Zagrzebani w… śmieciach

Opublikowano: 15.09.2011 | Kategorie: Ekologia i przyroda | RSS komentarzy

Całkiem niedawno większość światowych serwisów informacyjnych pokazała wstrząsające zdjęcia z półwyspu somalijskiego. Tylko w tym roku z powodu głodu umarło tam kilkadziesiąt tysięcy ludzi. W większości dzieci. Kolejne setki tysięcy opuściły swoje domy, by szukać pożywienia. W tym samym czasie bogata Północ wyrzuciła miliony ton żywności.

Tegoroczny głód w Rogu Afryki jest wynikiem najdotkliwszej od dziesięcioleci suszy. Jej skutki dotknęły 12 mln ludzi, nie tylko w Somalii, ale też w sąsiednich krajach. Skala tej tragedii jest wyjątkowa. Jednak sam głód niczym wyjątkowym nie jest – to wciąż jeden z najpoważniejszych i najbardziej wstydliwych światowych problemów. Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) szacuje, że prawie miliard ludzi na całym świecie cierpi z powodu niedożywienia. W liczbach bezwzględnych najwięcej jest ich w Azji i regionie Pacyfiku. Gdy spojrzeć na procenty najgorzej jest w Afryce Subsaharyjskiej. Co trzeci jej mieszkaniec odczuwa głód.

Niedożywienie – choć trudno porównywać tę sytuację z tym co dzieje się w krajach Trzeciego Świata – dotyka także mieszkańców państw lepiej rozwiniętych. Wystarczy wspomnieć, że w Polsce nie dojada nawet co piąte dziecko. W bogatych Stanach Zjednoczonych problem dotyka kilkudziesięciu milionów ludzi. Nawet w UK szacunki mówią o czterech milionach osób, których nie stać na pełnowartościową dietę.

Jednocześnie światowa gospodarka produkuje wystarczającą ilość żywności, by nakarmić wszystkich mieszkańców globu.

Co się z nią dzieje? Trafia na śmietniki w krajach wysokorozwiniętych. 25 proc. jedzenia, które jest wyrzucane w Stanach Zjednoczonych i Europie wystarczyłoby do nakarmienia wszystkich tych, którzy dziś cierpią z powodu głodu.

NAKARMIĆ 5000

Bardzo efektownie pokazał to Tristram Stuart, który wraz ze stowarzyszeniem „This is Rubbish”, dwa lata temu zorganizował na Trafalgar Square imprezę o biblijnej nazwie „Nakarmić 5000”. Na londyńskim placu stanęły wówczas żółte kontenery po brzegi wypełnione jedzeniem. Wolontariusze przygotowywali warzywne curry i owocowe „smoothies”. Rozdawali też chętnym warzywa i owoce. Wykorzystano tonę marchewek, ziemniaków oraz pasternaku. Do tego prawię ćwierć tony cebuli i tosty. Z owoców – przy użyciu energii wytworzonej z pomocą roweru – robiono soki, które trafiały do spragnionych i zaciekawionych londyńczyków.

Niby nic nadzwyczajnego. Kolejna akcja jakiegoś stowarzyszenia charytatywnego chcącego zwrócić uwagę na problem, którym się zajmuje lub działania firmy szukającej dobrego „pijaru”. Jednak to co zrobił Stuart było w pewien sposób wyjątkowe. Wszystkie produktu, którymi karmił londyńczyków były bowiem… śmieciami. Warzywa i owoce pochodziły przede wszystkim z lokalnych supermarketów.

Przekazano je Stuartowi, ponieważ inaczej i tak wylądowałyby w kontenerze. Niektóre z powodu przekroczenia daty „best before” lub po prostu za dużego zamówienia dokonanego przez sklep. Inne ze względu na kształt, który dyskwalifikował je jako produkt przeznaczony na sklepowe półki. Do tej ostatniej kategorii należały też produkty, które „This is Rubbish” dostało od farmerów. Ich nieatrakcyjny wygląd powodował bowiem, że nie było szansy na ich sprzedanie. Gdyby nie ugotowano ich na Trafalgar – prawdopodobnie by zgniły.

W Wielkiej Brytanii co roku do śmietników trafia 20 mln ton żywności. Rodzina z dziećmi przeciętnie pozbywa się tygodniowo ponad 7 kg żywności. Gospodarstwa domowe wyrzucają 25 proc. tego co kupują i mimo to odpowiadają za zaledwie 40 proc. całego marnotrawstwa. Reszta przepada gdzieś w łańcuszku prowadzącym od producenta do dystrybutora. Wiele żywności jest wyrzucane lub niszczone już na farmach – przede wszystkim ze względu na swój „nienormatywny” kształt lub wygląd. Taki los spotyka nawet 40 proc. produkcji. Inne lądują na sklepowych śmietnikach, ponieważ mija ich „sell by date”, chociaż w rzeczywistości są jeszcze dobre i bez problemu nadają się do jedzenia. Co ciekawe szacuje się, że 10 proc. gazów cieplarnianych produkowanych przez państwa rozwinięte powstaje w procesie produkcji żywności, która nigdy nie zostanie spożyta.

Tak duże marnotrawstwo jest przedmiotem troski kilku stowarzyszeń, które starają się wymusić wprowadzenie zmian prawnych mających zmusić sieci handlowe do jego ograniczania. Wśród pomysłów jest m. in. zakazanie umieszczania na produktach daty „best before”, która nie mówi o okresie przydatności do spożycia, a jednocześnie wymusza na sklepach pozbywanie się produktów, które ją przekroczyły. Działacze domagają się także zmiany wielkości opakowań i uruchomienia elektrowni opartych o fermentację anaerobową.

BUTELKI, PLASTIK, PAPIER

Marnotrawienie żywności jest głośnym problemem. Głównie za sprawą kontekstu, którym jest głód dotykający setki milionów ludzi na całym świecie. Jednak na brytyjskie śmietniki trafiają nie tylko warzywa, owoce i chleb. Można znaleźć na nich także rzeczy, które później są z powodzeniem sprzedawane w biedniejszych krajach.

Przeciętny Brytyjczyk wyrzuca rocznie kilkaset kilogramów śmieci. Jeszcze niedawno mówiono o tym, że ich suma to 430 mln ton rocznie, a więc – zgodnie z wyliczeniem Waste Online – takie tempo jest wystarczające, by Albert Hall wypełnić w niespełna dwie godziny. Śmieci pochodzące jedynie z gospodarstw domowych to odpowiednik 3,5 mln piętrowych autobusów. Ustawione w linii sięgnęłyby z Londynu do Sydney i z powrotem. Dziś jest już znacznie lepiej i agencje rządowe mówią, że w sumie – wliczając odpady przemysłowe – Wielka Brytania w każdym roku musi się uporać ze 170 mln ton. Zmniejszające się ilość odpadów jest przede wszystkim wynikiem tego, że do jej ograniczenia zmuszono przedsiębiorstwa.

Znacząca część „domowych” śmieci to opakowania. Rocznie na rodzinę przypada 330 butelek i słoików. Brytyjskie supermarkety wydają też 6 mld plastikowych reklamówek (dużo, ale o połowę mniej niż na początku lat 2000). 20 proc. zawartości koszy na śmieci to papier – opakowania po pizzach, rachunki, niepotrzebne dokumenty oraz przeczytane gazety i magazyny. Te ostatnie są jednak w większości ponownie wykorzystywane. Problemem są za to plastikowe opakowania, których przybywa w bardzo szybkim tempie, a ich okres rozkładu wynosi ponad 400 lat, a do niedawna ponownie wykorzystywano zaledwie kilka procent z nich.

Taką wyliczankę można prowadzić długo. Tony drewna, setki tysięcy baterii, aluminiowe puszki, świetlówki i zużyty olej samochodowy. Brytania produkuje ogromne ilości wszystkich tych odpadków. Problemem jest jednak nie tylko ich ilość, ale też to, co się z nimi dzieje. Choć jest coraz lepiej to Wyspy wciąż pozostają w tyle za wieloma krajami Europy zachodniej oraz Skandynawii, gdy chodzi o zakres w jakim śmieci ulegają przetworzeniu i ponownemu wykorzystaniu.

ŚMIECI Z ZACHODU NA SPRZEDAŻ W POLSCE

Obok opakowań, siatek i rachunków do śmieci trafiają też bardziej przydatne rzeczy. Na tyle przydatne, że często są one odsprzedawane zagranicą. Najważniejsze wśród nich to elektronika i sprzęt AGD. Rocznie na śmietniki trafia nawet 1 mln ton takiego sprzętu (niektórzy mówią o 2 mln). Odpowiada to 15 proc. tej kategorii „odpadów” w Unii Europejskiej. Ponad 40 proc. tych przedmiotów to lodówki, kuchenki i pralki. Zaraz za nimi pojawiają się komputery i monitory, których Brytyjczycy co roku wyrzucają kilkaset tysięcy ton. Większość tego sprzętu mogłaby być po niewielkiej naprawie dalej używana, a niekiedy chodzi nawet o sprawne urządzenia, które zostały po prostu wymienione na nowsze.

Podobnie jest zresztą także w wielu innych krajach zamożnej Europy zachodniej. Stary sprzęt trafia na śmietnik, bo kupiono nowy. Co ciekawe ten stary jest jeszcze na tyle sprawny, że w krajach mniej zamożnych bez trudu może znaleźć… nabywcę. Dowodzi tego choćby przykład wielkopolskiego Czaczu, którego mieszkańcy żyją właśnie ze sprzedaży takich „śmieci”.

Mieszkańcy tego miasteczka utrzymują się z handlu. Sprzedają to co znajdą wystawione przed domy lub wyrzucone w bogatszych od Polski krajach – przede wszyskim w Niemczech. Klientom oferują m. in. meble, wyposażenie kuchni, płyty oraz elektronikę. Popyt na te towary jest tak duży, że pozwala na to, by utrzymywała się z niego niemal cała wieś. Co ciekawe na zakupy do Czaczu przyjeżdżają nie tylko ludzie z pobliskiego Poznania, ale zdarzają się też np. Ukraińcy, którzy zdobyte towary zawożą do siebie i tam odsprzedają po jeszcze wyższej cenie.

Większość towarów w Czaczu pochodzi z Niemiec. „Śmieci” z Wysp wyjeżdżają głównie do Afryki. Jej eksportem zajmują się duże przedsiębiorstwa, które hurtowo odkupują np. działające i wyrzucane telewizory. Cena „za sztukę” to około 1,5 do 2 funtów. Sprzęt jest później eksportowany i sprzedawany na Czarnym Lądzie. Przy okazji odbywa się jednak też nielegalny wywóz uszkodzonych tzw. e-śmieci, które mogą być toksyczne i niebezpieczne dla zdrowia. Ich miejscem docelowym stają się wysypiska w Afryce, gdzie póki co nikt nie przejmuje się zagrożeniem ekologicznym, które stwarzają. Zresztą swoje śmieci eksportują tam także inne europejskie państwa. Na przykład – jak donoszą ekologowie oraz zajmujący się tą tematyką dziennikarze – Somalia stała się centrum składowania toksycznych i radioaktywnych odpadów dla Włoch.

„Na handel” nadaje się jednak nie tylko sprzęt RTV i AGD. Innym rodzajem towarów, które szerokim strumieniem płyną z Wielkiej Brytanii do krajów rozwijających się – przede wszystkim Afryki – są ubrania. Obecna w Wielkiej Brytanii moda na częste zmienianie garderoby, niskie ceny ubrań oraz ich ogromna dostępność, powoduje, że sklepy sprzedają ogromne ilości „ciuchów”.

Wiele z nich jest noszonych raz. Inne w ogóle. Szacuje się, że rocznie Brytyjki wydają 1,6 mld funtów na ubrania, których nigdy nie założą. W szafie przeciętnej mieszkanki Londynu można znaleźć nowe ubrania warte ponad 300 funtów. Mężczyźni są niewiele lepsi – średnia dla nich to 250 funtów.

Patrząc na te dane nie może dziwić, że na śmietniki trafia co roku 2 mln ton ubrań. Ponownie wykorzystywane jest zaledwie 16 proc. z nich. Pozostałe – zdaniem Brytyjczyków – trafiają na śmietniska. W rzeczywistości znaczna część z tych często nowych „śmieci” jest zagospodarowywana przez różne firmy, które zajmują się ich eksportem do biedniejszych krajów. Ubrania są odkupywane – także od licznych stowarzyszeń charytatywnych – i wywożone do miejsc, gdzie znane światowe marki robią wrażenie, a aktualność fasonu jest zdecydowanie mniej ważna.

PROBLEMY Z „RECYKLINGIEM”

Wywożenie i składowanie tak dużej liczby odpadów powoduje spore trudności. Roczne koszty, które ponoszą samorządy z tego tytułu liczy się w setkach milionów funtów. Do niedawna dużym problemem – choć to powoli się zmienia – była łatwość znalezienia miejsca na składowanie śmieci. Zamknięte kopalnie i puste szyby, których w Wielkiej Brytanii nie brak doskonale nadawały się na wysypiska śmieci. To powodowało, że brakowało motywacji do zwiększania stopnia, w którym ponownie wykorzystuje się odpady.

Dziś sytuacja się zmieniła. „Recycling” jest modny. Do tego coraz ostrzejsze wymogi stawia Unia Europejska oraz bardziej świadomi konsumenci. Dzięki działaniu organizacji takich jak „This is Rubbish” oraz groźbie zmiany prawa zdecydowanie poprawiła się też sytuacja w sieciach handlowych, które wyczuwając zmieniające się społeczne nastawienie (i znając siłę bojkotu konsumenckiego w UK) same zaczęły wprowadzać zmiany. W kilka lat o połowę zmniejszono nie tylko ilość plastikowych reklamówek wydawanych klientom, ale też w ogóle śmieci, które ze sklepów trafiały na wysypiska. Znacznie lepiej jest także gdzie indziej. Jeszcze w 2001 roku ponownie wykorzystywano 11 proc. śmieci z gospodarstw domowych. Dziś osiągnięto poziom wymagany przez Unię Europejską, a więc 40 proc.

Mimo, że Wyspy wciąż pozostają w tyle za krajami skandynawskimi i niektórymi państwami Europy zachodniej, to tempo, w którym poprawiono tę statystykę jest rzeczywiście imponujące. Zwłaszcza, że gdy spojrzeć na śmieci „przemysłowe” to jest jeszcze lepiej i poziom ponownego użycia przekracza już 50 proc. DEFRA chwali się, że zmniejszenie się emisji dwutlenku węgla, które dzięki temu uzyskano odpowiada usunięciu z dróg 5 mln samochodów.

Autor: Tomasz Borejza
Źródło: eLondyn

TAGI: , , , , , , ,

OD ADMINISTRATORA PORTALU: Hej! Cieszę się, że odwiedziłeś naszą stronę! Naprawdę! Jeśli zależy Ci na dalszym rozpowszechnianiu niezależnych informacji, ujawnianiu tego co przemilczane, niewygodne lub ukrywane, możesz dołożyć swoją cegiełkę i wesprzeć "Wolne Media" finansowo. Darowizna jest też pewną formą „pozytywnej energii” – podziękowaniem za wiedzę, którą tutaj zdobywasz. Media obywatelskie, jak nasz portal, nie mają dochodów z prenumerat ani nie są sponsorowane przez bogate korporacje by realizowały ich ukryte cele. Musimy radzić sobie sami. Jak możesz pomóc? Dowiesz się TUTAJ. Z góry dziękuję za wsparcie i nieobojętność!

Poglądy wyrażane przez autorów i komentujących użytkowników są ich prywatnymi poglądami i nie muszą odzwierciedlać poglądów administracji "Wolnych Mediów". Jeżeli materiał narusza Twoje prawa autorskie, przeczytaj informacje dostępne tutaj, a następnie (jeśli wciąż tak uważasz) skontaktuj się z nami! Jeśli artykuł lub komentarz łamie prawo lub regulamin, powiadom nas o tym formularzem kontaktowym.

3 komentarze

  1. antek 15.09.2011 13:04

    najwazniejsze zeby zajac sie przyczyna a nie skutkiem. mowie odnosnie glody w Afryce. Marnotrastwo jedzienia w bogatym swiecie to odrebny problem.
    Oczywiscie, można tym marnowanym jedzeniem karmić głodujących ludzi, co jest ważne bo bezpośrednio ratuje życie tych ludzi, ale ciągle nie rozwiązuje problemu

  2. peakoil 15.09.2011 15:41

    Nie wydaje się wam że to jest gotowy argument dla wszelkiej maści terrorystów?
    Tylko sobie wyobrazić jak jakiś mułła, wataszka, czy inna postać mająca duże poparcie w swoim otoczeniu pokaże swoim ziomkom filmy, zdjęcia i inne materiały jak to zachód a w przypadku Afryki północ marnuje żywność, zanieczyszcza „świętą ziemię”, zatruwa ich przez nielegalne składowiska.

    I to w dużych rozdzielczościach, z komentarzem samych sprawców tych nieszczęść. Nie jakieś zmanipulowane materiały tylko oficjalne czołowych instytucji państwowych oraz organizacji pro ekologicznych.
    Hałdy niesprzedanego chleba, owoców, warzyw,gnijącego mięsa, niewytłumaczalna rozrzutność.

    A oni tam przez nas głodują, są zabijani produkowanymi w Stanach i Europie karabinami. Nie mogą eksportować swoich wyrobów bo dotacje Unijne niszczą równowagę konkurencji.

    Na to wszystko pada hasło wykończyć ich nim oni (znaczy Europę) wykończy nas. Alkaida nam pomoże, kraje muzułmańskie stwierdzą u nas wszyscy są równie głodni.
    Na czele przewrotów staną przywódcy religijni.

    Krucjaty tylko w przeciwnym kierunku.

  3. ARTUR 15.09.2011 23:45

    W tej kwestii akurat mieliby rację bo marnotrawstwo jest narzucane przez przepisy które mają zapobiegać wywozowi żywności aby można było na tych biednych krajach lepiej zarobić .Firmom nie wolno udostępniać żywności biednym gdyż wykończy je skarbowy w każdym tzw. cywilizowanym świecie ,nawet kościoły będące na usługach władzy popierają jej działania w zamian za profity od nowych dusz .

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz.
Jeśli już się logowałeś - odśwież stronę.