Czy Ziemia się rozszerza jak pompowany balon?

Opublikowano: 04.10.2017 | Kategorie: Nauka i technika, Publicystyka, Warto przeczytać | RSS komentarzy

OD ADMINISTRATORA: Dla tych, którzy nie mają czasu na czytanie artykułu, polecam komentarz nr 3, w którym znajdziecie obok siebie krótkie animacje teorii dryfu kontynentów i teorii rozszerzającej się Ziemi. Zachęcam do porównania filmów i wyciągnięcia własnych wniosków.

Żyjemy w czasach, w których dokonuje się w wielu dziedzinach wiedzy zupełna zmiana paradygmatu. To co kiedyś uważano za prawdę staje się bajką, a to co niegdyś traktowano jako mit zamienia się w najprawdziwszą rzeczywistość. W artykule tym chciałbym zasugerować pewną zmianę spojrzenia na historię naszej planety. Ziemia nie koniecznie miała tą samą wielkość przez miliardy lat. Mogło być też tak, że jej objętość stopniowo rosła, a jednym z najbardziej zauważalnych skutków tego procesu miało być powstanie dzisiejszych oceanów. Według tego założenia Ziemia, w ciągu całej swej historii, puchła jak balon, a przez ostanie kilkaset milionów lat doszło nawet do przyśpieszenia tego procesu. Wyobraź sobie Ziemię sprzed około 200 mln lat; mogła ona mieć wtedy wielkość dzisiejszego Merkurego! Tak więc, pewnie trudno jest przyjąć tak radykalną ideę, że promień Ziemi miałaby od tamtego czasu powiększyć się ponad dwukrotnie.

A jednak to może być prawda! Pewnie to wygląda jak pomysł wzięty żywcem z filmów science-fiction, jednak zaskoczeniem może być to, że jest on zupełnie poważnie brany pod uwagę przez część naukowców. Tematem tym zajmują się dwie uczelnie we Wrocławiu oraz Dolnośląski Odział Państwowego Instytutu Geologicznego. Pojawiają się także artykuły niektórych w czasopismach popularnonaukowych, np. „Wiedza i Życie”.

Teoria ta, pomimo swojego nieco „paranormalnego” wyglądu ma, jak się okazuje, bardzo mocne przesłanki, aby ją uznać za prawdziwą i jest trochę niezrozumiałe dlaczego jest ona popierana tylko przez znikomy ułamek badaczy. Wbrew pozorom, jest ona bardzo elegancka i bardzo dobrze wyjaśnia kształt kontynentów oraz przyczynę ich przemieszczania się. W artykule tym chcę pokazać, że jej „niszowość” jest zupełnie niezasłużona.

Z drugiej strony, obecnie nam panująca i nauczana w szkołach, teoria o superkontynencie Pangei i dryfcie kontynentów ma wiele wad, wielu rzeczy nie wyjaśnia i często prowadzi do paradoksów. Zupełnie nie wiadomo czemu jest ona tak bardzo popularna, a wszystkie – zauważone już dawno temu – anomalie są ignorowane przez większość nauczycieli akademickich. Wygląda to trochę tak jakby umówili się, żeby milczeć.

Teoria ta wydaje się być niezaprzeczalnym dogmatem. Jednak czy jest ona zgodna z prawdą? Czy pływanie kontynentów po powierzchni jest udowodnionym faktem naukowym, czy tylko roboczą hipotezą, która jedynie zyskała ogromną popularność poprzez jej nieustanne powtarzanie? Czuję, że po przeczytaniu tego artykułu zdasz sobie sprawę z tego, że „król jest nagi”, a to czego się uczyłeś na lekcji geografii to były po prostu … bajki. Ale zacznijmy od początku.

PANGEA – CZY NAPRAWDĘ ISTNIAŁA?

Większość osób, która miała geografię w szkole średniej uczyła się tego, że kiedyś (jakieś 200 mln lat temu) wszystkie kontynenty były połączone i tworzyły jeden superkontynent zwany Pangeą.

Następnie, kontynent ten, na skutek procesów zachodzących w wewnątrz Ziemi, podzielił się, a poszczególne części znane jako dzisiejsza Ameryka, Europa, Azja, Afryka itd. rozeszły się na różne strony i obecnie znajdują się tam, gdzie je możemy zobaczyć na każdym globusie.

Skąd się pojawił pomysł, że te wszystkie kontynenty kiedyś były razem? Prawdę powiedziawszy nie było to aż takie trudne. Naukowcy już wcześniej zauważyli, że kształt Ameryki Południowej jest jakby uzupełnieniem wgłębienia Afryki, i jednocześnie Europa da się też przyłączyć do Ameryki Północnej. Kontynenty te zdają się pasować do siebie jak kawałki układanki.

Nic dziwnego, że w pewnym momencie komuś musiał zaświtać pomysł, że one kiedyś mogły stykać się ze sobą, po czym – po prostu – od siebie „odpłynęły”. Pojawiła się więc teoria dryfty kontynentalnego. Autorem jej był Alfred Wegener, niemiecki geofizyk, który wysuną ją już na początku XX wieku.

Już wtedy, gdy teoria ta była proponowana pojawiły się pewne trudności. Z czasem naukowcy pogodzili się z ich istnieniem i postanowili przymknąć na nie oko. Jednak jak się okazuje anomalie związane z tą teorią nadal pozostają niewyjaśnione. Co więcej, pojawiają się nowe!

„NACIĄGNIĘTA” PANGEA

Aby mapa superkontynentu dobrze wyglądała, a wszystkie kontynenty pasowały do siebie jak puzzle dokonano pewnej manipulacji (trudno to nazwać inaczej). Wzięto Afrykę, a następnie dołączając do niej pozostałe kontynenty, NACIĄGNIĘTO ich długość, albo zwiększono ich powierzchnie. Zrobiono to bez żadnego geologicznego uzasadnienia, po prostu dla dobra teorii – inaczej powstawały kliny i rozwarcia. Długość tych naciągnięć przekraczała setki kilometrów (Koziar, 2009). Tak więc teoria Pangei jest „naciągana” nie tylko w przenośni, ale także zupełnie dosłownie! :-)

EFEKT SKÓREK POMARAŃCZY

Jednak wszystkiego nie dało się naciągnąć. Czy zauważyłeś(aś) coś dziwnego na mapie Pangei? Część masy kontynentu jest na północy, druga część kontynentu na południu. Natomiast na środku po prawej stronie zrobiło się duże rozwarcie wyglądające tak, jakby się coś „rozdarło”. Co to jest?

Naukowcy uważają, że znajdowało się tam kiedyś ogromne morze zwane Tetydą. Jednak krytycy tej teorii zauważają ciekawą rzecz. Pangea wygląda jak dwie rozdarte skórki pomarańczy, które próbuje się teraz przykleić do nieco większego od niej grejpfruta.

Nic dziwnego, że kawałki się rozchodzą, grejpfrut jest przecież większy (Koziar, 2009). Czy nie sugeruje to, że Ziemia rośnie, a naukowcy nie radzą sobie z tworzeniem dokładnych modeli?

KONTYNENTY PASUJĄ TEŻ „Z DRUGIEJ STRONY”

Może nie jest to aż tak oczywiste jak w przypadku brzegu kontynentów wzdłuż Atlantyku, ale jak się okazuje, nasze kontynenty pasują tez od strony Oceanu Spokojnego. Zaskoczenie? Popatrzymy zaraz na mapę poniżej, ale zrobimy wcześniej jedną rzecz: usuńmy wodę, tak żeby odsłonić dno oceanu. Ukaże nam się cała jego rzeźba, a szczególnie rowy oceaniczne (to te grubsze linie).

Teraz widać jak na dłoni dwa charakterystyczne kształty powtarzające się zarówno z jednej jak i z drugiej strony Pacyfiku. Na północy, rowy tektoniczne (te niedaleko Japonii) formują charakterystyczny lekko przegięty ŁUK. Odpowiada on analogicznemu kształtowi na zachodnim wybrzeżu USA i Kanady. Natomiast na południu, rowy na północ od Nowej Zelandii tworzą niemal prostą linię z małym zagięciem na górze, jakby LASKA Z RĄCZKĄ. Pasuje to z kolei do zachodnich wybrzeży Ameryki Południowej (Chile).

Czy nie wygląda to tak, jakby ktoś pozostawił po sobie ślady? Czy te kontynenty nie były tam kiedyś w ten sposób połączone? Popatrzmy też na obszar oceanu pomiędzy Ameryką Południową i Antarktydą. Wygląda to tak, jakby oba kontynenty rozrwały się jak obcęgi, albo wręcz rozdarły jak kawałek papieru. Czy one nie były kiedyś „sklejone” od tejże strony? Ślady te jeszcze podkreśla ukształtowanie dna morskiego pomiędzy kontytnentami. Można to dokładnie sprawdzić na Google.

PARADOKS PACYFIKU

Ponieważ rozchodzenie się kontynentów zachodzi na kuli, to po przekroczeniu pewnej granicy (tzw. koło wielkie) powinny one zacząć z powrotem zbliżać się do siebie z drugiej strony globu, skracając jednocześnie obwód Pacyfiku. Nie dość, że tego nie obserwujemy, to w większości miejsc kontynenty dalej się oddalają, co czyni całą sprawę dość osobliwą, gdyż oznaczałoby to, że sam ocean także rośnie. Taki scenariusz na planecie o stałej wielkości jest niemożliwy – mamy więc geometryczny paradoks.

Spójrz na obrazek oceanu. Większość kontynentów już jest widoczna „z drugiej strony”. Weźmy np. Australię i Antarktydę – czy nie czas, żeby się zaczęły już przybliżać? One nadal od siebie uciekają. Czemu?

DRYFOWANIE KONTYNENTÓW – PRAWDA CZY MIT?

Film poniżej pokazuje jak mainstreamowi naukowcy wyobrażają sobie obecnie proces stopniowego formowania się Pangei, a potem jej gwałtowny rozpad (wystarczy pierwsze kilkanaście sekund):

Jak widać na animacji, założono, że kontynenty poruszają się niczym autka w lunaparku, które zderzają się, a potem znowu rozdzielają i „jadą” w inną stronę.

Dlaczego tak to miałoby wyglądać? Szczegółową odpowiedź na to pytanie dała tektonika płyt litosfery. Według niej cała skorupa ziemska jest popękana i przypomina rzekę po której pływają mniejsze lub większe kry lodu. W naszym przypadku tymi krami są płyty tektoniczne, a rzeką można uznać płynną magmę pod ich powierzchnią. Mówiąc językiem bardziej fachowym: pływać mają po elastycznej warstwie górnego płaszcza Ziemi (tzw astenosferze).

Za cały proces przesuwania tych płyt, a co za tym idzie także kontynentów, miałby być odpowiedzialny ruch magmy w płaszczu Ziemi (przestrzeni między skorupą a jądrem). Tworzyłyby się tam komórki konwekcyjne podobnie jak to się dzieje w GOTUJĄCYM SIĘ GARNKU.

Powstające w ten sposób prądy mają tworzyć i rozciągać skorupę ziemską (spreading), potem popychać ją na bok, a na końcu wciągać ją pod spód (subdukcja). Wielkość naszej planety miałaby przez to pozostawać przez cały czas taka sama, bo problem „tworzenia się” nowej powierzchni został rozwiązany poprzez założenie, że w innym miejscu byłaby ona „zjadana”.

TAKI WIELKI I TAKI MAŁY…!

Już w tym miejscu można popatrzeć na mapę płyt tektonicznych i zadać sobie pytanie: Czy mamy zakładać istnienie gigantycznych komórek konwekcyjnych wielkości jednej czwartej globu, które odpowiadałyby np. płycie pacyficznej albo eurazjatyckiej i jednocześnie wyobrazić sobie istnienie malutkich komórek konwekcyjnych przesuwających równie niewielkie płyty takie jak Karaibska, Kokosowa, albo wręcz zupełnie miniaturową Juan de Fuca na zachodnim wybrzeżu Ameryki Płn. (patrz poniżej).

Trudno to sobie jakoś ułożyć w głowie, bo raczej spodziewalibyśmy się tego, że skoro Ziemia jest kulą (przynajmniej w przybliżeniu) to komórki konwekcyjne powinny być mnie więcej tej samej wielkości.

WZNOSI SIĘ CZY OPADA?

Ale to nie koniec wątpliwości. Popatrzmy teraz jeszcze na zachodnie wybrzeże Ameryki Północnej. Mapa poniżej pokazuje występowanie trzęsień ziemi. Jednak chciałbym zwrócić uwagę na coś innego. Zachodnia granica płyty Juan de Fuca (gdzie zachodzi spreading) w dziwny sposób łączy się z granicą płyty Północnoamerykańskiej (gdzie, jak widać poniżej, ma zachodzić subdukcja).

Wygląda to tak jakby te granice się tam krzyżowały, albo jedna zlewała się z drugą. Jeśli zastosujemy konsekwentnie wyjaśnienia teorii dryftu kontynentalnego powinna tam zachodzić jednocześnie subdukcja i spreading – czyli rozciąganie i wciąganie. Czy to już nie jest aberracja? Bo ja już nie wiem, czy prądy konwekcyjne Ziemi tam się wznoszą czy opadają? Najnowsze symulacje, które oglądałem na youtube, broniące teorii dryftu (linki na końcu) pokazują, że pod kontynent „wciągana” jest także strefa „rozciągania”! Czy to ma sens?

Tak więc widzimy, że z teorią jest coś nie tak, także gdy weźmiemy pod uwagę granicę płyt. W szczególności można mieć zastrzeżenia co do natury tzw. stref subdukcji (jeśli subdukcja nie zachodziłaby to musiałoby to nieuchronnie prowadzić do wzrostu powierzchni naszej planety).

WSZYSTKIE OCEANY POWSTAŁY W TYM SAMYM CZASIE!

Czy jest coś, czego możemy być pewni? Obecnie widzimy ciągłą produkcje nowego dna oceanicznego. Dotyczy to nie tylko Atlantyku, ale też wszystkich innych oceanów (Indyjski, Spokojny i Arktyczny). Najnowsza mapa wieku dna oceanicznego jest tego dowodem (patrz poniżej). Kolor czerwony pokazuje „najświeższe” obszary pokrywające się z grzbietem oceanicznym (tzw. ryft), natomiast najstarsze zaznaczone są na niebiesko. Widać wyraźnie, że wszystkie oceany na Ziemi powstały dokładnie w tym samym czasie, i to całkiem niedawno, to jest przez ostatnie 180 mln lat. Dla formalności przypomnę, że wiek Ziemi jako takiej jest oceniany nawet na 4,5 miliarda, jest to więc zaledwie 4% wieku naszej planety. (Aby to jeszcze lepiej zilustrować wyobraź sobie, że połowa dna morskiego już nie pamięta dinozaurów.)

CZY PACYFIK NIE POWINIEN BYĆ STARSZY?

Analizując powyższą mapę nasuwają się dalsze wątpliwości dotyczące teorii płyt litosfery. Jeśli był jeden superkontynent to musiał też istnieć jeden superocean (naukowcy nazywają go Panthalassa). Gdzie są więc pozostałości tego starego praoceanu, który musiał wszak leżeć z drugiej strony Pangei zanim ta rozpadła się? Czy nie powinien gdzieś pozostać choćby niewielki fragment dna morskiego, które miało by na przykład 200 mln, 250 mln lub więcej lat? Nie ma takiego! To już powinno dawać do myślenia. Co zatem widzimy na Pacyfiku? Bardzo szeroki pas nowego dna oceanicznego (kolor czerwony). Wygląda to tak jakby kontynenty także oddalały się tam od siebie, tylko jeszcze szybciej niż to się dzieje na Atlantyku (można to poznać po szerokości „warstw”).

Co więcej, zachodzi jeszcze jeden bardzo szczególny „zbieg okoliczności”. Najstarsza część Oceanu Spokojnego jest tak samo stara jak najstarsze obszary Oceanu Atlantyckiego. Popatrz na pas na wschodnim wybrzeżu Ameryki Północnej oraz podobny na zachodzie Afryki – wszędzie równo 180 mln lat (ten sam kolor granatowy)! Nad istnieniem Panthalassy musimy więc postawić duży znak zapytania, gdyż wygląda to tak, jakby Atlantyk i Pacyfik powstały dokładnie w tym samym czasie. Rozwiązaniem tego problemu byłoby założenie mniejszej Ziemi w przeszłości.

ANOMALIA NA PACYFIKU

Z najstarszą częścią dna Pacyfiku, związany jest jeszcze jeden paradoks. Gdyby płyty przesuwały się (dryfowały), a potem jedna wchodziła pod drugą, to spodziewalibyśmy się, że ta najstarsza część dna będzie się znajdować NA KOŃCU PŁYTY (zaraz przy rowie Mariańskim).

Jak widać tak nie jest; znajduje się ona gdzieś daleko w głębi oceanu. Płynąc ku Azji, w pewnym momencie wszystko się „odwraca”, a znajdowane tam skały robią się coraz młodsze! Nie wygląda to jakby coś tutaj się przesuwało z prawej na lewo, ale jakby wszystko tworzyło się koncentrycznie na zewnątrz poczynając właśnie od tej fioletowej plamy.

„ENIGMA” AFRYKI I ANTARKTYDY

Jeszcze inną sprawą jest to, że Antarktyda i Afryka są po prostu OTOCZONE obszarami spreadingu (rozszerzania), natomiast miejsc gdzie skorupa ziemska byłaby wchłaniana pod spód po prostu tam nie ma. Afrykę widzimy na zdjęciu na górze, a rzut na Antarktydę zamieszczam poniżej.

Intuicja podpowiada nam, że strefy subdukcji i ryftu powinny występować NAPRZEMIENNIE (przynajmniej tego byśmy oczekiwali wg teorii). Jeśli gdzieś się tworzy nowa skorupa to gdzieś obok powinna być wchłaniana. Niestety tak nie jest! Strefy subdukcji są zupełnie po drugiej stronie globu, w dodatku bardzo nieliczne. Można też zadać inne pytanie: skoro oba kontynenty są otoczone ryftem to, czy one nie powinny się czasem kurczyć? Na Antarktydzie nic takiego nie widać. Tak samo w przypadku Afryki. Jednak w przypadku tej ostatniej zachodzi jeszcze większa anomalia.

Nie dość, że nie obserwujemy zwężania się kontynentu, to on sam zaczyna się rozdwajać. Oprócz dwóch ryftów występujących pod rząd (od wschodu i zachodu kontynentu) wewnątrz lądu OTWIERA SIĘ TRZECI RYFT (to ten charakterystyczny pas jezior we wschodniej części Afryki pokrywające się tzw. Wielkimi Rowami Wschodnioafrykańskimi).

Naukowcy uważają, że spowoduje on rozpadnięcie się Afryki na części za parę milionów lat, podobnie jak to było niegdyś z Ameryką Południową i Afryką.

To już zupełnie komplikuje sprawę i stawia teorię w kłopotliwej sytuacji. Gdyby teoria dryftu kontynentu miała być prawdziwa to chyba wyglądałoby to trochę inaczej. Nasuwa się też pytanie: jeśli mamy do czynienia z dryftem kontynentów jak zakłada teoria to W KTÓRĄ STRONĘ te dwa kontynenty wędrują? Patrząc na mapę dna oceanicznego wygląda to raczej tak, jakby wszystko się od nich oddalało, a obwód, otaczającego je ryftu, ciągle rósł. Trudno to wyjaśnić geometrycznie na powierzchni planety o stałej wielkości.

CZY OGON MACHA PSEM?

Co do wybrzeży Afryki i Antarktydy, a także innych kontynentów pojawia się też kolejna wątpliwość. Dryft kontynentu spowodowany tworzeniem się nowego dna oceanicznego powoduje także przesuwanie się samego ryftu (grzbietu oceanicznego). Przynajmniej tak by wynikało z teorii. Co więcej, na pewno dotyczyłoby to miejsc, gdzie mamy np. dwa ryfty pod rząd. Nawet jeśli jeden stoi w miejscu to ten pierwszy musi odsuwać drugi – to chyba jest logiczne. Poniżej widać, jak wraz z oddzielaniem się kontynentów oddalają się także czerwone linie oznaczające ryft.

Zachodzi jednak pewien brak logiki. Wznoszący się strumień magmy, wychodzący z jądra planety, który de facto tworzy ryft, wydaje się jakby podążać za nim w miarę jak on oddala się od brzegu kontynentu. Czy to nie dziwne? Wygląda to tak jakby ten strumień „wiedział”, że musi się przesunąć i dostosować do nowego, stale zmieniającego się miejsca. Wydaje się to dość mało prawdopodobne. Procesy na powierzchni Ziemi raczej nie „dyrygują” tym co się dzieje w jej jądrze.

„STREF SUBDUKCJI” JEST ZA MAŁO!

Popatrzmy teraz na cały glob. Naukowcy już dawno zauważyli, że na kuli ziemskiej miejsc subdukcji (o ile ona zachodzi) jest o wiele za mało, żeby skompensować tworzenie się nowego dna oceanicznego w strefach ryftu poprzez spreading. Tenże występuje na wszystkich oceanach: Pacyfik, Atlantyk, Ocean Indyjski oraz Arktyczny, a nawet wewnątrz niektórych kontynentów np. Afryka (patrz mapy powyżej – czerwony kolor). Natomiast subdukcja, czyli wciąganie kompensujące rozrastanie się dna oceanów, miałaby zachodzić przede wszystkim na Pacyfiku. Jest on otoczony obszarem zwanym jako Pierścień Ognia. Ma tam miejsce szczególnie wiele trzęsień Ziemi oraz wybuchów wulkanów. Naukowcy wyjaśniają te fenomeny faktem zachodzenia na tym obszarze procesu subdukcji. Ale dlaczego tylko tam? Dlaczego praktycznie nie ma takich stref na innych oceanach? Czy nie widać tu pewnej asymetrii?

Wróćmy jednak do Pacyfiku. Jak zauważyliśmy znajdują się tam rowy oceaniczne (niebieskie linie na powyższej mapie) kojarzone właśnie z omawianymi strefami subdukcji. Najbardziej rozpoznawalnym przykładem takiego miejsca jest słynny Rów Mariański.

Popatrz jeszcze raz na mapę wieku dna morskiego i zwróć uwagę na ilość i długość grzbietów oceanicznych (ryft). A teraz porównaj to z mapą występowania rowów oceanicznych. Czy dostrzegasz brak proporcji (jak mało jest tych ostatnich w stosunku do tych pierwszych)?

Ale to nie koniec. Powstaje jeszcze jedna trudność. Wewnątrz wszystkich rowów oceanicznych powinny być widoczne efekty tego jak jedna płyta wchodzi pod drugą. Dokładnie chodzi o to, że górna płyta powinna tam „zeskrobywać” i fałdować warstwę osadową dna morskiego. W niektórych rowach W OGÓLE tego nie widać. Wręcz przeciwnie, dna są płaskie i pokryte cienką warstwą osadów. Tak więc rowy oceaniczne mogą mieć zupełnie inne pochodzenie niż dotychczas sądzono (Cwojdziński, 1989).

ŚCISKAMY CZY ROZCIĄGAMY?

Problem brakujących stref subdukcji „zwala się” na pogranicze Europy i Afrykański oraz Azję. Znajdują się tam liczne pasma górskie (Atlas, Alpy, Karpaty, i tak aż do Himalajów). Ściskanie się tych kontynentów miałyby skompensować pionowe rozciąganie planety (np. to wokół Antarktydy).

Popatrzcie na kształt tych gór. Wiele z nich to łuki, albo wręcz półksiężyce. Czy one wyglądają jakby coś się tam ściskało? Czy raczej jakby ktoś „wziął dłoń i naciągnął obrus” w jedną lub drugą stronę i przez to zrobił zmarszczkę. W dodatku to zniekształcenie przebiega w różnych orientacjach, czasem niemal pionowej!

Można zadać dodatkowe pytania: Czy tych gór nie powinno być więcej i czy nie powinny być wyższe? (Moja intuicja podpowiada mi, że na powyższej mapie przez cały ten obszar powinien się znajdować ogromny pas gór wielkości Himalajów, albo jeszcze wyższy.)

Co tam robią te wszystkie płaskie niziny? Czy zmarszczki nie powinny obejmować cały kontynent („harmonijka”), skoro ma on być, jako całość, popychany od dołu? Przecież te siły muszą się rozłożyć równomiernie.

Ale to nie koniec; najmocniejszy punkt zostawiłem na deser: Jak wyjaśnić to, że wewnątrz tych pasów górskich, powstałych ponoć poprzez ŚCISKANIE, istnieją jednocześnie morza (Śródziemne, Czarne i Kaspijskie), które – jak wskazują badania geologiczne – powstały poprzez ROZCIĄGANIE (Cwojdziński, 1989).

Popatrzmy na mapę i czerwone przeciwstawne strzałki pokazujące rozszerzanie się skorupy. Ktoś może teraz zadać pytanie – czy Europa się przybliża czy jednak oddala od Afryki?

„ŁADNIEJSZA” TEORIA

Wszystkie wymienione uprzednio problemy stawiają teorię płyt litosfery w trudnej sytuacji, a dryft kontynentalny staje pod znakiem zapytania. Niektórzy stawiają sobie pytanie: Czy tych anomalii nie jest już dostatecznie dużo, że powinno się szukać alternatywnego modelu, zamiast uporczywie łatać dziury w obecnie obowiązującym (szukać wyjaśnień dotyczących wyjątków od reguły, a dalej wyjątków od wyjątków i tak może w nieskończoność)?

Tak więc, w związku z tym, oczy niektórych badaczy zwracają się do innej teorii. Brzmi ona: ZIEMIA ROŚNIE JAK BALON! Zanim będziesz czytać dalej, koniecznie trzeba zobaczyć poniższy 3 minutowy film Neala Adamsa. On jest jak uderzenie młotka!

Jak się patrzy na tą symulacje i to jak wszystkie kontynenty elegancko się „składają”. Neal Adams jest naukowcem a także grafikiem i rysownikiem, opracował komputerowo teorię ekspansji i stworzył całą serię filmów (takich jak ten), które symulują jak Ziemia się rozszerzała przez miliony lat.

Ale rozpocznijmy od historii. Autorem teorii rozszerzającej się Ziemi był niemiecki uczony Otto Hilgenberg, który jako pierwszy wpadł na pomysł zestawienia kontynentów na globie o mniejszej średnicy (wykonał serię czterech globusów z masy papierowej i zrekonstruował położenie Pangei na Ziemi o mniejszych wymiarach).

Tak więc, jak widać także na załączonym obrazku, nie jest to żadna nowinka, ani też szczególne „odkrycie Ameryki” ostatnich lat. Póżniej tematem tym zajmowali się także: Brösske (1962), Barnett (1962), Creer (1965) i Vogel (1983). Jednak największy wkład naukowy zawdzięczamy australijskiemu (a dokładnie tasmańskiemu) profesorowi Samuelowi Warrenowi Carey’owi (na zdjęciu), który bardzo rozwiną całą ideę w drugiej połowie XX wieku i przeprowadził też liczne badania naukowe, które potwierdziły całą koncepcję. W roku 1976 napisał ważną dla tej teorii książkę „Expanding Earth”.

Należy też wymienić Jamesa Maxlowa (również z Australii), autora książki „Terra non Firma Earth: Plate Tectonics is a Myth”, który stworzyl serię modeli expandującej Ziemi (patrz poniżej). Obrazy te uzyskał sukcesywnie usuwając kolejne pasy skorupy oceanicznej. Gdy już znikneły wszystkie oceany zajął się kontynentami. I tak, posuwając się dalej, zabierał następujące po sobie warstwy skał osadowych i magmowych. Uzyskał w ten sposób obraz Ziemi sprzed kilku miliardów lat o promieniu 4 RAZY MNIEJSZYM od obecnego.

W Polsce tematem tym zajmował się Jan Koziar. Do 2008 roku pracował w Instytucie Nauk Geologicznych Uniwersytetu Wrocławskiego (założył Wrocławską Pracownię Geotektoniczną). Na internecie są dostępne jego opracowania naukowe, w których prezentuje wyniki swoich eksperymentów, w których symuluje zachowanie się skorupy ziemskiej poddanej procesowi rozciągania.[2]

Podaje też całą masę niezwykle mocnych argumentów na rzecz teorii. Ze względu na popularno-naukowy charakter tego artykułu, nie będę ich tutaj omawiał – podam tutaj tylko jeden z nich: Można sprawdzić, czy istnieje takie koło wielkie Ziemi, wzdłuż, którego wszystkie kontynenty się rozchodzą? Otóż tak. Możemy tam wykazać, ponad wszelką wątpliwość, że kontynenty tam się rozchodzą. To już bezpośrednio wskazuje na ekspansję (Koziar, 2009).

Na temat teorii zabierają głos także inni naukowcy: Stefan Cwojdzińśki, Marek W. Lorenc i inni. Poważnie traktuje ją Państwowy Instytut Geologiczny.

Informacje o teorii pojawiają się także w publikacjach popularno-naukowych. Na końcu podałem link do archiwalnego artykułu z „Wiedzy i Życia” (grudzień, 2000). Naprawdę wspaniały – w bardzo prosty sposób wyjaśnia w czym rzecz. Napisali go polscy naukowcy dr hab. Marek. W. Lorenc (Polska Akademia Nauk) oraz Paweł. P. Zagożdżon (Politechnika Wrocławska).

Tak więc teoria ta nie jest, jakby się wydawało, wyssana z palca. Możemy powiedzieć, że jest coś na rzeczy. Cwojdziński (2004, str. 2) pisze o niej tak: „Idea ekspansji Ziemi jest oparta na szeregu obiektywnych i niezależnych w stosunku do siebie obserwacji geologicznych i geofizycznych, takich jak: jednakowy wiek den wszystkich oceanów, rozrastanie się obszaru Pacyfiku, Oceanu Lodowatego Północnego i strefy śródziemnomorskiej równoczesne z rozszerzaniem się Atlantyku i Oceanu Indyjskiego, globalny rozkład struktur na dnach oceanów, oddalanie się od siebie tzw. plam gorąca związanych z podnoszącymi się z granicy jądra i płaszcza Ziemi gorącymi strumieniami materii, głębokie zakorzenienie kontynentów w płaszczu Ziemi, przynajmniej do głębokości 300 – 400 km i radialne podnoszenie się gorących mas płaszczowych od granicy jądra i płaszcza Ziemi. Także takie podstawy naukowe tektoniki płyt jak dane paleomagnetyczne i geodezyjno-satelitarne, które mają potwierdzać model tektoniczno-płytowy, wskazują na wzrost promienia Ziemi, jeśli są interpretowane bez założenia stałych wymiarów Ziemi. Co więcej wzrost ten obliczony trzema całkowicie niezależnymi metodami opartymi na: (1) przyroście skorupy oceanicznej w strefach spreadingu i ryftingu, (2) danych paleomagnetycznych, (3) danych geodezji satelitarnej dają takie same wyniki: współczesny wzrost promienia planety wynosi 2,0 – 2,6 cm i ma charakter wykładniczy, co oznacza, że ekspansja Ziemi przyspiesza w czasie.”

Tak więc, wszystko wskazuje na to, że wyniki badań naukowych doskonale potwierdzają całą teorię. Nie trzeba nic naciągać, ani tworzyć dodatkowych uzupełnień i „podteorii”. Problemem wydaje się być – co najwyżej – niezwykłość całej idei. Tak więc, być może, jedyną rzeczą, którą potrzebujemy, aby przyjąć teorię ekspansji Ziemi jest ekspansja umysłów.

DLACZEGO DINOZAURY BYŁY ZWINNE?

Do tematu rosnącej Ziemi wplata się jeszcze jeden zaskakujący wątek, mianowicie kwestia gigantycznych zwierząt, żyjących niegdyś na naszej planecie. Badający temat naukowcy zauważają to, że wielkie dinozaury, które żyły np. 100 lub 200 mln lat temu nie byłyby w stanie swobodnie i lekko poruszać się przy tak silnej grawitacji jaką mamy teraz (zauważcie, że na rożnych filmach pokazywane są one jak „zwinne jaszczurki”).

Neal Adams opowiadał w audycji radiowej (youtube: Neal Adams – The Growing Earth) o tym jak był kręcony Park Jurajski. Znał on osobiście człowieka odpowiedzialnego za efekty specjalne. Uznano, że makieta gigantycznego Tyranozaura nie byłaby wstanie się utrzymać na nogach więc wpadli na pomysł, aby podzielić go na pół (osobno górę i osobno nogi), a potem połączyć zdjęcia z dwóch kamer.[4]

Pisze tam między innymi: „Stan Winston wished to construct the full sized Tyrannosaurus as a life sized puppet, but early tests of the idea quickly nullified the notion.” Czy to nie jest żenujące, że dzisiaj nie jesteśmy w stanie utrzymać na stojąco sztucznego gada, choć dysponujemy bardzo wytrzymałymi materiałami (o wiele mocniejszymi od kości) i jednocześnie wierzymy w to, że prawdziwe, żywe dinozaury nie dość, że chodziły, to jeszcze biegały, a nawet skakały! Nie wspominając może już o pterodaktylach, które latały!!!

Istnieje też książka na ten temat napisana przez Stephena Hurrella. Książka ma tytuł „Dinosaurs and the Expanding Earth: Solving the Mystery of the Dinosaurs’ Gigantic Size”. Zauważmy, że wiele milionów lat temu nie tylko dinozaury były wielkie, ale w ogóle żywe istoty urastały do większych niż dzisiaj rozmiarów. Weźmy choćby wielkie ważki.

CZEMU DZISIAJ TAKICH NIE MA?

Wróćmy jednak do wcześniejszego tematu. Czemu największe lądowe zwierze jakim jest słoń nie potrafi biegać, a jedynie szybko chodzić. Poza tym musi mieć bardzo duże grube nogi, żeby utrzymać swoją masę.

Okazuje się, że istnieje pewna granica do której mogą rosnąć żywe organizmy. Wynika to ze związku anatomii z matematyką. Wraz ze wzrostem masy jeszcze szybciej rośnie obciążenie jakim poddawany jest szkielet, a szczególności nogi. Przychodzi taki moment, gdzie natura już nie widzi możliwości tworzenia czegoś większego. Zauważmy też, że oprócz szybkich dinozaurów mięsożernych istniały także jeszcze większe, roślinożerne, które posiadały niezwykle długą szyję. Znowu seria problemów. Wytrzymałość szkieletu, siła mięśni (żeby unieść cały ten „dźwig”) i sprawa ciśnienia krwi – czy ona by w ogóle dopływała do mózgu przy dzisiejszej grawitacji? Niestety matematyka jest nieubłagana; obliczenia wskazują na to, że zwierzęta o takiej wielkości dzisiaj nie byłyby w stanie żyć. Duży artykuł prezentujący wyliczenia można znaleźć tutaj.

Czy nie łatwiej już teraz byłoby przyjąć, że one po prostu mniej ważyły, bo grawitacja była mniejsza? I konsekwentnie, czy nie powinniśmy założyć o wiele mniejszą masę ziemi. Wszystko to, wyjaśniałoby i umożliwiało rozwój tak gigantycznych istot.

PODOBNE ZWIERZĘTA „PO DRUGIEJ STRONIE”

Pozostajemy w temacie organizmów żywych. Lorenc i Zagożdżon (2000, str. 21) piszą: „Paleozoolodzy i paleobotanicy informują o zadziwiającym podobieństwie flory i fauny wschodniej Azji i Ameryki Północnej w okresie paleozoiku i wczesnego mezozoiku (dawniej niż 200 mln lat temu), co może świadczyć, że Panthalassa nigdy nie istniała.”
Temat ten zainteresował mnie do tego stopnia, że zacząłem szukać. Czy możemy podać jakieś konkretne przykłady? A w szczególności, czy są jakieś podobieństwa wśród zwierząt żyjących dzisiaj? Okazuje się, że tak! To co znalazłem to występowanie legwanów.

W „Wikipedii” możemy przeczytać: „Legwany występują od południowo-zachodniej części USA po obszary centralne Ameryki Południowej, na wyspach Galapagos (Amblyrhynchus, Conolophus), Antylach (Iguana, Cyclura) i na Fidżi (Brachylophus).”

A w innym miejscu jest napisane: „Legwan fidżyjski [na zdjęciu] jest blisko spokrewniony z legwanem wityjskim. Uważa się, że oba gatunki ewoluowały z iguanami, które przypłynęły na Fidżi 13 milionów lat temu z Ameryki Południowej”.

Bardzo dzielne te iguany – skoro potrafiły przepłynąć dystans 10 000 km (co stanowi 1/4 długości równika)! Ta odległość musiała być i tak jeszcze większa (skoro w tym czasie kontynenty na Atlantyku były bliżej to Pacyfik musiał być jeszcze szerszy). Z drugiej strony, paradoksalnie, zwierzęta te nie dały rady dopłynąć do Afryki i Europy, która 13 mln lat temu była o wiele bliżej. Zadam pytanie: Czy naukowcy naprawdę wierzą w to co mówią? Czy nie prościej było by przyjąć, że wyspy Fidżi po prostu kiedyś były bliżej Ameryki, albo były z nią połączone? Ale cóż, to kolidowałoby z teorią wielkiego oceanu Panthalassy.

CZY BADANIA EMPIRYCZNE TO POTWIERDZAJĄ?

Jednym z zarzutów wobec teorii ekspansji Ziemi jest rzekomy brak dowodów doświadczalnych (np. satelitarnych). Fakt, jeśli Ziemia się rozszerza to w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat już chyba byśmy to dostrzegli. Koziar (2011, str. 21-22) zauważa, że badania satelitarne przyjmują z góry założenie stałej wielkości Ziemi. Ma on w związku z tym wątpliwości, czy wyniki jakie podają nie będą czasem potwierdzały to, co przyjęto na początku (na zasadzie błędnego koła rozumowania). Koziar (tamże) pisze dalej, że nie przeprowadzono ani jednego testu, który by definitywnie wykluczył ekspansję. Co ciekawe, wspomina on też o dwóch, mało znanych, badaniach, które jednak dały wyniki świadczące o ekspansji, jednak zostały one zupełnie zignorowane lub zbagatelizowane. „Carey (1988) wraz z Parkinsonem przeprowadzili analizę zmiany łuku przechodzącego przez trzy stacje (Australia – Hawaje – St. Zjedn.) satelitarne SLR (laserowe pomiary satelitarne) otrzymując wielkość przyrostu promienia Ziemi 2, 08 ± 0,8 cm/rok.” (tamże) Prowadzone były także badania metodą VLBI (interferometria o bardzo długiej bazie, w której źródłem sygnałów są kwazary). „Maxlow (2001) zwrócił uwagę na kuriozalne potraktowanie wyników […] przez dwóch specjalistów tej metody Robaudo i Harrisona (1993). Otóż otrzymali oni średni roczny ruch w górę około 60 stacji VLBI większy niż 1,8 cm/rok”.

Dane te zostały po prostu „wyzerowane”. Uznano, iż jest to po części tzw. „postglaciar rebound” – Ziemia się rozszerza bo (ponoć) odreagowuję epokę lodowcową, tj. dochodzi do swojego normalnego rozmiaru po ustąpieniu uciskającego ją wtedy lodowca, a dodatkowo nałożyć się na to miały ZAKŁUCENIA ATMOSFERYCZNE i właśnie przez to uzyskano aż tak wysoki – niezgodny z obowiązującymi teoriami – wynik. Tak więc, oficjalnie wzrost promienia Ziemi wynosi „zero” i taką liczbę do swoich pomiarów bierze także NASA.

Na temat geodezji kosmicznej i pomiarów ekspansji przeczytaj też tłumaczenie artykułu J. Maxlowa.

Możemy podsumować to stwierdzeniem, że naukowcy najzwyczajniej „w świecie” nie wierzą w to co widzą.

SKĄD TA MASA?

Mógłbym spekulować co do pochodzenia tej dodatkowej masy, która powodowałaby wzrost wielkości Ziemi, wskazując na tzw ciemną materię, albo ciemną energię. W końcu ta ostatnia powoduje wzrost wielkości Wszechświata. Jednak byłyby to tylko domysły z rodzaju science-fiction. Nie musimy tego robić, gdyż obecnie znany jest fizyce mechanizm samoistnego tworzenia się materii. Tak, to może być zaskakujące, ale materia może sama się produkować. Taki proces znany jest jako KREACJA PAR.

Mówiąc prostym językiem, chodzi o to, że ze światła, w określonych okolicznościach mogą tworzyć się cząstki elementarne materii. Foton, czyli cząstka światła, może się podzielić na elektron (ładunek ujemny) i tzw. pozyton (czyli taki jakby elektron, ale o ładunku dodatnim).

Taki proces tworzenia się materii miał mieć miejsce na początku istnienia wszechświata. Skoro tak, to może on mieć miejsce nadal, także wewnątrz naszej planety. Autorem tego rozwiązania jest Neal Adams. (youtube: Neal Adams – The Growing Earth). Twierdzi on, że w każdym protonie „ukryty” został pozyton. W końcu coś musiało się z nimi stać; w naszym wszechświecie prawie ich nie ma. Rozwiązanie jest bardzo proste i nie ma powodu, żeby się nad nim przynajmniej nie zastanowić.

SKĄD SIĘ BIORĄ GÓRY I MORZA?

Obecnie naukowcy „dryftowi” tak wyobrażają sobie powstanie np. Himalajów:

Jak widać ich powstanie jest efektem zderzenia się mas dwóch dryfujących kontynentów. Dzisiaj wierzy się w to, że Indie oderwały się od Antarktydy i Afryki, przepłynęły ówczesny ocean, a następnie, z impetem, walnęły w Azję. (Oczywiście piszę to trochę żartobliwie, bo wszystko to działo się przez miliony lat. Niemniej jednak, przyznacie, że ten pomysł już na samym początku budzi wątpliwości.) Opisany powyżej sposób tworzenia się gór (zderzanie płyt) miałby dotyczyć niemal wszystkich innych gór na Ziemi.

W teorii rosnącej Ziemi za powstawanie gór odpowiadałyby inne mechanizmy. Miałyby one powstawać, przede wszystkim, na skutek dostosowania się powierzchni planety do rosnącego promienia, a dokładnie (mówiąc bardziej naukowo) do malejącej krzywizny planety. Zupełnie podobnie do sytuacji, kiedy prostujemy palce, a na kostkach robi się zmarszczka.

Neal Adams pokazuje jak hipotetycznie mogło wyglądać powstanie Himalajów i pozostałych gór w Azji, wcześniej wyśmiewając nieco teorię jakby Indie zderzyły się z Azją.

Drugim mechanizmem odpowiedzialnym za powstawanie gór miałby być diapir – strumień materii unoszący się prosto z jądra. Wyjaśniałby on dodatkowo przyczynę powstawania gór znajdujących się pośród tych pasm górskich – np. morze Śródziemnomorskie.

Cwojdziński (1989, str. 22) pisze, że „źródłem energii górotwórczej jest tu pionowy potok materii podnoszący się z ulegającego rozgęszczaniu wnętrza planety. Od centrum deformacji, leżącego ponad diapirem płaszcza, rozchodzi się na zewnątrz fala fałdowań i nasunięć coraz młodszych w miarę oddalania się od tego centrum. Bezpośrednio ponad diapirem może dojść do erozji podskorupowej i innych procesów wywołujących w następstwie powstanie zapadniętego basenu śródgórskiego.”

Cwojdziński (tamże) wymienia również inne mechanizmy formujące powierzchnię planety. Rozciąganie planety mogłoby tworzyć góry i wyniesienia podobnie jak to się dzieję kiedy naciągamy palcem powierzchnie jakiegoś materiału – po bokach tworzy się zmarszczka (pisałem o tym wcześniej). Płyty skorupy ziemskiej, prostujące się na skutek malejącej krzywizny mogłyby też miejscami nieznacznie podchodzić jedna pod drugą. Tak powstawałyby omawiane wcześniej rowy oceaniczne. W wyjątkowych sytuacjach płyty oceaniczne mogłyby, także, na tej samej zasadzie, podnosić płyty kontynentalne. Tworzyłby się tam rów tektoniczny, a zaraz obok powstawałyby góry takie jak np. Andy. Lecz, nie miałoby to nic wspólnego z aktywnym pochłanianiem całych płyt, ale jedynie ich z ich lekkim zachodzeniem za drugą.

INNE CIAŁA NIEBIESKIE

Warto też odnotować, że na innych planetach i księżycach znajdują się ślady po rozszerzaniu się ciała niebieskiego, natomiast nigdzie nie znaleziono miejsc rzekomej subdukcji. Weźmy Merkurego, Wenus, Marsa, księżyce wielkich planet. Nigdzie czegoś takiego nie ma! Czy Ziemia miała by być inna? Popatrzmy także na nasz księżyc i tak zwane morza – ciemne miejsca pokryte bazaltową skałą, gdzie miała ponoć wylać się lawa po uderzeniu meteorów. Czy na pewno? Czy tak mocne uderzenie nie roztrzaskałoby Księżyca na kawałki? Spójrz na krater Tycho na dole – łatwo go rozpoznać, po charakterystycznym śladzie wokół dziury w środku. Meteor rozbryzgał swoje resztki na wszystkie strony. Jeśli morza miałyby być miejsca po uderzeniu, czemu nie ma wokół nich podobnych śladów?

Czy to nie dziwne, że na morzach w zasadzie nie ma kraterów? (Brak kraterów lepiej widać na zdjęci poniżej). Przecież największe i najbardziej intensywne „bombardowanie” powinno mieć miejsce na początku ewolucji Księżyca, a nie pod koniec, kiedy prawie wszystkie asteroidy już spadły na większe planety? Czyżby więc morza powstały zupełnie niedawno?

Jeszcze dwa ważne pytania:

1. Dlaczego morza te są połączone tworząc coś w rodzaju łańcucha?

2. Dlaczego na drugiej, niewidzialnej z Ziemi, stronie księżyca prawie ich nie ma?

Popatrzmy:

Czy mogło być raczej tak, że nasz naturalny satelita został rozdęty od środka, podobnie jak ma to miejsce z prującymi się spodniami, które są już dla nas za ciasne i odsłaniają gołe kolano? Skorupa Księżyca pękła właśnie w ten sposób odsłaniając to, co było w środku – ciemną bazaltową skałę.

Czy widzisz, że kształt mórz, które są pokazane na zdjęciu powyżej nieznacznie przypomina Morze Śródziemne? Może na Księżycu też zachodzą podobne procesy takie, jak np. opisane wyżej diapiry (unoszące się strumienie magmy)?

W interesujący sposób ilustruje to Neal Adams:

Przykładów można podać jeszcze więcej: Mars i słynny kanion Valles Marineris. Czy to też nie wygląda trochę jak spruty materiał? Czemu to „rozdarcie” przebiega wzdłuż jednej osi?

Księżyc Jowisza, Europa, gdzie ciągle pęka lodowa skorupa satelity, lód rozchodzi się, po czym powierzchnia zasklepia się jak gojąca się rana. Lodu ciągle przybywa, ale też nigdzie go nie ubywa!

Niedawno (2005 rok) otrzymaliśmy zdjęcia z Plutona poprzez sondę New Horizons.

Obecnie widzimy różne artykuły w internecie na temat śladów ROZSZERZANIA SIĘ tej karłowatej planety. Znajdziecie je m.in. tutaj, tutaj, tutajtutaj.

Ciekawostką jest to, że o ekspandującym Plutonie piszą de facto krytycy ekspandującej Ziemi. Zwolennicy tej teorii Ziemi zaraz to podchwycili. Jak to jest? Można mówić legalnie o rozszerzającym się Plutonie, a nie wolno mówić o rozszerzającej się Ziemi, bo to już niby pseudonauka. Więcej na ten temat tutaj:

PODSUMOWANIE

Lorenc i Zagożdżon (2000, str 23) pod koniec swojego artykułu wprawdzie nieco łagodzą ton: „Być może nigdy nie będziemy z całą pewnością wiedzieć, jak jest naprawdę. Geolodzy, nie mogąc dotknąć ani obejrzeć przedmiotu swoich dociekań, od zawsze z powodzeniem posługują się tzw. working hypotheses, czyli najbardziej prawdopodobnymi hipotezami, które sprawdzają się w praktyce. Dziś większość geologów woli korzystać z teorii tektoniki płyt, dzięki czemu uczy się dziś o niej w szkołach. Niewykluczone jednak, że w końcu siła nowych dowodów przeważy szalę na korzyść teorii ekspansji. Być może powstanie trzeci, zupełnie inny, sposób wyjaśnienia ziemskich paradoksów”,

Jednak są też głosy bardziej zdecydowane (Cwojdziński, 2004, str. 7): „Wiele faktów wskazuje, że teoria ekspansji Ziemi ma przed sobą ogromną przyszłość. Dyskusja na temat ekspansji Ziemi rozwija się burzliwie w Internecie, staje się ona także tematem coraz liczniejszych konferencji międzynarodowych. Oczywiście, w warunkach braku akceptacji większości środowisk geologicznych, na konferencjach takich pojawiają się nie tylko argumenty stricte naukowe, ale także paranaukowe. Sytuacja taka może zostać przerwana w momencie “przebicia się” do świadomości geologów, a także całego świata nauki, nowej geo-idei, opartej na zweryfikowanych danych geologicznych i geofizycznych. Ta nowa geo-idea ekspandującej Ziemi jest wielką, dotąd nie wykorzystaną, szansą geologii na zaistnienie w świadomości społecznej ludzkości, a co za tym idzie, na znalezienie się w “świetle reflektorów” mediów”.

Na koniec zacytuję jeszcze słowa Samuela Warrena Carey’a (głównego propagatora idei), który w 1994 roku odwiedził nasz kraj: „W chwili, w której opuszczam Polskę, wracając na Tasmanię, moje myśli krążą wokół dokonań ostatnich dwóch tygodni. Wrocławskie sympozjum na temat ekspansji Ziemi może zapoczątkować odwrót od wielkiego błędu, w którym geologia tkwi od ubiegłego wieku, że orogeneza i wielkie nasunięcia w Himalajach, Alpach i Appalachach są rezultatem zaciskania skorupy ziemskiej. Jest to pomyłka świata anglosaskiego. Wielu Włochów, Szwajcarów, Niemców, Szwedów, Holendrów i Rosjan argumentowało, że procesy tektoniczne są pochodną pionowych sił grawitacyjnych, a nie horyzontalnej kompresji. Są oni jednak zdominowani przez lawinę amerykańskiej wiary, która zalała Europę Zachodnią, w rzeczywistości prawie cały świat. Geologiczna rewolucja dokona się we Wschodniej Europie, prawdopodobnie tutaj, w Polsce. […] Polacy i Australijczycy walczyli razem w obronie Tobruku przed wojskami Rommla i zawsze ceniłem Polaków zachowujących swą narodową godność wbrew trwającym od wieków agresjom ze strony kolejnych sąsiadów. Teraz to właśnie Polacy mogą wyprowadzić świat geologów z największego zalewu błędnej koncepcji ostatnich dwóch wieków.” (S. Warren Carey, „Przegląd Geologiczny” z 1995 r., cytat za „Wikipedią”).

KONSEKWENCJE

Może warto się teraz, na koniec, zastanowić, co będzie oznaczać przyjęcie tej teorii. Wcześnie czy później pojawią się następujące pytania: Czy wszystkie planety rosną? Czy Ziemia kiedyś będzie tak wielka jak np. Jowisz? Czy planety mają daną wielkość tylko dlatego, że obserwujemy je akurat w takim stadium ewolucji? Czy ewolucja układu słonecznego wyglądała zupełnie inaczej niż przypuszczaliśmy?

Kiedyś należałoby też dokładnie objaśnić inne kwestie. Czy kiedyś Ziemia obracała się szybciej, skoro była mniejsza (wiemy poniekąd, że kiedyś obracała się szybciej, ale odpowiedzialnością za spowalnianie obarcza się wywoływane przez księżyc prądy morskie). W jaki sposób i dlaczego zwiększyła się objętość wód oceanu światowego?

Te problemy robią wrażenie łatwych do rozwikłania w porównaniu z tymi które miała teoria dryftu kontynentalnego. Jednak, przede wszystkim należałoby naukowo udowodnić to, jak dochodzi do „produkcji” dodatkowej masy w środku naszej planety. Czy rzeczywiście chodzi tutaj o kreację par? Czy też może istnieje jakieś inne prawo fizyczne, którego jeszcze nie znamy? Czy wyjaśni to fizyka kwantowa? Czy to może mieć jakiś związek z tzw ciemną materią i ciemną energią? Może nasza planeta jest Gają – żywą istotą, jak sugeruje J. Lovelock (1979). Nic dziwnego, że rośnie, w końcu jest to własnością życia jako takiego.
Obecnie jesteśmy na progu wejścia w nowy paradygmat. Jedną z oznak tego przejścia będzie także zmiana spojrzenia naszą planetę, która (wszystko na to wskazuje) jest, o wiele bardziej dynamiczna niż się tego spodziewaliśmy. Nie ulega wątpliwości, że to radykalnie zmienia także obraz całego naszego wszechświata, w którym dane nam przyszło żyć.

Już zupełnie na koniec polecam najlepszy moim zdaniem film prezentujący nasz temat. Będzie to doskonała kropka nad i. Koniecznie obejrzyjcie:

Autorstwo: Tomasz J. Niemiec
Źródło: Nautilus.org.pl

BIBLIOGRAFIA

1. S. W. Carey, „Expanding Earth”, Elsevier, Amsterdam, 1976.

2. James Maxlow, „Terra non Firma Earth: Plate Tectonics is a Myth”.

3. James Maxlow, „On the Origin of Continents and Oceans: A Paradigm Shift in Understanding”, 2014.

4. Stephen Hurrell, „Dinosaurs and the Expanding Earth: Solving the Mystery of the Dinosaurs’ Gigantic Size”.

5. Hans-Joachim Zillmer, „Mistake Earth Science: Expanding Earth Versus Plate Tectonics – Primeval Times Happened Yesterday”.

6. James Lovelock, „Gaia. A new look at life on earth”, Oxford University Press, 1979.

7. Stefan Cwojdziński, „Dokąd zmierza geotektonika?”, Kraków 1989, http://od.pgi.gov.pl/pdf/ekspansja/dokad_zmierza_tektonika.pdf

8. Marek. W. Lorenc i Paweł. P. Zagożdżon, „Garnek wrzącej zupy”, „Wiedza i Życie” nr 12/2000, http://archiwum.wiz.pl/2000/00124000.asp

9. Jan Koziar, „Ekspansja Ziemi a tektonika płyt – I. Dowody ekspansji Ziemi”, Wrocław 2009, http://ns3.za11.pl/koziar/wyklady/

10. Stefan Cwojdziński, „Ekspansja Ziemi – teoria alternatywna w stosunku do tektoniki płyt”, Wrocław, 2004, http://ns3.za11.pl/koziar/wyklady/SC2004.pdf

11. Strona Państwowego Instytutu Geologicznego: http://od.pgi.gov.pl/ekspansja.htm

12. http://web.archive.org/web/20131101053555/http://geoinfo.amu.edu.pl/wngig/ig/UAM_Mineral/Muszynski/Dowody%20EZ.pdf

13. http://www.xearththeory.com

14. http://www.xearththeory.com/product/dinosaurs-and-the-expanding-earth/

15. http://www.dinox.org/expandingearth.html

16. http://www.jamesmaxlow.com

17. https://wolnemedia.net/teoria-rozszerzajacej-sie-ziemi/

18. http://www.expansiontectonics.com/index1.html

19. http://www.dinosaurtheory.com/big_dinosaur.html

20. http://mgafrica.com/article/2015-03-31-bye-bye-east-africa-the-african-plate-is-splitting-in-two

21. https://pl.wikipedia.org/wiki/Hipoteza_ekspandującej_Ziemi

22. https://pl.wikipedia.org/wiki/Samuel_Warren_Carey

23. https://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Koziar

24. https://pl.wikipedia.org/wiki/Teoria_Wegenera

25. http://www.kontestator.eu/rozszerzajaca-sie-ziemia-–-ostateczny-dowod.html

26. http://www.kontestator.eu/teoria-rozszerzajacej-sie-ziemi.html?iPageContent=4

27. http://www.paranormalne.pl/topic/15876-teoria-ekspandujacej-ziemi/

FILMOGRAFIA

1. Neal Adams, „Science”, https://www.youtube.com/playlist?list=PLOdOXoiGTICLdHklMhj9Al8G-1ZLXGEP2

2. „Expanding Earth”, https://www.youtube.com/watch?v=7kL7qDeI05U

3. Neal Adams, „Science: 01 – Conspiracy: Earth is Growing!”, https://www.youtube.com/watch?v=oJfBSc6e7QQ&index=1&list=PL5A1097F4E958728D

4. Neal Adams, „Science: 02 – Conspiracy: The Moon is Growing!”, https://www.youtube.com/watch?v=tBT8KyWVxj8

5. „Pangea Theory Proven Wrong!”, https://www.youtube.com/watch?v=Iqj5T53NjxQ

6. „The Secret of The Earth – Plate Tectonics vs Expanding Earth”, https://www.youtube.com/watch?v=tiCMFzpMnZM

7. „Expanding-Earth Conclusive Geometric Proof”, https://www.youtube.com/watch?v=bNhCWasoxLw

8. James Maxlow, „The Expanding Earth”, https://www.youtube.com/watch?v=dy-b8M_nOcw

9. Neal Adams, „The Growing Earth”, https://www.youtube.com/watch?v=5ZC22-IU7qI

TAGI: , , ,

OD ADMINISTRATORA PORTALU: Hej! Cieszę się, że odwiedziłeś naszą stronę! Naprawdę! Jeśli zależy Ci na dalszym rozpowszechnianiu niezależnych informacji, ujawnianiu tego co przemilczane, niewygodne lub ukrywane, możesz dołożyć swoją cegiełkę i wesprzeć "Wolne Media" finansowo. Darowizna jest też pewną formą „pozytywnej energii” – podziękowaniem za wiedzę, którą tutaj zdobywasz. Media obywatelskie, jak nasz portal, nie mają dochodów z prenumerat ani nie są sponsorowane przez bogate korporacje by realizowały ich ukryte cele. Musimy radzić sobie sami. Jak możesz pomóc? Dowiesz się TUTAJ. Z góry dziękuję za wsparcie i nieobojętność!

Poglądy wyrażane przez autorów i komentujących użytkowników są ich prywatnymi poglądami i nie muszą odzwierciedlać poglądów administracji "Wolnych Mediów". Jeżeli materiał narusza Twoje prawa autorskie, przeczytaj informacje dostępne tutaj, a następnie (jeśli wciąż tak uważasz) skontaktuj się z nami! Jeśli artykuł lub komentarz łamie prawo lub regulamin, powiadom nas o tym formularzem kontaktowym.

39 komentarzy

  1. forest 30.09.2017 20:17

    ale artykuł. „Wow!” :)

  2. maciek 30.09.2017 22:29

    no niezły. Ja do tej pory myślałem, że tylko moja wątroba się rozszerza i wszechświat, a tu się okazuje, że wszystko :)

    A tak na marginesie. Czy rozszerzanie naszej planety wiąże się z przybieraniem masy? Bo skąd ta większa grawitacja?

  3. Maurycy Hawranek 01.10.2017 08:53

    Dla tych co nie mają czasu czytać artykułu.

    Animowana teoria dryfu kontynentów

    Animowana teoria rosnącej Ziemi:

    Wszystkie elementy układanek o do siebie pasują, a teoria dryfu kontynentów wydaje mi się teraz wyjątkowo zagmatwana w porównaniu do eleganckiej i prostej teorii rosnącej Ziemi. Czytałem wcześniej o tej teorii, ale dopiero animacja mnie przekonała.

    1 minuta na porównanie obu filmików, oraz 3 godziny pracy nad dodaniem artykułu (a i tak trzeba by poświęcić trochę czasu na kosmetyczne poprawki), uważam za najlepiej zmarnowany (a raczej niezmarnowany) czas w moim życiu.

    Zastanawia mnie natomiast, dlaczego tak mało osób komentuje tak rewelacyjną treść? Czyżby prawie wszystkich ZATKAŁO z wrażenia?

  4. marioelche 01.10.2017 11:14

    Nic dziwnego, że mało komentarzy. Ta teoria wywraca do góry nogami wszystko, czego nas dotychczas uczono. Wymaga uważnego przeczytania i poukładania sobie tego w głowie. Może by tak admin przytrzymał artykuł nieco dłużej na pierwszej stronie. Inaczej utonie on w powodzi newsów (skądinąd ważnych) o polityce, szczepionkach czy ufo i publicznej dyskusji nie będzie..

  5. Admin WM 01.10.2017 11:35

    Dodałem tag „Teoria rosnącej Ziemi” do „Ważne artykuły” na głównej.

  6. maciek 01.10.2017 15:12

    no w dalszym ciągu nie rozumiem dlaczego rozciągnięta materia miałaby mieć większą grawitację?

  7. Atos 01.10.2017 15:36

    Temat trochę SF. Ale kto wie.

    Z najnowszego raportu NASA wynika, że suma opadów w 2010 i w kilku tygodniach 2011 była tak duża, że poziom wody w oceanach spadł poraz pierwszy w historii prowadzenia takich obserwacji. Odkrycie jest szokujące bo zaprzecza powszechnie obowiązującemu aksjomatowi o wzroście poziomu oceanów.
    Rok 2010 był jednym z najgorszych w historii jeśli chodzi o wielkie powodzie ale pierwsze tygodnie 2011 spowodowały przekroczenie tej wartości czyniąc ten rok całkowicie wyjątkowym.

    Nikt nie wie co to spowodowało. Najwygodniej jest obarczyć winą uwalniane do atmosfery paliwa kopalne spalane w przemyśle, motoryzacji i lotnictwie. Według zwolenników tej teorii klimat zmienia się z powodu jak to obliczono trzem milionom ton spalin emitowanych do atmosfery w każdej godzinie.

    Poziom mórz i oceanów stale rósł w ciągu ostatniego stulecia. Wszędzie w mediach słyszymy, że oceany robią cię coraz gorętsze, woda wnika w niżej położone regiony a pokrywy lodowe roztapiają się grożąc zalaniem sporych obszarów.

    Jak pokazuje wykres z NASA na przestrzeni ostatnich 16 lat poziom oceanu ulegał fluktuacjom czyli raz rósł a raz spadał ale nigdy nie zanotowano tak zauważalnego globalnego spadku jak w 2010 roku. Obniżenie poziomu wody o 6 milimetrów to nie są żarty i należy zadać pytanie gdzie podziała się ta woda.

    Odpowiedź na to pytanie jest kluczowa dla zrozumienia co się tak naprawdę dzieje. Niewątpliwie musiało do tego dojść w wyniku jakichś zaburzeń cyrkulacji termohalinowej. Przypomnę o wielkich anomaliach w porze monsunowej, które zatopiły Pakistan, Indie, Tajlandie i wiele wiele innych krajów. Na początku roku zmagaliśy się z apokaliptyczną powodzią w Australii gdzie rozlewiska miały po 300 km szerokości. Powodzie w Polsce w 2010 również miały ogromne rozmiary.

    Nie trzeba być Einsteinem aby zrozumieć, że coś tu nie gra. Ilość wody w atmosferze i na Ziemi powinna się bilansować co zatem spowodowało ten ogromny ubytek albo po prostu, gdzie do cholery podziała się ta woda?
    Naukowcy twierdzą, że winny może być fenomen La Nina, który zmienił wzorce pogodowe. Na poniższej mapce na niebiesko zaznaczono obszary, które zyskały najwiecej wody. Te ciemno niebieskie części mapy oznaczają przybór wody o 50 mm rocznie. To ogromna ilość. Miejsca te były również najbardziej dotkniętymi przez wielkie powodzie.
    W 2010 roku było w sumie 182 powodzie które dotknęly 180 milionów ludzi na świecie. To ponad podwójna wielkość niż średnioroczna ilosć takich zjawisk w ostatniej dekadzie.

    Jeden z głównych klimatologów zatrudnianych przez NASA, James Hansen zapytany, czy efekt ten mógl spowodować deutlenek węgla odparł bez zastanowienia, że prawie na pewno nie. Co zatem dzieje się z klimatem na Ziemi i jaki jest czynnik sprawczy tych szokujących zmian? Jedno jest pewne, obserwujemy skutki ale naukowcy nie mają pojęcia co jest ich prawdziwą przyczyną. Można powiedzieć, że dysputy świata nauki toną w spekulacjach a ludzie na całym świecie w strugach anomalnych zachowań pogodowych.

    Jest jeszcze jeden ważny aspekt. Skoro poziom oceanów spadł o 6mm to dlaczego zalewa obszary przybrzeżne i wyspy na Pacyfiku? Jedyny rozsądny wniosek jest taki, że obszary te nie są wcale zalewane tylko toną, czyli obniża się ich poziom względem poziomu mórz.

    Źródło:  http://www.jpl.nasa.gov/news/news.cfm?release=2011-262
    To pasuje do rozszerzającej się Ziemi. Woda się nigdzie nie podziała, po prostu Ziemia „spuchła”, co spowodowało miejscowe (kontynentalne) tonięcie – a raczej zapadanie się – pewnych lądów, a z drugiej strony  rozłożenie sie masy wody na większej powierzchni, czyli ten spadek poziomu oceanów o 6 mm – przy tej samej ilości wody. I to pomimo ,że lód na biegunach się rozpuszcza plus lodowce. Jeśli wody przybywa ,a mimo to, poziom oceanów opada, to znaczy, że Ziemia zwiększa objętość po prostu.  

  8. Vetinari 01.10.2017 19:35

    Teoria ciekawa, aczkolwiek są dziury które trzeba by uzupełnić…

    Pierwsze co mi wpadło na myśl, to stosunek grawitacji. Przy założeniu, że Ziemia powiększa swoją objętość, w tym masę, i że księżyc robi to samo… Zwyczajnie siła wzajemnego oddziaływania powinna się zwiększać, zagrażając nawet ewentualną kolizją lub wybiciem naszej satelity z orbity. Nie chce mi się teraz zagłębiać w precyzyjne obliczenia matematyczne, natomiast wiemy, że właśnie księżyc stale się oddala od naszej planety – w okresie który uznaje się tutaj za czas jednego globalnego kontynentu bez masywów wodnych był 2-krotnie bliżej niż obecnie, a świecił nawet 15 krotnie jaśniej, a wg. wszelkich prognoz będzie się oddalał coraz bardziej stopniowo, co nie powinno zachodzić bez łamania podstawowej definicji grawitacji właśnie. Idąc dalej tym tropem, zachwiałoby to balans całego układu słonecznego. Wiele ciał niebieskich, jak komety i planetoidy porusza się po stałych orbitach. Tak, jak zauważa się z bombardowaniem księżyca, zgadza się, że okresem bardzo turbulentnym jest ok. 500 milionów lat od powstania układu gwiezdnego podobnego do naszego – w tym czasie wszelka materia w okolicy dryfuje i będąc ściąganą lub rozrywaną za pomocą grawitacji uzyskuje stopniowo stabilizację orbitalną, wcześniej bombardowania materii są po prostu zbyt wielkie by życie miało szansę powstać. Przy stworzeniu modelu dodawania materii rozszczepionym światłem, taki proces prawdopodobnie trwałby cały czas, bo planety z większą masą dalej przyciągałyby kolejne ciała niebieskie – przykładowo pas planetoid pomiędzy Jowiszem i Marsem przestałby całkiem istnieć po nie aż tak długim czasie, z racji działania sił wektorowych, zderzałyby się ze sobą oraz były wybijane z orbity niemal w porządku dziennym ( w kosmicznej skali ), podczas gdy obserwacje przynajmniej kilkusetletnie nie wykazały żadnych zmian w tym rejonie.

    I kolejna sprawa, wietrzenie gór. Jest to akurat dość pospolita teza, i nieco trudniejsza do obalenia, bo mamy jej namacalne dowody. Jeżeli tak, jak na tej symulacji, Himalaje pozostałyby niezmienne przez setki milionów lat, zwyczajnie byłyby znacznie niższe, a pod nimi mielibyśmy stertę gruzu i odłamków skalnych, różnice wieku geologicznego między nimi a takim, dajmy na to, Uralem, też nie podlegają dyskusji… Chyba, że autor zakłada inny rodzaj oddziaływań wypiętrzających masywy – jakieś zamknięte intruzje magmowe, ruchy izostatyczne itp. , ale wręcz sam autor w filmiku im zaprzeczył. Czyżby sugerował pozytrony piętrzące się w jakiś magiczny sposób w jednych miejscach a w innych nie? Nie brzmi to logiczniej od obecnych ustaleń „mainstreamowej” nauki obawiam się.

    No i trzecia sprawa, sama materia. Owszem, zjawisko takie jak tworzenie materii z fotonów może zachodzić, co nie zmienia faktu, że z chemicznego punktu widzenia nadal jest to podstawowa materia. Wnętrze planety nie ma warunków do tworzenia skomplikowanych cząsteczek – do tego potrzeba śmierci gwiazd – i to, jak się okazuje, wielokrotnych. Jądro naszej planety złożone jest w większości z płynnego żelaza – które przy okazji zapewnia nam miłą tarczę magnetyczną chroniącą przed promieniowaniem, ale które nie ma szans powstania ot tak. Pierwsze gwiazdy z tych cząstek wczesnej materii powstawały z samego wodoru, za pomocą fuzji stworzyły hel, który dalej był syntezowany w cięższe pierwiastki, ale np. węgiel, podstawowy budulec życia organicznego może powstać najwcześniej w gwiazdach tzw. drugiej generacji, czyli takich, które powstały z materii będącej pozostałościami wcześniejszych gwiazd które umarły „śmiercią naturalną”. Z metalami ciężkimi jest jeszcze później i wymagają bardziej skomplikowanych procesów z późniejszych gwiazd w całym cyklu. Więc bez źródła ich konwersji, wnętrze naszej planety byłoby wypełnione bardzo prostymi gazami, o ile wgl. postać pierwiastkowa zostałaby osiągnięta. Chyba, że ponownie mamy pobożne życzenia bezpośredniej konwersji światła w wodę by pasowało nam do teorii.

    Ale i tak, pomimo krytyki pozdrawiam, artykuł ciekawy i dający do myślenia, przestrzegam tylko przed „myśleniem” że doszliśmy w końcu do prawdy ostatecznej, bo historia nauki pokazuje nam jedynie, że wiemy, iż nic nie wiemy ;) Należy utrzymać umysł wolny na nowe sugestie, inaczej narażamy się na więcej, że tak to ujmę, kultów w stylu płaskoziemskości. Szkoda tylko, że system edukacji wbija „prawdę oświeconą” do młodych umysłów zamiast trzeźwego myślenia.

  9. MakSym 01.10.2017 21:23

    @Vetinari

    Odnośnie akapitu „No i trzecia sprawa…”
    Model wnętrza naszej planety według oficjalnej nauki to takie sobie, mało składne gdybanie – czytałem o kilku, znacznie lepszych.
    Samo jądro Ziemi to prawdopodobnie superciężkie, radioaktywne pierwiastki tworzące kilkusetkilometrową „kulkę”.
    Jest też całkiem prawdopodobne, że wewnątrz świeci mikroskopijne „słoneczko”. Możliwe też, że „słoneczko” zasilane jest nie tylko odkrytym w tym badaniu https://www.wprost.pl/80282/Reaktor-Ziemia uranem i torem ale przede wszystkim nieodkrytymi jeszcze, postulowanymi, superciężkimi pierwiastkami z „wyspy stabilności” w okolicach mas atomowych 120 i większych.
    Wtedy radioaktywny tor i uran mogły by być produktami ich rozpadu.

    Nad oficjalnymi teoriami kosmologicznymi dotyczącymi powstawania, istnienia i śmierci gwiazd nawet nie warto się znęcać, skoro od kilkudziesięciu lat do tępawych łbów oficjalnej nauki nie może dotrzeć model elektrycznego wszechświata – prosty, logiczny i działający.

  10. Hassasin 01.10.2017 22:02

    Przykład wielkich owadów jest lekko ,,nieszczęśliwy,,, Chodzi o wydajność aparatu oddechowego owadów, który jako prymitywny ma swoje ograniczenia czego dowodem pośrednim są obecne owady. Są mniejsze dlatego ze ilość tlenu w powietrzu jest mniejsza i spadła z 30 % do 21%.

  11. Maximov 02.10.2017 08:39

    Faktycznie stawia na głowie to, czego mnie w szkole uczyli.
    Do mnie to trafia, chociaż stawia mnóstwo pytań jak to dokładnie przebiega.
    Zobaczymy, jak to będzie wyglądać za kilka lat.
    Brawo, Maurycy!
    Więcej takich tekstów.

  12. Pires 05.10.2017 00:05

    Bardzo ciekawa teoria i muszę przyznać, że przekonująca. Jak napisał marioelche 01.10.2017 11:14 „Ta teoria wywraca do góry nogami wszystko, czego nas dotychczas uczono. Wymaga uważnego przeczytania i poukładania sobie tego w głowie”.
    Ja próbuję sobie to poukładać od kilku lat i jestem pewien jednego, że prawdy nam nie mówią. Zastanawia mnie kształt Ziemi i odległość Ziemi od Słońca. Wg TPZ Słońce znajduje się zaledwie kilkadziesiąt kilometrów nad ziemią, chyba ok. 50 km, a nie jak twierdzą naukowcy 150 000 000 km od niej. Zastanówcie się wszyscy chwilę nad tym co napiszę. Średnica Ziemi to ok 13 000 km czyli Słońce znajduje się od niej w odległości ok 11500 takich średnic. To tak jakbyście wzięli sobie kuleczkę z łożyska rowerowego, położyli ją na podłodze w jakiejś kamienicy bo tam sufity zazwyczaj są wyżej i włączyli żarówkę. Tak mniej więcej wyglądają proporcje. Pytanie jakiej wielkości będzie cień przedmiotu zawieszonego milimetr nad podłogą? Zapewne prawie identycznej co wielkość tego przedmiotu. Oczywiście będzie większy, ale dla nas to nie będzie zauważalne. Dlaczego zatem mała chmurka rzuca duży cień? Przecież ona znajduje się kilkaset metrów nad ziemią oddaloną od Słońca o ok 150mln km!!! Promienie słoneczne padające na Ziemię powinny być do siebie niemal równoległe, a czy widzieliście kiedyś promienie rozchodzące się na boki jak Słońce próbuje się przebić przez chmury? Jestem pewien, że tak. Jakby poprowadzić proste wzdłuż promieni to zetknęły by się niewiele nad Ziemią, a to dowodzi, że Słońce znajduje się znacznie bliżej niż nam wmawiają. możecie to sami zaobserwować do czego Was zachęcam. Kolejną ciekawostką jest to, że przy odpowiednim zbliżeniu widać np budowle, które z pewnej odległości nie mogłyby być widoczne ze względu na krzywiznę Ziemi. Próbując sobie to poukładać zastanawiała mnie jeszcze jedna kwestia. Dlaczego Ziemia się nie spali? Jak wiadomo wszystko w naturze jest pewnego rodzaju energią która krąży i zmienia postać. Rośliny np potrzebują do życia wody i światła słonecznego. Jak wysuszymy drzewo, czyli pozbędziemy się wody to ono nie zniknie. Skąd zatem wzięła się ta masa, która pozostała? Być może z tej energii słonecznej, która tu dotarła i już została. Podobno w kosmosie jest zimno bo jest próżnia, tzn promienie słoneczne nie mają czego nagrzać. Lecą dotąd aż natrafią na jakiś obiekt. Czyli jak trafią na Ziemię to ją ogrzeją. Co więc ją schładza? Wyobraźcie sobie kurczaka na rożnie. Co chwilę się obraca, ale gdy jedna strona jest nagrzewana to druga nie stygnie. Gdy Ziemia się obraca to po jednej stronie jest dzień a po drugiej noc. Powietrze nagrzane w dzień powinno być jeszcze ciepłe w nocy, a następnego dnia jeszcze cieplejsze bo przecież Słońce świeci cały czas. Krótko mówiąc z czasem powinniśmy się spalić, chyba że ta energia się w coś zamieni.
    Trudno sobie wyobrazić, żeby Ziemia była płaska, ale trudno też wytłumaczyć te widziane za krzywizną budowle. Teoria ekspansji Ziemi łączy to wszystko w całość, gdy dodamy do niej jeszcze jedną, bardzo ważną. Podobno też Ziemia jest znacznie młodsza i ma zaledwie kilka tysięcy lat, a nie kilka miliardów jak twierdzą naukowcy. Gdyby była stara to ekspansja byłaby dla nas niezauważalna.
    Dochodzę do wniosku, że Ziemia jest młodą planetą w kształcie kuli i się rozszerza, ale znacznie szybciej z tego powodu, że jest młodsza niż sądzimy. To by oznaczało, że zmiany dokonują się na naszych oczach co tłumaczy z kolei widzenie budynków za krzywizną. Skoro dużo szybciej się rozszerza tzn, że szybciej się spłaszcza jej powierzchnia, a jej średnica jest już większa przez co należałoby uwzględnić to przy obliczaniu czy możliwe jest zobaczenie danego obiektu z pewnej odległości. Jaj już pisałem prawdy nam nie mówią. Jeśli Ziemia rzeczywiście się rozszerza i nas w tej kwestii oszukują, to pewnie oszukują nas mówiąc, że ma ok 4,5mld lat i że Słońce znajduje się tak daleko. Moim zdaniem jest znacznie bliżej, a Ziemia rośnie pochłaniając jego energię. Być może nawet przez te chemtrailsy proces przyspieszył i stąd te wszechobecne kataklizmy tj trzęsienia ziemi, powodzie, huragany, czy nawet tzw „sinkhole” czyli ogromne dziury w ziemi. Ten temat mnie interesuje od dawna i chciałbym kiedyś poznać prawdę.

  13. Atos 05.10.2017 00:18
  14. W. 05.10.2017 09:42

    @Atos

    Z twojego linka wynika, że niejaka Stefania (autorka tekstu) nie zgłębiła tematu teorii rosnącej Ziemi i nie ma o niej żadnej wiedzy. W artykule pisze, że teorię rosnącej Ziemi wymyślił w 2005 roku Marvin Herndon, który „przedstawił zręby swojego założenia nazywanego „dynamiką dekompresji całej ziemi” twierdząc, że jest to założenie łączące w sobie naukę na temat płyt tektonicznych, z rozszerzeniem się ziemi”.

    To nieprawda, bo teorię ogłoszono w 1933 r. a hipoteza Marvina Herndona jest tak istotna dla teorii rosnącej Ziemi, że w powyższym artykule nawet nie pojawia się jego nazwisko. Możliwe, że w 2005 r. zaproponował swoje wyjaśnienie dla teorii rosnącej Ziemi, a autorka-dyletantka uznała, że na jego hipotezie bazuje cała teoria. Niby pisze o teorii rosnącej Ziemi, a nie napisała ani słowa o Otto C. Hilgenbergu i jego teorii. Więc nie rozumiem, czego ma dowodzić Twój link do tej amatorszczyzny?

    Autorka nie zna teorii rosnącej Ziemi, ale chciała ją obśmiać, bo sama nazwa teorii brzmi śmiesznie i nieprawdopodobnie. Pewnie nawet nie widziała jej w animacji.

  15. Maximov 05.10.2017 09:52

    @Pires
    To może odśwież sobie wiedzę z optyki?
    Wiele rzeczy się wówczas wyjaśni, np. Twoje „małe” chmury, które w rzeczywistości są dość daleko i wcale nie są takie małe.
    Co do energii słonecznej i spalenia Ziemi :) to tu masz więcej szczegółów.
    http://geografia.na6.pl/bilans-cieplny-ziemi

  16. Admin WM 05.10.2017 09:59

    Myślę, że to najważniejszy artykuł opublikowany w tym roku, nawet jeśli cieszy się małym zainteresowaniem, dlatego dodałem banner na stronie głównej żeby więcej osób mogło się z nim zapoznać i wyciągnąć własne zdanie.

    Odmłodziłem datę publikacji artykułu, by więcej osób mogło go skomentować.

  17. Piotr Piekarczyk 05.10.2017 10:59

    Rzeczy zawarte w tym artykule są tak „rewolucyjne”, że nawet gdyby możni tego świata oświadczyli że chemitrials i HARP są odpowiedzialne za drastyczne zmiany pogodowe, to było by to niczym w porównaniu do przyjęcia tej teorii jako obowiązującej. Toż był by to drugi przewrót kopernikański! Nieukrywam, że nazwiska polskich naukowców oraz ich artykuły na oficjalnych stronach uczelni dodatkowo wzmacniają prawdziwość przekazu. Co więcej, spora ilość ciekawych komentarzy na stronie nautilus.org.pl skąd pochodzi artykuł, oraz masa lektury uzupełniającej podanej w artykule sprawi, że w najbliższym czasie nie będę narzekać na nudę w wolnym czasie a tu jeszcze czekają teorie Immanuela Velikovskiego z jego elektromagnetycznym wszechświatem. Robi się doprawdy ciekawie.

  18. Atos 05.10.2017 11:02

    @W. Nie interesuje mnie ten temat, lecz jeżeli chcesz szczegółów.
    Ziemia jako młoda planeta była znacznie mniejsza niż obecnie. Wielkością przypominała Merkurego – jedną z najmniejszych planet naszego Układu Słonecznego i dopiero potem urosła do dzisiejszych rozmiarów. Pierwotny promień kuli ziemskiej w ciągu ostatniego 1,5 mld lat zwiększył się ponad trzykrotnie. Początkowo liczył około 2000 km, w okresie jurajskim 200 mln lat temu – doszedł do 3768 km, a obecnie ma 6370 km. Współcześnie wydłuża się o około 2 cm rocznie – głosi teoria ekspansji Ziemi. 
    Hipoteza ekspansji Ziemi, według której nasza planeta „puchnie” jak nadmuchiwany balonik sformułowana została jeszcze pod koniec XIX w. przez Jana Jarkowskiego – polskiego inżyniera pracującego w Rosji. Rozwijana była później m.in. przez Otto Hilgenberga i Samuela Carreya. Zwolennikiem tej teorii był też Bruce Heezen – współodkrywca dolin ryftowych w obrębie grzbietów śródoceanicznych. Idea rozszerzającej się Ziemi – choć sprzeczna z obecnie obowiązującą teorią globalnej tektoniki płyt – budzi coraz większe zainteresowanie i zyskuje zwolenników na całym świecie. Badania nad teorią ekspansji Ziemi rozwijane są m.in. w Australii, Nowej Zelandii, USA, Rosji, Niemczech. W Polsce takie prace prowadzone są we wrocławskim środowisku geologicznym – zwłaszcza przez Jana Koziara z Uniwersytetu Wrocławskiego oraz Stefana Cwojdzińskiego. Jan Koziar – najwybitniejszy dziś polski ekspansjonista, opracował większość globalnych zagadnień związanych z tą teorią. Wykładane są one w ramach specjalnego seminarium uniwersyteckiego. 
    Kontrowersyjna – zdaniem wielu badaczy – teoria ekspansji Ziemi pozwala jednak wyjaśnić wiele zagadek z przeszłości naszej planety. Coraz więcej danych wskazuje, że ekspansja Ziemi jest procesem realnym, który decydował o przebiegu ewolucji tektonicznej planety – mówi dr Stefan Cwojdziński z Dolnośląskiego Oddziału Państwowego Instytutu Geologicznego we Wrocławiu. 
    Badania geofizyczne, geologiczne, hydrogeologiczne i geochemiczne dostarczyły w ostatnich latach nowych dowodów rozszerzania się Ziemi. Nasza planeta wyraźnie puchnie, przy czym skorupa ziemska rozrasta się dziś aktywnie pod dnem oceanów, a wielkie masywy lądowe stopniowo oddalają się od siebie. Rozpoznano cały system wielkich rowów – spękań skorupy ziemskiej. Niektóre powstały przed milionami lat, inne tworzą się w chwili obecnej. 
    Na przełomie wczesnej i środkowej ery proteozoicznej, około 1,6 mld lat temu, promień Ziemi był znacznie mniejszy od obecnego, a istniejące dziś wielkie płyty kontynentalne znajdowały się blisko siebie, tworząc jej ciągłą, zewnętrzną sferę. Cała planeta była niemal jednym kontynentem – płytkie morza zajmowały znaczne obszary, nie istniały jednak żadne oceany. Około 1,5 mld lat temu ten wielki ląd popękał, a poszczególne jego fragmenty zaczęły się odsuwać od siebie. W szczelinach pojawiły się pierwsze fragmenty oceanicznej skorupy. W erze mezozoicznej po raz pierwszy powstały wielkie zapadliska oceaniczne – Atlantyku, Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego, które aktywnie rozszerzają się także dzisiaj. Pacyfik rozszerza się we wszystkich kierunkach – podobnie jak pozostałe oceany. 
    Teoria ekspansji Ziemi wyjaśnia pozornie paradoksalne zjawisko. Kontynent amerykański „odpływa” na zachód, oddalając się od Afryki i Europy. Powiększa się Atlantyk, ale jednocześnie nie zmniejsza się Pacyfik. Zwraca uwagę usytuowanie Afryki wokół okalających ją ze wszystkich stron oceanicznych dolin ryftowych, gdzie powstaje nowa skorupa oceaniczna rozprzestrzeniająca się obecnie w obie strony od osi doliny. Mało tego, sama Afryka jest wyraźnie rozciągana i rozrywana – czego dowodem może być system rowów wschodnio-afrykańskich, będących zaczątkiem przyszłego oceanu. Także basen Morza Śródziemnego stanowi młodą strukturę powstałą z rozrywania. Tym samym ewidentne jest radialne rozrastanie się obszarów oceanicznych wokół Afryki, co zaprzecza modelowi przyjętemu przez teorię tektoniki płyt – tłumaczy dr Cwojdziński
    Na powierzchni oceanów znajdują się tzw. plamy gorąca (hot spots). Są one wylotami rozgrzanej materii – zwanymi pióropuszami płaszcza (mantle plums) – wznoszącej się z płaszcza Ziemi. Stwierdzono, że odległości między plamami gorąca stopniowo się zwiększają, podczas gdy ich zakorzenienie w płaszczu Ziemi jest stabilne. Tego paradoksu nie da się wytłumaczyć inaczej niż teorią ekspansji Ziemi. 
    Wraz z rozszerzaniem oceanów przybywa w nich wody. W ostatnich latach odkryto wiele smokersów – szczelin i otworów w dnie oceanicznym, którymi wypływa z wnętrza Ziemi gorąca i silnie zmineralizowana woda. Jest to efekt procesów degazacji zachodzących we wnętrzu Ziemi. Prawie 58% objętości gazów wulkanicznych stanowi para wodna wydostająca się stamtąd. 

  19. Atos 05.10.2017 11:26

    Nie mam przekonania do tej teorii, może jest prawdziwa, nie mniej jednak mam kilka wątpliwości. Przede wszystkim ta kreacja masy. W jakich warunkach następuje, czy i w jakim stopniu występuje i innych obiektach. Jakie pierwiastki powstają i w jakich ilościach.
    Cały problem polega na tym, że zwolennicy teorii ekspansji ziemi zaczynają snuć wnioski z obserwacji skutków, pomijając przyczynę. Innymi słowy, od du…strony  Tak trochę wyolbrzymiając może, ale dawni ludzie obserwując „skutek” krzywizny ziemi wyciągnęli „wniosek” że ziemia jest płaska. Logiczne było, że jeśli horyzont się kończy, to dalej już nic nie ma. Tutaj jest trochę podobnie. Naukowcy patrzą na pewien skutek i próbują go wytłumaczyć na logiczny sposób, ale „nie płynąć ku horyzontowi”. I cały problem właśnie jak zrobimy reverse engineering ekspandującej ziemi, bo się okaże, że takie coś jest po prostu nie możliwe. Nauka zna całą masę podobnych teorii, które logicznie tłumaczyły obserwację, ale były guzik warte. 
    Nie wiem jak do Ciebie, ale do mnie nadal ta teoria nie przemawia. Problem masy jest tutaj kluczowy i bez rozwiązania tej zagadki, nie ma takiej możliwości po prostu.

    Nie istnieją żadne dowody obserwacyjne potwierdzające rozszerzanie się Ziemi. W ciągu ostatnich parudziesięciu lat, od kiedy pomiary promienia Ziemi wykonywane są przez satelitarne misje geofizyczne, zaobserwowany wzrost promienia powinien był przekroczyć jeden metr, co przewyższa wielokrotnie precyzję pomiarów GPS. Również jeden z głównych argumentów zwolenników tej teorii – brak obszarów, w których skorupa ziemska ulega zniszczeniu – nie jest obecnie powszechnie uznawany przez społeczność naukową. Powszechnie przyjmuje się, że skorupa oceaniczna zostaje wciągnięta do płaszcza Ziemi w strefach subdukcji, co równoważy jej powstawanie w grzbietach śródoceanicznych. Obrazowanie metodą tomografii sejsmicznej ujawnia także struktury we wnętrzu Ziemi, które można interpretować jako fragmenty pogrążonych w procesie subdukcji płyt tektonicznych.

  20. W. 05.10.2017 11:49

    „Nie wiem jak do Ciebie, ale do mnie nadal ta teoria nie przemawia. Problem masy jest tutaj kluczowy i bez rozwiązania tej zagadki, nie ma takiej możliwości po prostu.”

    To zadanie dla nauki. Naprawdę sądzisz, że już wszystko zostało odkryte i wszystko można wyjaśnić dotychczasowymi odkryciami naukowymi? Nie wierzę, by naukowcy odkryli już wszystkie prawa rządzące wszechświatem. Ta teoria to tylko drzwi dla nauki. Pytanie, czy zechce je otworzyć i zobaczyć co się za nimi kryje.

    Widzę kilka opcji wyjaśnień, począwszy od przetwarzania ciemnej materii w jasną materię w kuźni jądra planety, poprzez ciąg dalszy pojawienia się materii po Wielkim Wybuchu (kto powiedział, że zjawisko które zapoczątkowało powstanie materii we wszechświecie zakończyło się?), a skończywszy na rozciąganiu planety np. przez grawitację Słońca czy Księżyca? Trochę wyobraźni, potem badań weryfikacyjnych i może ktoś to wyjaśni?

    Teoria jest interesująca, animacja rosnącej Ziemi przekonuje mnie bardziej od animacji dryfu kontynentów, dlatego naukowcy powinni się nią zainteresować i wykonać pomiary by ją udowodnić lub obalić. Zamiast arbitralnie mówić „to niemożliwe, bo masa nie może przyrastać znikąd”, powinni najpierw dokonać badań pomiarów a potem wyciągać wnioski, a nie na odwrót.

    Puchnięcie Ziemi można chyba jakoś zmierzyć. Skoro potrafią zmierzyć tempo oddalania się kontynentów co do centymetra, to wystarczy napisać program analizujący istniejące dane i zobaczyć jakie wyjdą wyniki. To nie powinno być trudne, ale wymaga umiejętności pisania programów analitycznych i dostępu do bazy danych wyników pomiarów satelitarnych.

    Ktoś powiedział: „Ludzie czasami potykają się o prawdę, ale potem wstają, prostują się i idą dalej, jak gdyby nigdy nic się nie stało”. Tak jest z tym artykułem. To taki naukowy potykacz, którego nikt nie ma odwagi zbadać, bo nikt nie lubi zmian. Zwłaszcza naukowcy, którzy chcą wierzyć, że żyją w świecie, który rozumieją. Bo tak jest bezpieczniej dla ich samopoczucia.

  21. Atos 05.10.2017 12:00

    Moim osobistym zdaniem, posuwanie się do teorii BigBangu w tej kwestii jest troszkę ryzykowne. Z kilku bardzo istotnych powodów. Po pierwsze to na razie tylko prawdopodobna teoria, a nie wiedza. Po drugie, teoria która nawet jeśli jest prawdziwa, to jest przez nas dopiero poznana po BigBang, ale nie przed, ani podczas BigBang. Więc na razie nie można wyciągać wniosków, że masa powstała z niczego. Bo są to wnioski bardzo daleko idące i zaprzeczają dzisiejszej fizyce, która akurat w kwestii kreacji masy z niczego ma wyrobione doświadczeniem zdanie. My oczywiście znamy „kreację masy”, ale z równoważnej energii. Kreacja par pozyton – elektron przykładowo. No i właśnie, ta nieszczęsna energia. 
    Jak zapewne wiesz, w CERNIE będą teraz tak na dobrą sprawę badać, co się działo troszkę wcześniej, aniżeli moment w którym dla nas BigBang jest całkowicie zrozumiany. Niestety, najwybitniejsi astronomowie, najgenialniejsi z nich, są marzycielami i filozofami. Fizycy jądrowi są obecnie jedynymi istotami na ziemi, którzy odpowiadają na zagadnienia związane z wszechświatem i dają podwaliny do nowych teorii wszechświata.  Możliwe, że eksperymenty te za kilkanaście, może kilkadziesiąt lat dodadzą nam nowe oddziaływania, pozwolą coś więcej uogólnić, a może poznamy w końcu czym jest masa. Z tym, że to tak na prawdę nic nie zmieni  Należy zrozumieć, że to jak mówimy „Einstein obalił całą fizykę newtonowską”, nie znaczy że przestała ona funkcjonować. Znaczy tylko, że przestała się sprawdzać w innej skali zarówno takich pospolitych rozmiarów „liniowych”, ale i skali energetycznej. 

    I tu jest przysłowiowy pies pogrzebany. Bo jeśli odkryjemy coś nowego, co się nam tylko może wymarzyć teraz, to to nowe coś będzie obowiązywało w tamtej nowej skali energetycznej. Czyli ogromnej energii. A skąd taka energia i w takich ilościach mogłaby się wziąć tutaj na Ziemi? Tak dla przykładu, aby stworzyć 12 gram(!) węgla C12 potrzeba nam 6,022 * 10^23 atomów. A każdy taki węgiel składa się z neutronów, protonów i elektronów. Zastanówmy się teraz, o jak powszechnym zjawisku musielibyśmy mówić, aby wytworzyć tyle masy, ile się wytwarza na tych filmikach podczas ekspansji Ziemi. I pamiętajmy też przy tym, że jeśli kreacja masy będzie miała nadal podłoże energetyczne, wymaga to przyjęcia, że z materią powstaje równocześnie antymateria. Jest to przy okazji jedna zagadka związana z BigBang. 

  22. realista 05.10.2017 13:08

    dla mnie oczywiste jest, że planety muszą zmieniać objętość, bo są to twory odizolowane, a jednak wypromieniowujące ciepło (np. Ziemia kilkadziesiąt terawatów na sekundę!) co może znaczyć, że wewnątrz Ziemi odbywają się np. reakcje jądrowe. a to znaczy, że zmiany objętości też musiałyby istnieć, choćby z powodu innych gęstości powstałych pierwiastków. dodatkowo doba się wydłuża (w czasach dinozaurów miała nieco ponad 20 godzin). może przez Księżyc, a może przez jej rozmiar. ale czy Ziemia stale rośnie? czy to wyklucza ruch płyt tektonicznych? a może pulsuje (jak płomień w ognisku), stąd takie ruchy płyt? i stąd zmiany magnetyzmu Ziemi?
    to, że będziemy tutaj o tym dyskutować nic nie zmieni. ale naukowcy zajmują się tymi sprawami, tylko obserwacje bywają sprzeczne, a ich wytłumaczenie nie tłumaczy wszystkiego. np. mniejsza Ziemia nie oznacza mniejszej grawitacji, tylko większą, bo przy tej samej masie bierzemy kwadrat odległości od centrum. czyli odwracamy się w stronę „tworzenia masy”, ale to skutkowałoby zmianą orbity, a co za tym idzie ochłodzeniem, czy zwiększeniem przyciągania Księżyca, a ten się oddala.
    ja na razie nie widzę spójności w tych hipotezach, dlatego nie popieram żadnej. czekam na badania i przekonujące wyjaśnienia. wtedy, po analizie i przemyśleniu, mogę komentować… .. .

  23. W. 05.10.2017 13:08

    Wielki Wybuch podałem jako jedną z opcji – są w niej wątpliwości, np. dlaczego światło WSZYSTKICH galaktyk nie jest przesunięte ku czerwieni? Bo teoretycznie wszystko powinno się od siebie oddalać, a tymczasem galaktyka Andromedy zbliża się do Drogi Mlecznej i kiedyś się połączą w jedną. W myśl teorii Wielkiego Wybuchu galaktyki powinny się od siebie oddalać, a ich oddziaływanie grawitacyjne słabnąć, a nie rosnąć. Dlatego nie należy na tej teorii kończyć i zainteresować się np. teorią inflacji, czyli teorią powstania naszego wszechświata na skutek zderzenia dwóch innych wszechświatów.

    Ws. rosnącej Ziemi – po prostu trzeba otworzyć umysł i nie odrzucać jej tylko dlatego, że dziś wydaje nam się absurdalna „no bo skąd ta masa się bierze”. Jak dla mnie ta teoria rokuje duże nadzieje na wyjaśnienie wielu zagadek naukowych w prosty, elegancki sposób, ale trzeba się nią na poważnie zająć i zbadać dokonując pomiarów, analiz, a nie olewać „bo to niemożliwe”.

  24. realista 05.10.2017 13:21

    galaktyki też mogą się poruszać własnymi trajektoriami. to nie wyklucza ekspansji… .. .

  25. W. 06.10.2017 10:55

    Ta teoria ma sens tylko wtedy, gdy masa przyrasta z procesu zachodzącego wewnątrz planety. Skąd się bierze ta dodatkowa masa? Nie wiadomo – ale wiadomo, że nie odkryliśmy jeszcze wszystkich praw obowiązujących we wszechświecie, więc nie używałbym słowa „niemożliwe” (ile razy naukowcy używali tego słowa a potem się wstydzili?).

    Na razie tylko hipoteza przetwarzania ciemnej materii w jasną materię w jądrze planety ma jakiś sens.

    Ewentualnie bardzo fantastyczna opcja, na którą teraz wpadłem – kosmicznej pępowiny – tunelu podprzestrzennego (może być bardzo niewielkiego, bo zbyt duży byłby destrukcyjny) łączącego jądro Ziemi z jądrem Słońca (albo inną planetą), gdzie dochodzi do przesyłania materii?

    Niedawno w nauce pojawiła się koncepcja istnienia ciemnej materii na podstawie wyliczeń, że we wszechświecie brakuje materii, a której istnienia jeszcze nie udowodniono, a co dopiero udowadniać lub obalać bardziej śmiałą hipotezę o „pępowinie”.

    Naukowcy nie wiedzą jeszcze wielu rzeczy. A nawet jak wiedzą, często nie mają możliwości technicznych by je sprawdzić, bo nasza cywilizacja jest zbyt prymitywna technologicznie. Nauka dopiero raczkuje (mierząc w skali kosmicznej) i dodatkowo spowalniają ją naukowcy, którzy mają ograniczone umysły badawcze lub nie mają prywatnego interesu w dokonaniu zmian. Teoria rosnącej Ziemi z przyrastającą materią nie wydaje mi się niemożliwa. Dopóki ktoś nie przedstawi lepszej koncepcji (bo teoria dryfu kontynentów wydaje mi się mniej przekonująca), będę z nią sympatyzował.

  26. czesterfield 06.10.2017 15:29

    Być może coś przeoczyłem, ale dlaczego każdy zakłada, że musi występować przyrost masy?
    Może wraz ze wzrostem objętości, zmniejsza się odpowiednio gęstość wnętrza/jądra Ziemi? Przecież nie ma pewności jakie procesy tam zachodzą…
    Masa pozostaje bez zmian, wzrost objętości powoduje spadek prędkości obrotowej, a tym samym zmniejszenie siły odśrodkowej działającej na organizmy przy powierzchni, co przy zmianie objętości 2-3x znacząco wpływa na grawitację.

  27. maciek 06.10.2017 22:48

    mi chodziło o te dino. pod koniec art. Psują całą koncepcję, ale W. jakoś to ratuje. Natomiast. Gdyby założyć że jądro jest ciężkie a rozszerzają się zewnętrzne warstwy to grawitacja na pow. ziemi powinna spadać i tu mogłyby się pojawić dino jako ptaki. :) uff.

  28. W. 07.10.2017 08:01

    @czesterfield

    Jeśli to prawda, że przy powiększeniu powierzchni i zachowaniu masy spada grawitacja i spada gęstość masy (tak rozumiem to co napisałeś), to może jeszcze w grę wchodzić teoria pustej Ziemi („piłka” pusta w środku z dwoma otworami na biegunach). Powiększa się średnica planety w miarę krążenia wokół osi dzięki sile odśrodkowej, a grubość obszaru między skorupą wewnętrzną i zewnętrzną się zmniejsza. Trzeba by jakiegoś wzoru by obliczyć, czy to możliwe. Wtedy dwie teorie – pustej Ziemi i puchnącej Ziemi – byłyby kompatybilne i wzajemnie się uzupełniały tworząc jedną teorię – powiększającej się pustej Ziemi.

    Żeby uzmysłowić wszystkim, jak niewiele wiemy, dodam, że człowiek wwiercił się tylko 12 km w skorupę ziemską. Do poznania zostało jeszcze 6000 km. Nie wiemy co jest w środku. Naukowcy widzą też problem z rotacją teoretycznego jądra planety – wyniki badań się nie zgadzają z oczekiwaniami:
    http://wolnemedia.net/jadro-ziemi-inaczej-rotuje-niz-reszta-planety/
    Choć problem ten mogłoby wyjaśnić posiadanie przez Ziemię dwóch jąder pozostałych po zderzeniu dwóch planet z których powstała Ziemia.

    Tutaj o teorii pustej Ziemi:
    https://wolnemedia.net/czy-ziemia-jest-w-srodku-pusta/

    A tutaj drugi artykuł o rozszerzającej się Ziemi:
    https://wolnemedia.net/teoria-rozszerzajacej-sie-ziemi/

    A tutaj kolejna zagadka – problem z rotacją teoretycznego jądra planety:

  29. maciek 07.10.2017 12:22

    @W.

    przy zwiększeniu masy grawitacja spada – to jest teza niczym nie poparta, a co dopiero teoria.

    teoria pustej ziemi i teoria rozszerzającej ziemi (obie oparte na poszlakach, czyli do dowodów jeszcze kawałek drogi) mogą zostać połączone przy założeniu, że w środku pustej ziemi, zamiast słońca mamy małą czarną dziurę, której grawitacja jest źródłem wielkiej energii. Oddalając się od mikro dziury tracimy grawitację. Dinozaury wyginęły bo zaczęły latać. :)

  30. W. 07.10.2017 16:29

    Nie napisałem „przy zwiększeniu masy”, tylko „przy zwiększeniu powierzchni masy przy zachowaniu TEJ SAMEJ masy”. Chodzi mi o zmianę gęstości. Np. kamień o wadze 1 kg nie zajmuje tej samej powierzchni co 1 kg styropianu. Może w środku Ziemi dochodzi do rozprężenia masy? Bo 1 kg „kamieni” zamienia się w 1 kg „styropianu”? Wtedy masa zostaje zachowana, ale powiększa się przestrzeń, którą zajmuje i teoretycznie powinna spaść grawitacja. Największą masę mają czarne dziury – obiekty supergęste. Więc obiekty superlekkie powinny mieć mniejszą grawitację.

    W przypadku hipotezy pustej Ziemi, mamy do czynienia ze zmniejszaniem skorupy ziemskiej, czyli zmniejsza nam się pod nogami ilość materii. Np. skorupa 1000 km mamy po miliardzie lat ma np. 500 km, średnica planety się poszerzyła, więc grawitacja spadła.

    Dla pierwszej hipotezy trzeba by się zastanowić, jakie zjawisko fizyko-chemiczne może wewnątrz planety rozprężać gęstość materii i wywoływać zjawisko puchnięcia Ziemi. Dla drugiej, jak wewnątrz planety pojawia się dodatkowy gaz (teoria zakłada tunele na biegunach, ale jeśli ich nie ma, to trzeba wymyślić coś innego) wypełniający powiększającą się pustą przestrzeń.

  31. maciek 07.10.2017 20:58

    @W.

    Grawitacja spada wraz z odległością od obiektu. Czyli jeżeli rozszerzysz obiekt to jego grawitacja na powierzchni spadnie z powodu odejścia od centrum. Tu się zgadzamy.

    Ta ilość materii pod nogami zaczyna mieć bardzo daleko do innych kawałków materii, np po drugiej stronie globu. Stąd grawitacja spada. Poza tym oddalamy się od jądra które ma największą grawitację. Tu chyba też się zgadzamy.

    Ogólnie chyba się zgadzamy.

    Jeżeli chodzi o gaz to on ma tak słabą grawitację że możemy go potraktować tak jak próżnię, czyli czy tam w trakcie rozszerzania jest gaz, czy próżnia to nie ma znaczenia.

  32. W. 08.10.2017 12:01

    Dwie hipotetyczne opcje:

    1. Może gaz lub materia we wnętrzu planety rozpręża się z powodu siły odśrodkowej wywołanej obracaniem się planety wokół osi?

    2. Może ziemskie jądro wypala się podobnie jak Słońce i w wyniku tego wypalania dochodzi do wyrzucania jakichś gazów lub zmniejszania gęstości, które po zwiększeniu objętości napierają na skorupę ziemską?

    To nie może być skomplikowane zjawisko, tylko coś prostego. Ale obie hipotezy musiałyby nieść za sobą konsekwencję zmniejszenia grawitacji, a według teorii grawitacja kiedyś była mniejsza. Chyba, że grawitacja się nie zmniejszyła? Jest w ogóle jakiś dowód, że za dinozaurów grawitacja była mniejsza, oprócz ich wielkości? No bo wielkość dinozaurów mogła być wynikiem mniejszego ciśnienia atmosferycznego (Ziemia ciągle traci atmosferę, która ucieka w kosmos), innego składu powietrza (było 5 razy więcej CO2 niż dziś) a niekoniecznie grawitacji.

  33. Atos 08.10.2017 12:23

    Można trochę puścić wodze fantazji, że Wszechświat jest symulacją. Niby skąd miałoby się wziąć życie? A najlepszym dowodem symulacji jest to, że nasze życie do niczego nie prowadzi, bierze się znikąd i zmierza donikąd. Więc życie jest bez sensu. A nie jest bo jest symulowane. Wszyscy ludzie, którzy istnieją i tak przestaną istnieć. To jest odpowiedź dlaczego Bóg nie reaguje bo nie robi się symulacji po to by reagować. Owa symulacja jest eksperymentem mającym zbierać wyniki i zbiera.
    Ewolucja jest najlepszym przykładem symulacji. Skoro z 1 powstaje 2, z 2 powstaje 3, tzn. że już na etapie liczby 1 wiadomo co trzeba by powstała liczba 10000000000000000000000000000000000000000000000000000000 To jest jasno określona droga.
    Do czego jest potrzebny czas?
    Dlaczego zamiast liczby 1 nie powstanie od razu liczba 10000000000000000000000000000000000000000000000000000000? To jest właśnie dowód symulacji. Bo „Wszechświat” dobrze wie, bo widać to chociażby po tym, że fale dźwiękowe istniały wcześniej niż uszy, fale świetlne istniały wcześniej niż oczy. Wszechświat w momencie kiedy nie było jeszcze niczego już miał plan na wszystko. Więc czas jest tylko realizacją tego planu.
    Paradoksalnie ewolucja prowadzi przez etapy, które i tak są bez sensu bo wszystkie stworzenia stworzone przez ewolucję przegrały, a przegrana jest tylko kwestią czasu. Te co jeszcze istnieją podzielą więc los tych co już nie istnieją.
    A te co będą istniały dobrze wiadomo i to każdemu, że czeka je to samo.
    Kolejnym dowodem jest bezsensowność nieśmiertelności. Ów wszechświat nie jest absolutnie stworzony do życia wiecznego, chociażby przez sam fakt, że energia wszystkich gwiazd zostanie zużyta, a bez gwiazd nie będziesz nic widział. To samo dotyczy miejsca, np. planety jakakolwiek to i tak w końcu eksploduje. W rezultacie gdyby człowiek odkrył np. sposób na wieczne życie to i tak zostanie mu jedynie życie w pustce. Nie będzie w stanie się z nikim skomunikować. Jedynym rozwiązaniem jest wejście do symulowanego Wszechświata, w którym wieczność może być realizowana wiecznie. Po np. zakończeniu jednego cyklu Wszechświata można ten cykl powtórzyć, zresetować i zacząć od nowa. Gdyby rzeczywistość była realna nie byłoby to możliwe.

    Budowa i fizyka symulacji kosmosu to zaledwie dwa z całej listy dylematów. Równie gorące dyskusje toczą się wokół filozoficznych następstw tej koncepcji. Gdyby bowiem okazało się, że symulacja istnieje, kim byliby dla nas jej twórcy? Kimkolwiek by się okazali – naszymi potomkami – jak uważa Bostrom czy Obcymi z innego wymiaru, łączyłoby ich to, że nie wiedzielibyśmy nic o ich tożsamości ani zamiarach. Czy byliby dla nas bogami? I czy ich eksperyment można uznać za udany? Odpowiadając żartem na ostatnie pytanie Ray Kurzweil – futurysta i ekspert od AI w Google, stwierdził, że patrząc na chaos panujący w kosmosie i na Ziemi można dojść do wniosku, że autorem tego wszystkiego musi być nastolatek z innego wymiaru, który stworzył symulację wszechświata jako pracę domową.
    Kolejna sprawa to nasza rola w symulacji oraz to, czy powinniśmy być zmartwieni, jeżeli okaże się, że ta istnieje naprawdę. Wydaje się, że z perspektywy Homo sapiens nie ma żadnego znaczenia, czy kosmos narodził się w sposób naturalny czy ktoś zainicjował Big Bang w przysłowiowej „probówce”. Nie istnieje dla nas inna rzeczywistość poza tą, w której bytujemy, a nasze rozterki egzystencjalne prawdopodobnie w ogóle nie obchodzą twórców symulacji – wyjaśnia Hans Moravec.

    „Taki symulowany świat, w którym żyje symulowana osoba może być tworem samowystarczalnym i istnieć jako program na komputerze, który po cichu przetwarza dane w jakimś ciemnym zakątku, nie ujawniając informacji o bólach, radościach, sukcesach i frustracjach osoby znajdującej się wewnątrz. W symulacji zdarzenia toczą się zgodnie z logiką programu, który określa panujące tam prawa fizyki. Mieszkaniec symulacji, dzięki eksperymentom i dedukcji może je zrozumieć, ale nigdy nie dowie się o ich prawdziwej naturze czy o istnieniu samej symulacji” –

  34. Atos 08.10.2017 12:36

    Na poważni to , rozwiązaniem może być teoria Teoria Ambarcumiana.
    Teoria Ambarcumiana z grubsza dotyczy transferu energii promienistej, powstawania gwiazd z czarnych dziur i pyłu międzygwiezdnego. Została zaadoptowana przez m.in. Hoyle’a i obecnie nazywa się to Teoria Stanu Stacjonarnego i jest teorią konkurencyjną do teorii Wielkiego Wybuchu. Cytat:: „Początek teorii stanu stacjonarnego dały obliczenia, z których wynikało, iż w ramach ogólnej teorii względności oraz w świetle dokonanych przez Edwina Hubble’a obserwacji ujawniających rozszerzanie się wszechświata, z zasady nie może on być statyczny. Wszechświat stacjonarny, ekspandując, pozostawałby zasadniczo niezmieniony w czasie i aby ten warunek został spełniony, musiałaby powstawać nowa materia, dzięki której gęstość wszechświata utrzymywałaby się na stałym poziomie, mimo procesu rozszerzania się. ”

    Niemożność bezpośredniego zaobserwowania tworzenia nowej materii nie stanowiła większego problemu teorii stanu stacjonarnego, gdyż zgodnie z jej założeniami, powstanie w Drodze Mlecznej zaledwie kilkuset atomów wodoru w ciągu roku wystarczyłoby do zrekompensowania ekspansji wszechświata. Pomimo naruszenia prawa zachowania masy, teoria miała kilka zalet, z których największą było usunięcie problemu początku universum.
    Cytat:Początek teorii stanu stacjonarnego dały obliczenia, z których wynikało, iż w ramach ogólnej teorii względności oraz w świetle dokonanych przez Edwina Hubble’a obserwacji ujawniających rozszerzanie się wszechświata, z zasady nie może on być statyczny. Wszechświat stacjonarny, ekspandując, pozostawałby zasadniczo niezmieniony w czasie i aby ten warunek został spełniony, musiałaby powstawać nowa materia, dzięki której gęstość wszechświata utrzymywałaby się na stałym poziomie, mimo procesu rozszerzania się. 

    Niemożność bezpośredniego zaobserwowania tworzenia nowej materii nie stanowiła większego problemu teorii stanu stacjonarnego, gdyż zgodnie z jej założeniami, powstanie w Drodze Mlecznej zaledwie kilkuset atomów wodoru w ciągu roku wystarczyłoby do zrekompensowania ekspansji wszechświata. Pomimo naruszenia prawa zachowania masy, teoria miała kilka zalet, z których największą było usunięcie problemu początku universum.

  35. Atos 08.10.2017 13:47

    Teoria ruchu płyt została już potwierdzona, a więc właściwie to juz nie teoria  Można jedynie dyskutować, co do jej przyczyn, bo nie znamy dokładnie wnętrza Ziemi. Gdyby teoria rozszerzenia była prawdziwa, to powiększałby się i Ocean Atlantycki i Spokojny, a badania dowiodły że Atlantycki powiększa się kosztem Spokojnego.
    Poza tym gdyby grawitacja Ziemi była kiedyś dużo mniejsza, to jej obecna atmosfera nigdy by nie powstała i nie utrzymała się wokół Ziemi. Stało by się dokładnie to co z Marsem, który wyglądał kiedyś tak jak Ziemia, ale właśnie w wyniku małej grawitacji atmosfera jest tam 100 razy rzadsza niż na Ziemi. Na dokładkę, gdyby Ziemia się rozszerzała to i atmosfera powinna rzednąć, zmieniało by się się ciśnienie itd. na co nie wskazuje anatomia wymarłych zwierząt.
    Jeszcze co do promienowania kosmicznego. Do powierzchni Ziemi dociera jakiś jego ułamek, bo jest ono zabójcze dla życia. Blokuje je między innymi warstwa ozonowa. Więc nie wiem skąd by się ono w ogóle wzięło w jądrze w takich ilościach jak mówią zwolennicy tej teorii. Była tam jeszcze jakaś wzmianka o neutrinach. To prawda przez Ziemię przechodzą miliardy neutrin każdej sekundy, bo nie mają one praktycznie masy. Ale neutrina przechodzą a nie zostają w jądrze, gdzie tworzą jakąś nową materię z niczego. Neutrina poruszają się wewnątrz słońca z prędkością światła przy takim olbrzymim ciśnieniu i temperaturze.

    Jeszcze co do rozszerzania się wszechświata. Rozszerza się przestrzeń, a nie obiekty wewnątrz niej. Siłą która powoduje to ciągle słabnące rozszerzanie jest energia wielkiego wybuchu. Dowodem na to jest promieniowanie reliktowe obecne w całym wszechświecie. Jakoś gwiazdy pozostają w ścisłej i delikatnej równowadze pomiędzy kurczącymi siłami grawitacji a rozciągającymi siłami jądrowymi. Gdyby rozszerzanie się wszechświata miało taki wpływ na gwiazdy to ta równowaga nie mogłaby być.

  36. Atos 08.10.2017 13:48
  37. maciek 09.10.2017 20:22

    @W.

    Najnowsza teza nr 2. Bardzo mi się podoba. Można założyć też, że z jakiegoś innego powodu jądro tworzy gazy które rozprężają resztę. Dobre, dobre. Jak to rozwinąć? Jak potwierdzić? Może jakieś pomiary wulkanów?

    @Atos

    Puszczając wodzę fantazji myślę że reakcje Boga widać (pomimo mojej niewiary w niego).
    Jeżeli chodzi o liczby to nie wierzę w liczby. Wydaje mi się, że to jest nasz wymysł a one nie istnieją. Nie wszystkie. Istnieją tylko liczby pierwsze, a reszta to nasz wymysł.
    Jeżeli chodzi o fale, to założyłem, że aby opisać fale elektromagnetyczne potrzebny jest 3 wymiar. Założyłem to po to żeby rozwiązać problem i tajemnicę magenty, a także w sprzecznych opisach fal spektrum widma, które w różnych teoriach mają odmienne/ sprzeczne modele ze sobą, a mimo to te modele sprawdzają się w różnych urządzeniach. Mam wykres tego mojego założenia. Mogę Ci wysłać. Sam wykres jest ciekawy ale nie jest dowodem potwierdzającym. Nie mam pomysłu na pomiar i inne dowody.
    Jeżeli chodzi o falę uderzeniową to wydaje mi się że ma coś ona wspólnego z falą elektromagnetyczną i być może to też jest 3wymiar fali. Nad wykresem dopiero pracuję, ale mam podejrzenie, że cechę wspólną nadaje tylko nasz mózg i to jako urojenie, a nie jak wierzy wielu wyznawców fizyki kwantowej, sens.
    Jeżeli chodzi o ewolucje to przekonują mnie stare poglądy Ditfurtha, że materia od samego początku miała takie założenia, żeby potem mogły powstawać z niej coraz bardziej złożone formy aż do życia.
    Jeżeli chodzi o nieśmiertelność to jedno opowiadanie Lema o duszy przekonało mnie że śmierć jest dla nas wybawieniem.
    …symulacja to też jest model – nie koniecznie musi za nią stać twórca matrixa, kimkolwiek on jest?
    …zawsze są dwie opcje, albo świat jest nieskończony, albo skończony. Albo chaotyczny, albo poukładany.
    …mnie się wydaje dokładnie na odwrót. Wcześniej grawitacja na powierzchni ziemi była większa, teraz jest mniejsza. I ta teza pod którą dyskutujemy pasuje mi do tego przekonania jak ulał. A dinozaury wraz ze zmniejszaniem się grawitacji dokonywały coraz swobodniejszych lotów, aż stały się ptakami.

    Nie lepiej byłoby się spotkać na kawie? Ja mieszkam w PD-Zach Polsce.

  38. W. 10.10.2017 09:02

    @Atos

    Skoro teoria dryfu kontynentów (oraz teoria tektoniki płyt – nowsza jej wersja) zostały udowodnione, to dlaczego ciągle nazywana jest „teorią”? Istnieją wyniki pomiarów satelitarnych, które mówią o zmianie położenia kontynentów, którym przypisano miarę dowodu, ale równie dobrze może to być dowód na oddalanie się kontynentów ze wszystkich stron. Nie muszą się one oddalać w tym samym tempie. Interpretacja – wiemy, że naukowcy fałszują dane meteorologiczne by dopasować je do swoich teorii o globalnym ociepleniu. Były oszustwa archeologiczne mające potwierdzić ewolucjonizm – gdy naukowcom nie udawało się znaleźć „pośredniego ogniwa” to je tworzyli. Były takie sandale. Więc z teorią dryfu może być podobnie. Dane mogły być analizowane tylko pod kątem „czy potwierdzą dryf” bo naukowcom nie przyszło do głowy, by sprawdzić je pod kątem rozszerzającej się Ziemi. I jeśli były jakieś nieporęczne dane, mogli im przypisać np. rolę „błędu w pomiarach” lub „błędu statystycznego”. Tylko analiza tych samych danych pod kątem obu teorii równocześnie mogłaby wykazać, która z teorii jest prawdziwa (bo może się kiedyś okazać i tak, że pojawi się inna teoria, np. że obie się uzupełniają i zachodzi równocześnie puchnięcie planety i dryf?). Tu trzeba mieć otwarty umysł, a jak są jakieś błędy – zastanowić czy nie dowodzą czegoś innego niż oczekiwano. Więc sprawa jest otwarta, a teoria ciągle jest w prasie naukowej nazywana teorią a nie faktem.

  39. realista 10.10.2017 10:45

    cyt.:”to dlaczego ciągle nazywana jest „teorią”?”

    http://www.kwantowo.pl/2016/02/01/hipoteza-to-nie-teoria-zapamietaj/

    jak już wspomniałem w #22 – moim zdaniem nasza planeta i puchnie i jednocześnie kurczy się trochę (z czego puchnięcie może być większe), ze względu na możliwe zachodzenie reakcji jądrowych w jądrze i rozpad gęstszych pierwiastków na mniej gęste, co powoduje ich ruch i jednocześnie wzrost objętości Ziemi „to tu, to tam”, jak i jej malenie w wyniku stygnięcia.
    przesłanki:
    -nieregularność ruchów płyt
    -wydłużenie doby
    -zmienność pola magnetycznego
    -emisja ciepła przez Ziemię
    -zjawisko rozpadu np. uranu na mniej gęste pierwiastki
    -zjawisko zmniejszania gęstości wraz ze spadkiem temperatury i ciśnienia
    -zjawisko ruchu cieplejszych mas – prądy konwekcyjne
    to nie są jakieś nowości i są też naukowcy, którzy się tym zajmują. dlaczego te oczywiste przesłanki nie są jednak uznawane powszechnie – nie wiem. ja na to wpadłem pod wpływem Lema, ogniska i gotujących się ziemniaków, więc można, nawet w obecności promili ;)
    rad byłbym jednak zobaczyć wyniki badań i eksperymentów, czy choćby symulacje takich reakcji, bo bez nich to ja sobie mogę… spekulować… .. .

    PS. w sumie to jakieś badania są, np. Shimizu i Horton-Smith oszacowali na podstawie detekcji neutrin, że 29 z 44 terawatów/s wypromieniowywanych przez Ziemię pochodzi z reakcji jądrowych w jej wnętrzu…

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz.
Jeśli już się logowałeś - odśwież stronę.