Wieczór andrzejkowy

Opublikowano: 05.08.2020 | Kategorie: Opowiadania

Liczba wyświetleń: 391

Gospodynie się tak zawstydziły, że zaprzestały robić przyprawę zwaną „miłośnicą”.

Pyzy Małe to niewielka wieś na Mazurach, która leży daleko od dużych miast i z dala od głównych dróg. Otoczona jest mokradłami i małymi jeziorami i z tej przyczyny trudno tam dojechać. W wiosce jest kilkanaście małych gospodarstw rybackich i rolniczych. Wieś znano w okolicy z gospodarności i z wytwarzania ziołowej przyprawy do likierów i wódek, o której to mówiono, że działa na serce, ale w miłosnym znaczeniu, dlatego zwano ją „miłośnicą”. Miejscowość znano też na policji, ale z innej strony. W Pyzach Małych wytwarzano bimber i nikt nie mógł tego zwalczyć lub też nie chciał, bo tu panowała nędza, a bimber był wspaniały. Tak więc litość organów ścigania i dobry smak trunku szły w parze ku zadowoleniu mieszkańców.

Swego czasu zawiązało się tu Koło Gospodyń Wiejskich, a w tym roku obchodziło ono swój jubileusz dziesięciolecia istnienia. Stało się to okazją do świętowania i gospodynie postanowiły uczcić go w czasie tegorocznych zabaw andrzejkowych. Dodatkowym powodem wyboru tej daty był fakt, że nowy sołtys miał na imię Andrzej i swoje imieniny obchodził w czasie zabawy andrzejkowej.

Pan Andrzej od urodzenia mieszkał w tej wiosce i prowadził gospodarstwo rolne. Od wielu lat był wdowcem i wszystkie gospodynie przypuszczały, że szuka nowej żony. Sołtys był wysokim i przystojnym mężczyzną. Miał około pięćdziesięciu lat i nie stronił od zabaw, dobrego jedzenia i lubił wypić sobie coś mocnego. Czasami też pokazywał się na nabożeństwie w kościele.

Gospodynie zmówiły się, żeby sołtysa Andrzeja ożenić z którąś z nich, bo wśród nich też były wdowy i stare panny. Niektóre gospodynie chciały za niego wydać którąś ze swoich córek.

Andrzejkowa zabawa dobrze się do tego nadawała. Można było zabawić się, zatańczyć i napić się czegoś dobrego, a wtedy języki rozwiązałyby się i mowa stałaby się prostsza, a serce mogłoby się też przed kimś otworzyć.

Jednak z tym przyzwoitym zamiarem wiązała się pewna trudność. Gospodynie były ubogie, a napoje alkoholowe drogie i bimber też miał swoją cenę. Mimo tego zmówiły się, że każda przyniesie pół litra wódki lub bimbru, a to wszystko wleją do jednej butli i zaprawią do smaku słynną przyprawą do likierów i wódek zwaną „miłośnicą”. W ten sposób powstanie „andrzejkowy napój” ku radości sołtysa Andrzeja i może jakiejś jego wybranki. Któż to wie?

Gospodynie miały trudne i ubogie życie w Pyzach Małych. Nie stać je było na alkohol i bimbru też szkoda było, a że to mądre i zaradne były to kobiety, więc każda z osobna wpadła na ten sam, praktyczny pomysł.

„Cóż to ja będę płacić za wódkę lub też bimber tracić, skoro i tak nie jestem pewna, czy sołtys mnie zechce albo czy też na moją córkę choć raz spojrzy. A i pieniędzy mi szkoda. Wezmę ja sobie pół litra wody do butelki i wleję do tej wspólnej butli, a gospodynie zaprawią to i nikt nic wiedzieć nie będzie”, tak, lub podobnie pomyślała sobie każda z tych gospodyń.

Zbliżał się wieczór andrzejkowy i gospodynie przyniosły dobre jadło oraz po flaszce pełnej wody. Każda z nich osobno wlała do butli wodę i na koniec zaprawiono to przyprawą „miłośnicą”. Zadowolone, że nikt nic nie odkrył i nie zauważył, czekały radośnie na sołtysa. Pan Andrzej przyszedł wielce zadowolony, bo domyślał się, że gospodynie i ich córki będą się do niego zalecać, a w tym miała pomóc nalewka z przyprawą „miłośnicą”.

Taki był tu andrzejkowy zwyczaj, że zawsze sołtys pierwszy próbował nalewki. Wziął pan Andrzej kieliszek do ust i wypił jego zawartość. Nagle wściekł się, rzucił kieliszkiem o ziemię i gwałtownie wyszedł z izby, trzaskając drzwiami. Wtedy to gospodynie zrozumiały, że wszystkie one bimbru i wódki pożałowały.

Widziano, jak pan Andrzej zaprzągł dwa konie do wozu, wziął ze sobą worek przyprawy „miłośnicy” i beczkę bimbru. Z tym udał się do sąsiedniej wioski. Sporo czasu tam siedział, aż na trzeci dzień wrócił do swojej wsi, ale bez przyprawy i beczki, ale za to z Helenką — ładną dziewczyną, córką gospodarza, u którego ten czas spędził. A gospodynie się tak zawstydziły, że już bimbru nie pędziły, a nawet zaprzestały robić przyprawę zwaną „miłośnicą”.

Autorstwo: Marek Sikorski
Ilustracje: Pieter Bruegel (starszy)
Ze zbioru opowiadań pt. „Zgubny urok”
Źródło: WolneMedia.net

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars Liczba głosów: 1, średnia ocena: 5,00 (max 5)
Loading...

OD ADMINISTRATORA PORTALU

Hej! Cieszę się, że odwiedziłeś naszą stronę! Naprawdę! Jeśli zależy Ci na dalszym rozpowszechnianiu niezależnych informacji, ujawnianiu tego co przemilczane, niewygodne lub ukrywane, możesz dołożyć swoją cegiełkę i wesprzeć "Wolne Media" finansowo. Darowizna jest też pewną formą „pozytywnej energii” – podziękowaniem za wiedzę, którą tutaj zdobywasz. Media obywatelskie, jak nasz portal, nie mają dochodów z prenumerat ani nie są sponsorowane przez bogate korporacje by realizowały ich ukryte cele. Musimy radzić sobie sami. Jak możesz pomóc? Dowiesz się TUTAJ. Z góry dziękuję za wsparcie i nieobojętność!

Poglądy wyrażane przez autorów i komentujących użytkowników są ich prywatnymi poglądami i nie muszą odzwierciedlać poglądów administracji "Wolnych Mediów". Jeżeli materiał narusza Twoje prawa autorskie, przeczytaj informacje dostępne tutaj, a następnie (jeśli wciąż tak uważasz) skontaktuj się z nami! Jeśli artykuł lub komentarz łamie prawo lub regulamin, powiadom nas o tym formularzem kontaktowym.

Możliwość komentowania jest wyłączona.