potem powstały tunele w czasie.

– Cofnijmy się tylko na jedno małe pytanie poboczne, które właściwie jest związane z jednym z moich pomysłów i marzeń. Zastanawiałem się, czy możliwe byłoby skonstruowanie maszyny kopiującej, kopiarki, kserokopiarki, która mogłaby skopiować jeden fizyczny przedmiot w drugi, wkładasz sztabkę złota albo magnetowid do pojemnika na oryginał, naciskasz przycisk kopiowania i w kontenerze kopii masz absolutnie perfekcyjną, materialną…

– Co o tym wszystkim myślisz, Al?

– Hmm… Rozpatrując to z kosmicznego punktu widzenia i pod kątem tego, kto może pociągać za sznurki na jeszcze wyższym poziomie, myślę że to bardzo spójne i bardzo rzeczywiste, również mając na uwadze masę dostępnych książek i materiałów, że dostępnych jest wystarczająco dużo materiałów na podparcie koncepcji kompletnej sieci, czy „sieci pająka”, jak kto woli, przenikających się ciał doradczych i przesłaniających think-tanków i ludzi na tej planecie przyjmujących rozkazy z jednego ośrodka, jeżeli chodzi o to jak sprawy mają tu wyglądać. Teraz wielkie pytanie brzmi – i oczywiście większość tych ludzi, jak…

– Kto pociąga za sznurki, kto…

– Racja, dokładnie.

– …o to chodzi, bo to jest poziom spraw ziemskich, materialnych…

– Dokładnie. Jasne jest, że ten ośrodek wchodzi gdzieś w interakcje, jak pisał Stan Deyo w swojej genialnej książce „Kosmiczny spisek” („Cosmic Conspiracy”).

– Tak.

– …że niektórzy z członków zarządu Iluminatów balansują na paranormalnej granicy, jak powiedział myślę (?)… próbując ich zidentyfikować. Bez wątpienia są członkowie pochodzenia pozaziemskiego lub astralnego, którzy materializują się na okoliczność spotkań zarządu, a następnie dematerializują i dlatego FBI ani CIA nie mogą ich namierzyć.

– Mogę stwierdzić stanowczo, z tego co wiem od znajomych powiązanych z Zakonem Iluminatów, że oni nie ocierają się o nadprzyrodzone zdolności – oni je mają, albo nie należą do tej organizacji. Muszą posiadać zdolność widzenia przez czas, być w stanie zademonstrować nadzwyczajne możliwości parapsychiczne, postrzeganie na odległość i tego typu sprawy, a co jeszcze to nie wiem… W każdym razie muszą posiadać te umiejętności i być w stanie zademonstrować je w dowolnym momencie, no i oczywiście istnieje ku temu powód. A tym powodem musi być komunikacja z kimś spoza planety. Ze wszystkich moich źródeł wynika, że Zakon Iluminatów jest naczelną organizacją na tej planecie, która wchodzi w interakcje z tym, co na zewnątrz.

– I robi to już od 5 tysięcy lat.

– 10 tysięcy, z tego co się orientuję.

– A obcy z zewnątrz, którzy przybywają na planetę, sami podlegają hierarchii pod względem inteligencji, uwikłania, zwierzchnictwa, gdzie bardziej zaawansowane rasy i cywilizacje uczą, zarządzają lub kontrolują te niższe, a zatem są podwykonawcami dla wyżej postawionych zleceniodawców, którzy są wykonawcami dla wyższych kręgów, i tak dalej, aż do samego wierzchołka tej niebiańskiej piramidy. Dlatego uważam „Księgę Urantii” nie za źródło ostatecznej prawdy, ale za jedno z najważniejszych źródeł, jeżeli chodzi o próby przeniknięcia sekretów wyższych poziomów kierownictwa jednego z centrów władzy kierujących naszym wszechświatem.

– Racja. Z tym bym się zgodził, ponieważ wyraźnie mamy przynajmniej dwa różne systemy niebiańskie, dwie odmienne teologie… I zostały nam jeszcze dwie minuty…

– …jeżeli chodzi o to, kto ma mieć nad czym władzę. Według „Księgi Urantii” mamy trynitarian którzy oczywiście są teraz całkowicie wtopieni w Kościół Katolicki i inne, gdzie wierzy się w Trójcę Świętą – to jest jeden z ich symboli i obowiązuje podporządkowanie autorytetowi tej grupy, rozciągającemu się rzecz jasna w górę hierarchii. Ale potem mamy lucyferian, którzy uwierzyli w bunt przeciwko Bogu, nazwijmy to w ten sposób, w ramach trynitarnego układu, ponieważ wierzą w to, że społeczność i jednostka mają pewne prawo do wolnego wyboru i to na tym opiera się nasza konstytucja, na prawie do wolnego wyboru i rzecz jasna znaleźli się ludzie, którzy wytropili w śladach zakonu masońskiego oraz osób, które należały do niego w okresie podpisywania konstytucji i powstawania konstytucji, że wielu z tych ludzi mogło mieć pewne „lucyferyczne” powiązania, jeżeli chodzi o ówczesne zakony religijne. Cóż, byli masonami – wiemy oczywiście, że masoni zachodzą na wyższe poziomy niż do 33 stopnia, dochodzą do 37 stopnia i to…

– To już ostatnia minuta, więc myślę że musimy…

– Zacząć się streszczać.

– I uważam, że to znakomity temat na naszą następną sesję i pewnie dobrym pomysłem byłoby zadzwonić do Teda Gundersona jako czołowego autorytetu tutaj w Los Angeles i Stanach Zjednoczonych i pewnie na świecie odnośnie satanistycznego kultu i wykorzystywania podczas satanistycznych praktyk, aby szerzej przedyskutować obecność lucyferycznego ruchu na tej planecie.

– Racja. Satanistyczny kult oraz wykorzystywanie dzieci na ich ofiary i rytuały są o wiele bardziej rozpowszechnione, niż większość ludzi myśli, a prawdziwe tego znaczenie to prawdopodobnie temat na dyskusję, która trwałaby wiele godzin.

– Ale twoje odczucie jest takie, że wszystkie te podziemne przedsięwzięcia „czarnych projektów” i współpraca z obcymi, że poziom obcych, z jakim osobiście miałeś do czynienia kiedy przebywałeś pod ziemią, że kontaktujące się z nami istoty to tylko najniższe warstwy, że istnieje wiele innych, wyższych poziomów hierarchii, które je kontrolują.

– Bardzo trafnie. Istnieją inne poziomy, które są daleko ponad tymi gadoidów oraz ludzi przypuszczalnie będących prawdziwymi przodkami ludzkości wieki wieków temu i pozostają oni głęboko w tle, nie mieszają się, chyba że zachodzi jakaś absolutna konieczność interwencji i mają moc, ale po prostu nie używają jej, dopóki nie jest to absolutnie konieczne.

– Póki nie balansujemy na krawędzi wysadzenia w powietrze całej planety, jak to zdarzało się przy kilku okazjach, dzięki wielu rasom naszych nauczycieli… Zdarzyło się to nawet w naszym Układzie Słonecznym, kiedy planeta za Marsem, pomiędzy Marsem a Jowiszem, została zdetonowana w straszliwej eksplozji ponad 100 000 lat temu… W każdym razie, dziękuję ci bardzo za twój czas i uwagę, prosto z Amerykańskiej Akademii Nauk Dysydenckich to był trzeci undergroundowy wywiad z Alem Bielekiem i Vladimirem Terzisky, i będziemy szczęśliwi mogąc w przyszłości dostarczyć więcej i więcej interesujących tematów do dyskusji, dziękujemy bardzo i dobrej nocy.

KONIEC

Tłumaczenie: Raptor
Źródło wideo: UkryteSprawy.org, YouTube.com
Źródło pisane: WolneMedia.net

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars Zostań pierwszą osobą, która oceni ten wpis!
Loading...

TAGI: , , , , ,

OD ADMINISTRATORA PORTALU: Hej! Cieszę się, że odwiedziłeś naszą stronę! Naprawdę! Jeśli zależy Ci na dalszym rozpowszechnianiu niezależnych informacji, ujawnianiu tego co przemilczane, niewygodne lub ukrywane, możesz dołożyć swoją cegiełkę i wesprzeć "Wolne Media" finansowo. Darowizna jest też pewną formą „pozytywnej energii” – podziękowaniem za wiedzę, którą tutaj zdobywasz. Media obywatelskie, jak nasz portal, nie mają dochodów z prenumerat ani nie są sponsorowane przez bogate korporacje by realizowały ich ukryte cele. Musimy radzić sobie sami. Jak możesz pomóc? Dowiesz się TUTAJ. Z góry dziękuję za wsparcie i nieobojętność!

Poglądy wyrażane przez autorów i komentujących użytkowników są ich prywatnymi poglądami i nie muszą odzwierciedlać poglądów administracji "Wolnych Mediów". Jeżeli materiał narusza Twoje prawa autorskie, przeczytaj informacje dostępne tutaj, a następnie (jeśli wciąż tak uważasz) skontaktuj się z nami! Jeśli artykuł lub komentarz łamie prawo lub regulamin, powiadom nas o tym formularzem kontaktowym.

8 komentarzy

  1. maciek 17.07.2017 09:57

    najpierw opowiada z fascynacją że ojciec babki z którą gadał był na i w księżycu, jara się tym, a potem jak gdyby nigdy nic opowiada, że sam był na marsie.

  2. MvS 17.07.2017 16:14

    Po przeczytaniu kolejnej części mam coraz silniejsze wrażenie, że gość odleciał w Kosmos a wszystko o czym tu opowiada to mieszanina faktów, hipotez, życzeniowego myślenia i fantazji. I kosmici są, i tunele czasoprzestrzenne, i potężne bronie, starożytne artefakty, reinkarnacja. Wszystko ogólnikowo, bez detali. Brakuje tylko duchów i Indiany Jonesa ale to w następnej części pewnie też będzie.
    Indianie pochodzą z Marsa. LOL. Pewnie dlatego, że są czerwoni…

  3. Krokodylowy 17.07.2017 16:29

    Corey Goode w jednym ze swoich wywiadów u Davida Wilcocka trochę szerzej nawiązał m.in. do tematu medycznej regresji wieku i celu jej stosowania.
    https://kosmiczne-ujawnienie.blogspot.com/2017/01/badania-tajnego-programu-kosmicznego.html

  4. WacekPlacek 18.07.2017 09:04

    Nie wierzę, że takie teksty się pojawiają na tym portalu. Przyznam, że przeczytałem tylko 3 części i tą ostatnią, więcej nie dałem rady. Nie wiem czy facet jest ofiarą własnej głupoty, czy umyślnie tworzy się takie fake newsy które wykorzystując fakt mają na celu ich rzeczywisty obraz jeszcze bardziej zniekształcić i zakamuflować. Ja stawiam na tą drugą opcję, bo częściowo współczesna publiczna edukacja naukowa odgrywa identyczną rolę, więc zaskoczenia nie ma.

    Facet coś bredzi o tunelach w czasoprzestrzeni zapominając o tym, że każde ciało/obiekt przechodzące przez taki tunel jest także rozciągłością czasoprzestrzenną a w przypadku istot biologicznych, warunek życia wymaga aby wewnątrz ciała istniały procesy przestrzenne odbywające się w czasie, tj, krążenie krwi, podział komórek, procesy energetyczne. Jak niby przez taki czasoprzestrzenny tunel przemieszcza się coś co samo jest częścią czasoprzestrzeni i upływ czasu warunkuje istnienie takiego bytu? Tzw martwej materii też się nie da przenieść przez taki tunel, bo nie ma martwej materii, metale także mają swoje własne układy krążenia, oddychania i tak samo można je uśmiercać prądem elektrycznym czy wysokim ciśnieniem. W fizyce nic nie może zakrzywiać czasu i przestrzeni bez zakrzywienia samego siebie. Przecież od dawna wiadomo, że takie tunele są fantastyką i nie posiadają żadnego procentu prawdopodobieństwa.
    Druga sprawa – wymiana technologi przez Obcych? Sorry, ale jakiej to niby technologii? Jak zbudować Iphona? Czyli Obcy potrafią przechodzić przez tunele ale nie wiedzą jak zbudować Internet albo silnik odrzutowy/magnetyczny itp? Przecież to jest kpina, nasza technologia opierająca się na redukcjonizmie i atomie jest czymś najprymitywniejszym w całej historii jaką znamy, ludzie w średniowieczu potrafili wytwarzać obiekty idealnie gładkie i proste bez współczesnej technologiimatematyki, każda epoka przerasta nas pod każdym względem, jesteśmy u kresów Kali Yuga, Wieku Ciemnego, Wieku Żelaza, czyli ewolucyjnie niżej nawet od zwierząt bo ich instynkty i wewnętrzne gps przewyższają wszystkie nasze zmysły oraz ich dzieła tj satelity, lasery itp, a tu nagle jakiś kosmita przylatuje i czegoś potrzebuje bo w kosmosie toczy się wojna, hahahaha. Wojna jest akurat wyrazem zaburzenia psychicznego, jest to forma neurozy, forma rozładowania nagromadzonych lęków i kompleksów których gatunek nie potrafi oczyszczać w sposób naturalny, jak to robią np zwierzęta które wojen nie prowadzą, bo są ewolucyjnie wyżej od człowieka. Okazuje się więc, że można upaść jeszcze niżej w ewolucji, być kosmitą i prowadzić wojny kosmiczne, czyli posiadać lęki, kompleksy, fobie i neurozy psychiczne na poziomie kosmicznym… nic tylko podziwiać i naśladować.

    Z tego co, nie od dziś, wiadomo kosmici i statki kosmiczne to są ludzie osiągający oświecenie i przechodzący w wyższe wymiary świadomości, gdzie rzeczywiście dyferencjacje energii subtelnych przyjmują postacie osobowe, komunikują się i zachowują się jak kosmici, rzecz tylko w tym, że nikt tam nie lata na statkach i nie buduje cywilizacji, nie potrzebuje technologii, jest to domena duchowa gdzie sprawy mają się inaczej. Przejście z domeny fizycznej do duchowej, dla nas na niższym poziomie świadomości, objawia się w postaci ruchu światła, dlatego ludzie widują to jak latające talerze świetlne. W rzeczywistości widzą głównie joginów, głównie ze Wschodu którzy opuszczają naszą planetę. Żadnych innych kosmitów i statków nie ma, bo sami jesteśmy kosmitami i nasza planeta jest statkiem który podróżuje po wszechświatach, doskonalszego nie da się ani nie ma sensu budować, szybciej niż Ziemia i tak nie poleci a na pewno będzie mniej wygodny:)

    Reszty nie komentuje bo nie czytałem, ale też nie sądzę że warto, nie sądzę też aby ten portal zyskiwał cokolwiek zawracając ludziom głowę takimi zmyślonymi historiami.

  5. marckus 18.07.2017 13:28

    Nie lubię czytać sformułowań typu „nie wierzę …”. To i tak niczego nie wnosi. Osobiście w nic nie wierzę bezgranicznie, ale też niczego nie neguję, wszystko jest możliwe. To co mówi Al Bielek czasami się „kupy nie trzyma” nie wiadomo jednak w którym miejscu. Bo, że świat jest bardziej skomplikowany niż możemy przypuszczać nie ulega chyba wątpliwości.

  6. WacekPlacek 18.07.2017 16:02

    W fantastyce to wszystko może być możliwe. W realiach będzie tylko to co musi być jako wynik, konsekwencja tego co jest obecnie.
    Nie ma tuneli czasoprzestrzennych ani kosmitów w fizyce, w świecie materii, bo to niemożliwe, przeczy to fizyce i całej wiedzy o materii. Są za to takie rzeczy w światach niematerialnych typu wymiary astralne, eteryczne, duchowe, czyli światy w umyśle które są ukryte dla zmysłów odbierających materie i ludzie mając doświadczenia paranormalne z tych światów mieszają wszystko tworząc sobie fantastyczne historie o statkach, cywilizacjach, technologiach czy wojnach gwiezdnych, bzdurach pochodzących z naszej, ułomnej, prymitywnej domeny materialnej, żadna istota kosmiczna nie buduje technologii, cywilizacji bo to jest oznaka upadku, przegranej, tylko zapychacz czasu, rzecz zupełnie zbędna i nieistotna dla ewolucji jakiejkolwiek istoty żywej.

    Czy ktokolwiek zastanawiał się dlaczego doświadczenia i kontakty z kosmitami, domniemane, posiadają tylko ludzie z zachodu wychowani na telewizji, komiksach, grach itp? Na świecie żyje 7mld ludzi, ogromna liczba ma doświadczenia paranormalne, widzi a nawet rozmawia z przeróżnymi istotami ale tylko na zachodzie, 1mld ludzi tworzy z tego fantastykę. We wszystkich innych kulturach takie spotkania/ doświadczenia nie są uznawane za paranormalne, nie trzeba ich udowadniać, nikogo przekonywać, nie trzeba tworzyć fantastyki ani teorii spiskowych bo ci ludzie mają kulturę która nigdy nie zdegradowała życia do czystej materii i nie wyśmiała innych domen, od zawsze rozpoznają wyższe światy, możliwość dojścia do tych światów, możliwość rozwoju i kontaktu, nigdzie jednak nie ma miejsca na gwiezdne wojny i statki kosmiczne, bo tradycja uczy, że człowiek mieszka na Ziemi tylko przez chwilkę, całą resztę czasu przebywa w Kosmosie a poza Ziemią żadna technologia nikomu do niczego się nie przydaje.

  7. maciek 19.07.2017 11:50

    Różnica między Alfredem a innym wyznawcą jest taka, że Alfred nie tylko wyznaje y nową religię, ale tworzy. Z kilku sobie współczesnych wyznań tworzy nowe. Do tego umiejscawia się w bardzo ważnym punkcie tej religii. Jest nie tylko jej patronem, skrybą i prorokiem. Jest jej częścią mityczną.

  8. maciek 22.07.2017 09:03

    no OK. Gośiu nie wymyśla wszystkiego z czapki. Raczej kompensuje wszystko co zostało do tej pory powiedziane w temacie. On chce być ja Jezus z Nazaretu, który reformuje starą religię, uwzględniając wszystkie nowe trendy w Cesarstwie Rzymskim łącznie z filozofią i wierzeniami z Dalekiego Wschodu, dodając coś od siebie.

    Niestety pan Koala nie ma tej charyzmy co Jezus, ma tylko zacięcie i wkłada w to tytaniczną pracę. Jego sekta jest mała coś takiego jak sekta Janowa. Jest problem w środowiskach ufologicznych i badaczy zjawisk paranormalnych z charyzmą. Są już ludzie którzy mają jakieś tytuły akademickie, np nasz dr.Pająk, są to tacy zbuntowani rabini, ale oni wszyscy nie mają jaj. Za parę lat pojawi się koleś który to pociągnie. Siodło i koń jest przygotowane właśnie przez takich ludzi jak Koala Bielek brakuje tylko Napoleona.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz.
Jeśli już się logowałeś - odśwież stronę.

pl Polish
X