Turystyka – miła iluzja ucieczki

Opublikowano: 04.08.2016 | Kategorie: Publicystyka, Turystyka i podróże

Czym jest dziś turystyka? Dziedziną swobodnego spełniania marzeń czy raczej produktywnym sposobem zarządzania naszym czasem wolnym – tak, byśmy nawet poza pracą przynosili zyski kapitałowi? Standardowa turystyka wakacyjna, niemal całkowicie zmonopolizowana przez wielkie agencje, ma konkurencję w postaci podróżowania alternatywnego. Czy jednak jest między nimi wyraźna różnica?

Rekreacja – czyli turystyka, podróże i rozrywki – jest powszechnie odbierana pozytywnie. A jednak już na początku umasowienia rekreacji, we wczesnych latach 1960., socjolog Joffre Dumazedier niepokoił się zafałszowaniem jej potencjału emancypacyjnego – przewidywał, że będzie to „nowe opium dla ludu”. W 1970 r. historyk Maurice Dommanget, prezentując nowe wydanie Prawa do lenistwa Paula Lafarge’a, zauważył, że obywatele powoli tracą zainteresowanie życiem społecznym i politycznym, by skupić energię na „obsesji dorocznego wypoczynku”. Ryzykując jednocześnie wzmocnieniem alienacji przez pracę…

Wraz z rozwojem przemysłu turystycznego dynamika emancypacyjna wolnego czasu płatnych urlopów, wprowadzonych we Francji w 1936 r. przez Front Ludowy, osłabła, wypierana przez logikę produkcji i handlu. Turystyka nie uciekła przed wymogami rynku, według których najważniejszym celem jest przyciągnięcie podróżującego, zatrzymanie go i zmuszenie do jak największych wydatków. Tworzy się wówczas równoległa, szczelna i segregacyjna rzeczywistość, zamykająca turystę w ramach odizolowanych szlaków i przeszkadzająca w poznawaniu ludzi mieszkających w pobliżu. Spójrzmy choćby na miejsca – fetysze, czyli „parki”. Można zostać „zaparkowanym” zarówno w Wenecji, jak i w górach. Ktoś zawsze wskaże nam, gdzie spać, gdzie spacerować i jak się zachować na widok niedźwiedzia grzebiącego w śmieciach.

„Park” staje się idealną formułą przestrzeni, w której można wreszcie dobrze żyć. „Tu odkrywamy inne życie” – czytamy na stronie internetowej francuskiej Federacji Parków Narodowych (PNR). PNR to doskonały przykład terytoriów, na których wszystko dzieje się inaczej, „spontanicznie” i „autentycznie”, podczas gdy one również podlegają procedurom inżynierii społecznej. To tereny użyteczne, podzielone, funkcjonalne i unormowane dla celów produkcyjnych. Jeden z rysunków satyryka Gébé z komiksu Rok 1, publikowanego jako seria w latach 1970., ilustruje taki porządek geograficzny, pokazując kraj jako ściśle podzieloną przestrzeń. Droga wakacyjna i prywatna plaża sąsiadują tu ze strefą przemysłową, bazą wojskową, terenem polowań i „chemicznym rolnictwem”[1].

Pozytywna konotacja każe uznać rekreacyjne Gdzie Indziej za atrakcyjne. Z tego powodu miejskie Tutaj przyznaje „naturalnemu” Gdzie Indziej niemal nieskończony wachlarz cnót przeciwnych miejskiemu życiu i związanym z nim wadom: alienacji zawodowej, trudnościom ekonomicznym, kontroli społecznej, korkom, porażkom urbanistycznym, zanieczyszczeniu środowiska, hałasowi, brakowi bezpieczeństwa, brakowi czasu, ograniczeniu stosunków społecznych… W takiej sytuacji wyobraźnia turystyczna staje się argumentem handlowym: „Przekonajcie waszych niezdecydowanych klientów, że wydmy są przeciwieństwem miejskiego stresu, kuracją psychologiczną – cisza, powolność przejażdżki na wielbłądzie, czyste linie…” – można przeczytać w „L’Echo touristique” 2006. „Prawo do podróży” jest od tej pory jedynie komercyjnym sloganem biura turystycznego, wykluczającym społeczną i kulturalną emancypację.

Tej ewolucji towarzyszy banalizacja stacji turystycznych jako „fabryk snów” i perspektywa hollywoodzkiego przemysłu rozrywkowego. Z jednej strony obserwuje się obsesyjną potrzebę uprawomocnienia powagi działalności turystycznej poprzez podkreślanie jej charakteru przemysłowego. Z drugiej strony turystyka staje się reklamiarzem ludycznej globalizacji, czynnikiem „liberalizacji o ludzkiej twarzy” i wskaźnikiem „światowego porządku turystycznego”, proklamowanego przez Światową Organizację Turystyczną.

UNIKNIJCIE TURYSTÓW

Mit turystyki jako czynnika postępu (zob. artykuł Gillesa Caire’a) jest wynoszony pod niebiosa – tak samo jak wizja beztroskiego i egocentrycznego turysty. Jednocześnie trwa kryzys: energetyczny, klimatyczny, demograficzny, sanitarny, obejmujący także kwestie bezpieczeństwa i tożsamości. Pojawia się poczucie odpowiedzialności, a nawet winy, które objawia się zachowaniem coraz mniej marginalnym – rezygnacją z pewnych form turystyki, poszukiwaniem zawodowych, ideowych albo humanitarnych pretekstów do podróżowania bez uważania się za turystę, koncentracją na miejskich praktykach rekreacyjnych czy wyborem mieszkania w miejscach wakacyjnych. Nawet gorączkowe poszukiwanie słońca, które kształtowało wyobrażenie wakacji w XX w., nie jest już tym, czym było, gdyż zapobieganie skutkom opalania stało się jednym z celów ochrony zdrowia publicznego (rak skóry). Zadanie „zapomnienia o wszystkim” straciło ważność w momencie, gdy „być czy nie być turystą” stało się kwestią egzystencjalną.

Kryzys tożsamości zachodniej turystyki dotyczy, jak można przypuszczać (brak studiów na ten temat), przede wszystkim niewielkiej części klasy średniej, nieufnej wobec drapieżności konsumeryzmu turystycznego. Objawia się on chęcią zmiany spojrzenia na odwiedzane społeczeństwa, poszukiwaniem obrazu wnętrza kraju na bazie innych relacji niż przyjezdny – miejscowy czy klient – dostawca usług. Osoba pretendująca do uprawiania „nieturystyki” nie chce być oglądaczem, lecz świadkiem wypełniającym akt obywatelski. Odmawiając statusu konsumenta, może się czuć zaproszona, jak w przypadku tzw. turystyki uczestniczącej. Couchsurfing, międzynarodowa sieć wymiany noclegów, i greeters, czyli wolontariusze przyjmujący podróżujących, stawiają na gościnność, wymianę i darmowość.

Próbom zmiany obrazu turystyki, odnowienia jej sensu i praktyk towarzyszy od ćwierćwiecza świadomość jej wpływu na środowisko i społeczeństwa. Takie reformatorskie projekty określają się jako ekoturystyka, turystyka solidarna, odpowiedzialna, etyczna… Ostatni jej przejaw – turystyka humanitarna – naraża się na wszystkie ambiwalencje dwóch działań, które chce zjednoczyć, czyli zobaczenia i uratowania świata. Mimo to działania tego typu – czasem szczere i godne szacunku, czasem pełne hipokryzji – mają przed sobą obiecującą przyszłość, a ich efektów nie można lekceważyć, nawet jeśli ich definicja i konkretna praktyka pozostają niejasne, z powodu ciągłego pomieszania między altruizmem a separatyzmem. „Uniknijcie turystów, podróżując na 100% odpowiedzialnie do Wietnamu” – proponowała audycja France Inter w styczniu 2010 r., tłumacząc, jak „płynąć pod prąd” i ominąć masową turystykę w Zatoce Along.

JAK WYNALEŹĆ POSTTURYSTYKĘ?

Sytuacjoniści odrzucili podział na codzienność i niezwykłość, eksperymentowali z „oczarowaniem” najzwyklejszego czasu i miejsca przez projekt polityczny. Stworzyli bazę do odrzucenia turystyki opartej na kompensacyjnym podziale na tu i tam, na pracę i rozrywkę. Sztuka dryfowania psychogeograficznego, którą tak cenił Guy Debord, miała odwrócić percepcję codzienności dzięki wędrówce zaczynającej się tutaj. Chodziło o doznanie rzeczywistości w całkiem nowy sposób, poza funkcjonalnym schematem dyktowanym przez użyteczność społeczną i gospodarczą. Poezja miała się wyraźnie łączyć z polityką. Ten projekt do dziś pozostaje aktualny. Sugeruje, że poza rozumowaniem ograniczonym do poszukiwania różnych form turystyki można też myśleć o rezygnacji z niej.

To radykalne stanowisko, dalekie od zwykłego nonkonformizmu, jest praktykowane w codzienności. Służą temu koncerty muzyków amatorów, różnorakie spotkania, staże artystyczne, wspólne budowy, doświadczenia wolontariatu… Chodzi o to, by traktować użytkowanie czasu i przestrzeni jako osobiste przygody – oderwane od kodów, zachowań i miejsc turystyki. By bawić się kombinacjami tego, co należy do dziedzin relacji międzyludzkich, egzystencji, sztuki, rękodzieła, intelektu, geografii i czasu. Reguły i formy turystyki zostają tu zignorowane, odrzucone, zaprzeczone bądź zapomniane.

Dziesiątki lat konformistycznych rytuałów zużyły emancypacyjny mit wakacji, ale postturystykę trzeba dopiero wynaleźć, pamiętając o utopijnym równaniu Ernsta Blocha: „czas wolny = wolna przestrzeń” [2].

Autorzy: Philippe Bourdeau, Rodolphe Christin
Tłumaczenie: Jerzy Szygiel
Źródło: Le Monde diplomatique – edycja polska

O AUTORACH

Philippe Bourdeau (geograf), Rodolphe Christin (socjolog) – autorzy książki „Le Tourisme: émancipation ou contrôle social?”, Editions du Croquant, Bellecombe-en-Bauges 2011.

PRZYPISY

[1] Gébé, L’An 01, L’Association, seria „Esperluette”, Paryż 2000.

[2] Ernst Bloch, Le Principe espérance. Les épures d’un monde meilleur, Gallimard, Paryż 1982.

TAGI:

OD ADMINISTRATORA PORTALU: Hej! Cieszę się, że odwiedziłeś naszą stronę! Naprawdę! Jeśli zależy Ci na dalszym rozpowszechnianiu niezależnych informacji, ujawnianiu tego co przemilczane, niewygodne lub ukrywane, możesz dołożyć swoją cegiełkę i wesprzeć "Wolne Media" finansowo. Darowizna jest też pewną formą „pozytywnej energii” – podziękowaniem za wiedzę, którą tutaj zdobywasz. Media obywatelskie, jak nasz portal, nie mają dochodów z prenumerat ani nie są sponsorowane przez bogate korporacje by realizowały ich ukryte cele. Musimy radzić sobie sami. Jak możesz pomóc? Dowiesz się TUTAJ. Z góry dziękuję za wsparcie i nieobojętność!

Poglądy wyrażane przez autorów i komentujących użytkowników są ich prywatnymi poglądami i nie muszą odzwierciedlać poglądów administracji "Wolnych Mediów". Jeżeli materiał narusza Twoje prawa autorskie, przeczytaj informacje dostępne tutaj, a następnie (jeśli wciąż tak uważasz) skontaktuj się z nami! Jeśli artykuł lub komentarz łamie prawo lub regulamin, powiadom nas o tym formularzem kontaktowym.

10 komentarzy

  1. Czejna 19.07.2012 13:18

    Ciekawy artykul napisany z perspektywy potegi przemyslu turystycznego, jaka bez watpienia jest Francja. Polakow zawsze trudniej bylo usidlic turystycznymi zbiorczymi pulapkami. Wpadalismy tylko w te, ktore sa niezbedne, aby zakupic prowiant i miec moznosc skorzystania z toalety, bo reszte mielismy ze soba i zadowalalismy sie kazdym pieknym darmowym miejscem. Oni teraz sie tego ucza, a nas tresuja do korzystania z calej tej sieci turystycznych pulapek, bez ktorych, jakoby, obyc sie nie mozna, ba! bo pewnie to oszolomstwo, lub moze i moheryzm? Ktoz to wie. ;)

  2. norbo 19.07.2012 15:07

    Dlaczego gdy tylko jacyś turyści mają problem związany z niewypłacalnością biura podróży to natychmiast udzielana jest im pomoc ze środków publicznych a gdy podobna sytuacja spotyka np. osobę wyjeżdżającą w poszukiwaniu pracy (oszukaną przez pośrednika) to pomocy brak?

  3. Takie_tam 19.07.2012 15:35

    Bo jak plajtuje biuro podróży to ludzi są setki/tysiące i poprzez rozgłos można nałapać parę punktów poparcia, a bezrobotny jest jeden, ewentualnie nieliczna grupka?

  4. egzopolityka 20.07.2012 03:38

    Turystykę i urlopy wywyższa się znacznie ponad miarę i traktuje jako lekarstwo ostatniej szansy na wycieńczenie organizmu przez pracę w obozie pracy w którym żyjemy. Jest to nienormalny świat, który z jakiegoś dziwnego powodu, jest akceptowany przez większość ludzi, mimo że istnieją sposoby alternatywne na życie i to od kilkudziesięciu lat.

  5. sunner 20.07.2012 13:01

    Ta cała „turystyka” jest dziś jednym z narzędzi pacyfikacji społeczeństwa, jak we wszystkim także i tu chodzi o to, by ludzie zbytnio nie myśleli. Proszę zwrócić uwagę choćby na tzw. atrakcje turystyczne, które się dziś podsuwa ludziom – coraz głupsze, na coraz niższym poziomie, coraz bardziej infantylne.

    Nieskromnie powiem, że rolę turystyki na obecnym (mam nadzieję schyłkowym) etapie kapitalizmu rozszyfrowałem już gdzieś 20 lat temu, no może przesadzam, ale jakieś 15 to na pewno. Miałem ku temu zresztą ułatwione zadanie, pracowałem wówczas w jednej z gałęzi składających się na turystykę (ale nie hotelarstwo, gastronomia, rekreacja czy coś tego typu – na innym, niewspółmiernie wyższym poziomie) i widziałem toto od wewnątrz. Co roku wraz z nadejściem sezonu noszę się z zamiarem opisania tego g.wna, obawiam się jednak, że (jeszcze) nikt by mi nie uwierzył.

  6. Hassasin 20.07.2012 14:08

    Przypominam że 8 godzinny 5 dniowy tydzień pracy jest zdobyczą XX wieku , a w szczególności , przypada to na lata powojenne. Kapitalizm mając konkurencję w postaci komunizmu , zmuszony był iść na ustępstwa . Teraz przy braku konkurencji wszystko jest rozmontowywane , wraca ichnia ,,normalność,,.

  7. Rozbi 20.07.2012 19:50

    A jak ktoś lubi wypoczynek w 5 gwiazdkowym hotelu z masą pustych atrakcji, basenem plażą, leżakiem i drinkami – to co? Jest bezmyślnym klonem pozbawionym własnego zdania?

  8. sunner 20.07.2012 21:07

    @Rozbi 20.07.2012 19:50

    Tak. Najczęściej takim właśnie jest. Co prawda jedno jakoś bezpośrednio może nie wynikać z drugiego, ale w praktyce zwykle ma miejsce.

  9. Rozbi 20.07.2012 21:31

    Aha – no to w takim razie dziękuję za oświecenie – wcześniej myślałem że każdy wybiera taką formę wypoczynku jaka mu odpowiada – a teraz widzę jest zupełnie odwrotenie – nikt nie wybiera takiej formy wypoczynku jaka mu odpowiada – tylko:

    1. Taka jaką wpajają mu reklamy (bo przecież od reklam biur turystycznych uginają się bloki reklamowe w telewizji i bannery w internecie)

    2. Taka żeby całkowicie inna od tej w punkcie 1-szym.

  10. w 20.07.2012 22:42

    A jak ktoś lubi 5-cio gwiazdkowy hotel to najprawdopodobniej jest burżujem i hedonistyczną świn..ą w ludzkiej skórze.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz.
Jeśli już się logowałeś - odśwież stronę.