Gdy w Kanadzie płoną kościoły

Opublikowano: 04.07.2021 | Kategorie: Historia, Polityka, Publicystyka

Liczba wyświetleń: 931

W Kanadzie podpalane są kościoły i niszczone pomniki związane z tradycjami i chrześcijańskim kultem. Także pomniki Jana Pawła II. Przyczyną jest odkrycie – i odkrywanie nadal – masowych grobów dzieci amerykańskich autochtonów, kierowanych przymusowo decyzjami rządowymi do ośrodków prowadzonych przez chrześcijańskich misjonarzy. Jak informował Portal Strajk piórem red. Małgorzaty Kulbaczewskiej-Figat, społeczeństwo kanadyjskie jest niebywale oburzone tymi tragicznymi faktami. Odbieranie dzieci Indianom i Inuitom miało na celu ich asymilację wg norm cywilizacji „białego człowieka”. Czytaj: wyrwanie tych dzieci z ich naturalnej, miejscowej kultury i wartości, odebranie przemocą rodzicom. Gromadzono je w przeludnionych ośrodkach, gdzie królowały kary fizyczne, przemoc i choroby. Dzieci były głodzone, bite, torturowane, gwałcone. Gdy umierały, nikt nie ponosił za to odpowiedzialności, a ich ciała grzebano w zbiorowych, anonimowych, mogiłach. Przez takie ośrodki przeszło ok. 150 tys. dzieci.

Kanadyjska historia jest drastyczna, ale czy zupełnie wyjątkowa? Nie do końca.

W każdym pochodzie kolonialnym, w każdej części świata z przedstawicielami imperialnych potęg z Europy i wojskowymi ramię w ramię szli księża. A także: misjonarze, zakonnice, kaznodzieje, pastorzy (bo przecież kolonizowali nie tylko katolicy). Jomo Kenyatta, prezydent Kenii i jedna z wielkich afrykańskich osobowości czasów dekolonizacji, stwierdził celnie: „Kiedy przybyli do nas misjonarze, Afrykanie mieli ziemię, a przybysze Biblię. Uczyli nas, że podczas modlitwy powinniśmy mieć oczy zamknięte. Kiedy je otworzyliśmy, misjonarze mieli ziemię, a my Biblię”. Cywilizacja i kultura tzw. Zachodu, przesiąknięta mesjanizmem i poczuciem wyższości nad innymi, materializowała się po prostu taką polityką i postawami. Wszędzie, powtórzmy, czy chodziło o katolików, czy o protestantów, biały Europejczyk nawracał. Oczekiwał, że rdzenni mieszkańcy podbitych ziem wyrzekną się pierwotnych wierzeń, wartości, kultury i obyczajów. Zmienią tożsamość (kiedyś mówiono: ucywilizują się).

Podbój Ameryki Południowej przez Hiszpanów, kolonizacja Ameryki Północnej przez uchodźców z Europy, Kongo katolickiego króla Leopolda, podbój Namibii przez kajzerowskie Niemcy, brytyjskie panowanie w Indiach, wojny Francji w Algierii… w każdym przypadku struktury duchowne albo przyłożyły rękę do tragedii kolonizowanych, albo odwracały wzrok. Tak czy inaczej, mają swój udział w wykorzenianiu autochtonów z ich kultury i brutalnym traktowaniu.
Na te procesy nałożył się ponadto od XIX w. rozwój kapitalistycznych stosunków produkcji w świecie zachodnim, takich relacji społecznych oraz potrzeba zysków i pomnażanie posiadanego kapitału.

Kolonializm był tego wszystkiego właśnie funkcją. Aby pomnażać kapitał, zwiększać produkcję i konsumpcję potrzebna była tania siła robocza oraz surowce, których dostarczały kolonie. Instytucje religijne z Europy, załatwiając swoje „duchowe” (choć nie tylko) interesy – nawrócenia, ewangelizacja, powiększanie ilości wiernych, co dawało określone dochody – miały te same zadania, będąc sprzężonymi z władzami kolonialnych potęg i realizując ich interesy narodowo-systemowe. Kapitalizm potrzebował kolonii do eksploatacji, instytucje religijne miały przygotować biernych, wiernych i potulnych wykonawców. Módl się i pracuj – powiedzieć miał w VI w. n.e. św. Benedykt z Nursji. Wszystkie kościoły pilnie tę zasadę realizowały na terenach podbitych przez Europejczyków. Kanadyjskie szkoły z internatem były tu formą ekstremalną: wychowywały zasymilowanych, wyzutych z tożsamości ludzi, gotowych pokornie godzić się z rolą taniej siły roboczej.

Gdy dekolonizacja stała się faktem, Kościół katolicki po prostu dostosował się do nowej sytuacji. Nauką Jana Pawła II wprowadził do doktryny i praktyki termin inkulturacji. Nowe-stare narzędzie w misji katolicyzacji niechrześcijańskich i niekatolickich kultur, pod lepszą nazwą zamiast „spalonego” nawracania. Tak czy inaczej, efekt miał być ten sam.

I jeszcze jedna refleksja na marginesie. Wiadomo, że praktyki odbierania przemocą dzieci autochtonom i ich „cywilizowanie” miało miejsce na szeroką skalę jeszcze w latach 70. XX. Nie tylko w Kanadzie, bo i w Australii, która w dodatku rozlicza się z tą przeszłością dużo oględniej. Jak w takiej optyce można poważnie traktować pohukiwania tych krajów pod adresem byłego Bloku Wschodniego, załamywanie rąk nad „niską jakością młodej demokracji”, także polskiej, która to jakość ma być efektem obciążającego socjalistycznego dziedzictwa? Zacznijcie od siebie. Zacznijcie od siebie – za Sokratesem chce się powiedzieć politykom tych państw, gdzie jeszcze pod koniec XX w. miały miejsce zjawiska mające wymiar masowych zbrodni.

Autorstwo: Radosław Czarnecki
Źródło: Strajk.eu

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars Liczba głosów: 5, średnia ocena: 5,00 (max 5)
Loading...

TAGI: , ,

Poznaj plan rządu!

OD ADMINISTRATORA PORTALU

Hej! Cieszę się, że odwiedziłeś naszą stronę! Naprawdę! Jeśli zależy Ci na dalszym rozpowszechnianiu niezależnych informacji, ujawnianiu tego co przemilczane, niewygodne lub ukrywane, możesz dołożyć swoją cegiełkę i wesprzeć "Wolne Media" finansowo. Darowizna jest też pewną formą „pozytywnej energii” – podziękowaniem za wiedzę, którą tutaj zdobywasz. Media obywatelskie, jak nasz portal, nie mają dochodów z prenumerat ani nie są sponsorowane przez bogate korporacje by realizowały ich ukryte cele. Musimy radzić sobie sami. Jak możesz pomóc? Dowiesz się TUTAJ. Z góry dziękuję za wsparcie i nieobojętność!

Poglądy wyrażane przez autorów i komentujących użytkowników są ich prywatnymi poglądami i nie muszą odzwierciedlać poglądów administracji "Wolnych Mediów". Jeżeli materiał narusza Twoje prawa autorskie, przeczytaj informacje dostępne tutaj, a następnie (jeśli wciąż tak uważasz) skontaktuj się z nami! Jeśli artykuł lub komentarz łamie prawo lub regulamin, powiadom nas o tym formularzem kontaktowym.

1
Dodaj komentarz

Chcesz skomentować? Zaloguj się!
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
Antonina
Użytkownik
Antonina

„Wszędzie, powtórzmy, czy chodziło o katolików, czy o protestantów, biały Europejczyk nawracał. Oczekiwał, że rdzenni mieszkańcy podbitych ziem wyrzekną się pierwotnych wierzeń, wartości, kultury i obyczajów”.
Też mi odkrycie. „W pustyni i w puszczy” jest lekturą obowiązkową w podstawówce, i przedstawia tę mentalność dzieciom z wielkim literackim polotem.
https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/w-pustyni-i-w-puszczy.html
————————–
— Czy radzi jesteście, że przyjechaliście do mnie? — zapytał Mahdi.
— Nie, proroku. Zostaliśmy porwani mimo naszej woli od naszych ojców.
Prosta ta odpowiedź uczyniła pewne wrażenie — i na przywykłym do pochlebstw władcy, i na obecnych. Kalif Abdullahi zmarszczył brwi. Grek przygryzł wąsy i począł wyłamywać sobie palce, Mahdi jednakże nie przestał się uśmiechać.
— Ale — rzekł — jesteście za to u źródła prawdy. Czy chcesz napić się z tego źródła?
Nastała chwila milczenia, więc Mahdi sądząc, że chłopiec nie zrozumiał pytania, powtórzył je wyraźniej:
— Czy chcesz przyjąć moją naukę?
Na to Staś ręką, którą trzymał przy piersiach, zrobił nieznacznie znak krzyża świętego, jakby z tonącego okrętu miał skoczyć w odmęt wodny.
— Proroku — rzekł — twojej nauki nie znam, więc gdybym ją przyjął, uczyniłbym to tylko ze strachu jak tchórz i człowiek podły. A czyż zależy ci na tym, by wiarę twoją wyznawali tchórze i ludzie podli?
I tak mówiąc patrzył wciąż wprost w oczy Mahdiego. Uczyniła się taka cisza, że słychać było brzęczenie much.
Lecz stała się zarazem rzecz nadzwyczajna. Oto Mahdi zmieszał się i na razie nie umiał znaleźć odpowiedzi. Uśmiech zniknął mu z twarzy, na której odbiło się zakłopotanie i niechęć. Wyciągnąwszy rękę wziął tykwę napełnioną wodą z miodem i począł pić, ale widocznie dlatego tylko, by zyskać na czasie i pokryć zmieszanie.
A dzielny chłopak, nieodrodny potomek obrońców chrześcijaństwa, prawa krew zwycięzców spod Chocimia i Wiednia, stał z podniesioną głową czekając wyroku. Na wychudłych, opalonych przez pustynny wicher policzkach wykwitły mu jasne rumieńce, oczy rozbłysły, a ciałem wstrząsnął dreszcz zapału. „Oto — mówił sobie — wszyscy inni przyjęli jego naukę, a jam nie zaparł się wiary ni duszy.” I lęk przed tym, co mogło i miało nastąpić, przytaił mu się w tej chwili w sercu, a natomiast zalała je radość i duma.
A tymczasem Mahdi postawił tykwę i zapytał:
— Więc odrzucasz moją naukę?
— Jestem chrześcijaninem jak mój ojciec…
————————–
Linde zgodził się na pomoc w opatrunkach, ale nie zgodził się na przewiezienie.
— Ja wiem — mówił wskazując na swoich Murzynów — że ci ludzie muszą pomrzeć, ale póki nie pomrą, nie mogę ich skazać na rozszarpanie żywcem przez hieny, które nocami ogień tylko trzyma w oddaleniu.
I począł powtarzać gorączkowo:
— Nie mogę, nie mogę, nie mogę!
Lecz uspokoił się zaraz i mówił dalej jakimś dziwnie wzruszonym głosem:
— Przyjdź tu jutro rano… Ja mam do ciebie prośbę, którą jeśli spełnisz, to może Bóg wyprowadzi was z tych afrykańskich czeluści, a mnie da śmierć lekką. Chciałem tę prośbę odłożyć do jutra, ale ponieważ jutro mogę już być nieprzytomny, więc wypowiem ją dziś: weź wody w jakie naczynie, zatrzymaj się przed każdym z tych śpiących biedaków, pryśnij na niego wodą i powiedz te słowa: „Ja ciebie chrzczę — w imię Ojca, i Syna, i Ducha!…”
Tu wzruszenie zatamowało mu głos i umilkł.
— Wyrzucam sobie — mówił po chwili — żem się nie żegnał tak z tymi, którzy umierali na ospę, i z tymi, którzy posnęli poprzednio. Lecz teraz śmierć stoi nade mną… i chciałbym… choć z tą resztą mojej karawany pójść razem w tę ostatnią wielką podróż…
To rzekłszy wskazał ręką na rozpromienione niebo — i dwie łzy spłynęły mu z wolna po policzkach.
Staś płakał jak bóbr.

ROZDZIAŁ XXXIV
Nazajutrz poranne słońce oświeciło dziwne widowisko. Staś chodził wzdłuż skalnej ściany, zatrzymywał się przed każdym Murzynem, skrapiał mu czoło wodą i wymawiał nad nim sakramentalne słowa. A oni spali z drżeniem rąk i nóg, z głową spuszczoną na piersi lub podniesioną do góry, żywi jeszcze, a podobni już do trupów. I tak się odbywał ten chrzest śpiących, w ciszy porannej, w blasku słonecznym, w głuszy pustynnej. Niebo było tego dnia bez chmur, wysokie, siwobłękitne i jakby smutne.
————————–
Oboje z Nel, prócz klejenia latawców i obok innych codziennych zajęć, zabrali się także do nawracania Kalego, Mei i Nasibu. Ale poszło to trudniej, niż się spodziewali. Czarna trójka słuchała jak najchętniej nauk, ale pojmowała je na swój, właściwy Murzynom, sposób.
[…]
— Powiedz mi — zapytał Staś — co to jest zły uczynek?
— Jeśli ktoś Kalemu zabrać krowy — odpowiedział po krótkim namyśle — to jest zły uczynek.
— Doskonale! — zawołał Staś — a dobry?
Tym razem odpowiedź przyszła bez namysłu:
— Dobry, to jak Kali zabrać komu krowy.
Staś był zbyt młody, by zmiarkować, że podobne poglądy na złe i dobre uczynki wygłaszają i w Europie — nie tylko politycy, ale i całe narody.
————————–

Czyż to nie piękne? Gdyby Staś nawrócił się na islam, to byłoby złe. Kiedy Staś chrzci Murzynów w stanie śpiączki, nie zastanawiając się w ogóle, czy oni by się na to zgodzili, to jest dobre.
Kali jako alter ego Sienkiewicza? ;)