Liczba wyświetleń: 781
Przedstawienie rozegrało się na polsko-ukraińskiej granicy. Micheil Saakaszwili usiłuje zrealizować swoje pogróżki o powrocie do Kijowa i odzyskaniu tamtejszego paszportu. Jego zwolennicy pomogli mu siłą ominąć kordon ukraińskich strażników granicznych, a teraz eskortują go do Lwowa.
Były prezydent Gruzji zapowiedział, że mimo braku odpowiednich dokumentów przejedzie z Polski na Ukrainę i wywalczy odzyskanie paszportu. Przygotowania do demonstracji rozpoczęły się jeszcze przed godziną czternastą polskiego czasu, gdy polityk zapowiadał pojawienie się na granicy. Po ukraińskiej stronie, na przejściu granicznym w Krakowcu ustawili się zarówno jego zwolennicy, jak i przeciwnicy. Saakaszwili wsiadł do pociągu razem z byłą premier Julią Tymoszenko i grupą deputowanych ukraińskiej Rady Najwyższej, wśród których był Mustafa Najem – autor facebookowego wpisu, od którego zaczęło się zgromadzenie na Majdanie w listopadzie 2014 r. Towarzyszył mu też jeden z ulubionych dyplomatów PiS – Jacek Saryusz-Wolski.
Pojazd nie mógł jednak ruszyć z peronu w Przemyślu, gdyż strona ukraińska zażądała jego zatrzymania z uwagi na przebywanie w wagonie osoby bez prawa przekroczenia granicy. Gruzin odmówił opuszczenia pojazdu, co musiało wywołać wściekłość podróżnych, którzy zamierzali jechać do Lwowa i dalej do Kijowa. PKP mogło co najwyżej zaproponować im przesiadkę do autobusów lub zwrot pieniędzy na bilety. Jak relacjonowali świadkowie zdarzenia, jeden ze zirytowanych pasażerów wprost dał wyraz swojej złości i „walnął Saakaszwilego”.
Dalszy bieg wydarzeń był jeszcze bardziej tragikomiczny. Saakaszwili dotarł mimo trudności na granicę, został przepuszczony przez polskiego strażnika (acz z komentarzem „ma Pan nieważny paszport”). Strona ukraińska oznajmiła, że przejście po przeciwnej stronie zostało zaminowane i uniemożliwiła komukolwiek przedostanie się. Do czasu. Grupa zwolenników samozwańczego „reformatora Ukrainy”, w której widoczni byli mężczyźni w wojskowych koszulach, z czarno-czerwonymi banderami i z flagami narodowymi w końcu przeciągnęła go na drugą stronę, pokrzykując, iż „zwycięstwo będzie należeć do nas”. Według dalszych doniesień obserwatorów na miejscu po triumfującego Saakaszwilego może przyjechać nawet prokurator generalny Ukrainy. Pogranicznicy w Szegini zapowiadają, że pościg za Gruzinem już się rozpoczął, a wniosek do prokuratury jest w trakcie kompletowania. Ale przeciwna strona nie traci animuszu.
Jak podaje ukraińska agencja Unian, kolumna zwolenników Saakaszwilego triumfalnie przemaszerowała trzy kilometry. Zamierza dotrzeć najpierw do Lwowa i tam zdecydować, co dalej. „Naród już za nas zdecydował” – oznajmił polityk. Komentatorzy podzielili się w ocenach. Jedni podkreślają żenujący przebieg wydarzeń, na którym ucierpieli zwykli obywatele przekraczający granicę, wróżąc Saakaszwilemu tylko kłopoty, inni są zdania, że to Petro Poroszenko wchodząc w konflikt z byłym prezydentem Gruzji popełnił polityczne samobójstwo.
Sprawy w żaden sposób nie skomentował polski MSZ, chociaż przebieg wypadków stawia deklarowaną polską politykę współpracy z rządem w Kijowie w co najmniej dwuznacznej sytuacji. Saakaszwili twierdził, że stojąc w Przemyślu w pociągu kontaktował się z MSZ-em i ministrem Waszczykowskim, starając się o pomoc. Rząd polski przyzwolił na kolejny wjazd człowieka bez żadnego obywatelstwa do Polski i całą nieuchronną wobec jego planów awanturę na granicy.
Autorstwo: MKF
Źródło: Strajk.eu
Patrzcie uważnie! (to do naszych polityków). Tak kończą amerykańskie marionetki. …No chociaż Saakaszwili jeszcze do końca nie skończył…
To on nie wie, że Lech już jest zimny i spoczywa w krypcie? I że mu nie pomoże powrócić na janukowyczowskie łono?
Deja vu.
Faktycznie, w 2009 r. kapitanowi Protasiukowi udało się jakoś wylądować w Tbilisi mimo ostrzału okolic lotniska. Ale widać ten gruziński gangster, Micheil Saakaszwili, nie zajarzył, że błasikowaty pomniejszego kaczora kazał Protasiukowi ominąć mgłę nad inną częścią terytorium byłego ZSRR i za wszelką cenę lądować…