Sokół w klatce

Opublikowano: 02.05.2017 | Kategorie: Polityka, Publicystyka

Liczba wyświetleń: 1144

Mimo, że Zachód bardzo liczy na większe zaangażowanie Jordanii w konflikt syryjski i iracki, jej mały król musi powściągnąć swe ambicje.

Patrząc z boku mogło wyglądać na to, że król Abdullah stracił orientację: w jednym tygodniu pojechał do Moskwy, aby rozmawiać z prezydentem Putinem jak ustabilizować sytuację w Syrii przy zachowaniu władzy Baszara al-Assada, ale w następnym tygodniu był już w Waszyngtonie, aby zapytać jak Jordania może wspomóc plan Donalda Trumpa podziału Syrii na tzw. strefy bezpieczne, czyli wygodne dla Zachodu kawałki.

To było jednak tylko klasyczne rozpoznanie. Rządząca w Jordanii dynastia Haszemitów, potomków proroka Mahometa cieszy sie niemiłą reputacją notorycznych a przekupnych lawirantów, którzy zawsze lubili wygrywać jednych okupantów i wrogów przeciw drugim. Pra-pradziadek króla Abdullaha, szeryf Mekki, długo flirtował pomiędzy Stambułem a Londynem, zanim ostatecznie zdecydował się na brytyjskie złoto. Przed inwazją na Irak w 2003 roku król Abdullah też przyjmował u siebie posłów i od Saddama i od Busha, zanim zdecydował się, który z nich więcej mu zapłaci. Obecnie, w miarę jak wysychają saudyjskie petrodolary, król – za pośrednictwem rosyjskiej dyplomacji – nawiązał już cichy kontakt z Teheranem, arcyrywalem Rijadu, odczuwając coraz silniejsze operacje irańskich sił specjalnych wzdłuż jordańskich granic z Syrią i Irakiem. Swego czasu to właśnie sam Abdullah podniósł alarm w sprawie „szyickiego półsiężyca”, za pomocą którego Iran rozciągnął swoje wpływy na Irak, Syrię i Liban. Obecnie, widząc że nie może temu zapobiec, chyba stara się jakoś z Iranem ułożyć.

Taka postawa króla jest jednak zaprzeczeniem planów i i zachęt, jakie płyną do niego z Ameryki. Być może licząc na to, że jako półkrwi Amerykanin (jego matka była Amerykanką), król Abdullah wyraźniej weźmie stronę USraela, waszyngtoński Institute of Near East Policy wezwał go w zeszłym roku do tworzenia Większej Jordanii przez wchłonięcie „fragmentów Iraku i Syrii” w granice haszemickiego królestwa. Miałoby to powstrzymać szyicko-irańską ekspansję w kierunku zachodnim, czyli ku granicom Izraela. W nagrodę, Jordania miałaby uzyskać dwie wielkie rzeki, obiecujące pola naftowe i wielkie złoża fosfatów. Jednak Amman skrzywił się tylko: obiecanki-cacanki.

Król Abdullah jest bowiem także półkrwi Arabem i wie jak niebezpieczne jest na Wschodzie zagarnianie pod siebie zbyt wiele. Przez ostatnie stulecie Haszemici mienili się Królami Arabów, ale w tym czasie stracili dwie wielkie stolice – Damaszek i Bagdad – oraz trzy najświętsze miasta islamu: Mekkę, Medynę i Jerozolimę. Król Abdullah I, pradziadek obecnie panującego, zagnany na pustynię za Jordanem ciskał się wściekle „jak sokół w klatce kanarka”, ale przecież i on utracił połowę Palestyny, a jego syn – król Hussain – jej resztę. Jordański politolog Oraib Rantawi twierdzi, ze dopiero obecny król jest pierwszym monarchą, „o jordańskich a nie regionalnych ambicjach”.

Weźmy Syrię. Król Abdullah był pierwszym arabskim przywódcą, który wysunął żądanie odejścia Assada. Z pomocą funduszy z Arabii i Kataru przepychał on przez granicę najemników, wywiad, broń i pieniądze do wybranych grup tzw. “rebeliantów” na południu Syrii. Ale walki, które tym działaniem wywołał zaowocowały napływem miliona uchodźców w granice jego królestwa. Priorytet musiał się więc przesunąć z ofensywy przeciwko Syrii na obronę własnych granic przed globalnym dżihadyzmem, zresztą często w wykonaniu jordańskich terrorystów. A hojnie zasilani “rebelianci” na południu Syrii z niewielkimi wyjątkami utrzymali się nie dłużej niż rok przeciw syryjskiej armii, po czym zostali rozproszeni i wytarci mając z reguły ludność przeciwko sobie.

Niektórzy Jordańczycy nadal mówią o potrzebie stworzenia Frontu Południowego (Dżabhat al-dżanubi) w formie 10-kilometrowego pasa po syryjskiej stronie granicy. W ten sposób Amman wyszedłby naprzeciw koncepcji i wezwaniu Trumpa do tworzenia stref bezpieczeństwa. Byłaby to dla Jordanii ochrona przed dalszym napływem uchodźców, ale zwłaszcza przed Daeszem, którego terroryści-samobójcy już cztery razy szturmowali tę granice od czasu kontrofensywy wszystkich sił przeciw niemu.

Ale wyższe dowództwo armii jordańskiej doradza raczej współpracę z armią Assada. Gdyby wycofać jordańskie wojsko z Nasib, głównego przejścia granicznego z Syrią, które obecnie i od dawna jest zamknięte, Damaszek zapewne zgodziłby się na ponowne otwarcie starożytnego Szlaku Kadzidlanego czyli głównej handlowej Drogi Lewantyńskiej z północy na południe. Wojska Assada znów kontrolują ją na całej długości od granicy tureckiej po jordańską i handel mógłby ruszyć znów z Turcji przez Syrię, TIR-ami i cysternami do jordańskiego portu Aqaba oraz przez pustynię do krajów nad Zatoką Perską. Wszyscy po cichu bardzo za tym wzdychają, a i w drugą stronę Jordania mogłaby wkrótce skorzystać na odbudowie Syrii z ruin, która przecież długo czekać nie może. Jedyne co w tym przeszkadza to postawa USraela i brak zgody Zachodu w sprawie rozwiązania kryzysu syryjskiego.

Również co do Iraku Jordania musi dobrze rozważyć pomiędzy interesami emigrantów i relacjami z Bagdadem. Bogaci Irakijczycy, którzy po amerykańskiej inwazji 2003 roku uciekli i osiedli w Ammanie, walnie przyczynili się do rozwoju jordańskiej stolicy w jedno z najszybciej rosnących miast Wschodu. Mieszkając w podmiejskich pałacykach, sunniccy szejkowie plemienni z Anbaru wzywają przez sieci satelitarne do utworzenia w tej największej irackiej prowincji autonomicznego regionu dla sunnitów, tzw. iqlim, na podobieństwo tego, który na północy Iraku utworzono dla Kurdów. Granicząc z Jordanią i wspólnie z nią, taki sunnicki iqlim mógłby zagrodzić drogę dalszemu posuwaniu się Iranu na zachód. Ale taki handel Ammanu jedynie z pustynną prowincją skonfliktowaną z Bagdadem wypada blado w porównaniu z perspektywami dogadania się z Irakiem jako całością. Ewentualne dwustronne porozumienie o budowie rurociągu z szyickiej Basry do jordańskiego portu Aqaba niesie w sobie nadzieję na przekształcenie Jordanii w ważny węzeł handlu ropą naftową i gazem. Bagdad nie byłby przeciwny.

Najbardziej jednak ostrożny jest król Abdullah jeśli chodzi o Palestynę. Pamięta, że to przecież palestyńscy nacjonaliści zabili jego dziadka po tym, jak w 1948 roku oddał Żydom połowę Jerozolimy. Także jego ojciec, król Hussein ledwo uszedł z życiem w czasie palestyńskiej rewolty Czarnego Września 1970 roku. Król Abdullah woli trzymać się od nich z daleka. Mimo, że Palestyńczycy stanowią 55% ludności jego królestwa, odmawia przyjęcia większej roli w ich konflikcie z Izraelem i nie wtrąca się do wydarzeń na Zachodnim Brzegu. „Lepiej być żywym sokołem w klatce, niż zestrzelonym w locie”. Taka postawa i jej interpretacja najbardziej podoba się w Izraelu. Czyżby to wyjaśniało, dlaczego królowi tak wiele wolno w każdej innej sprawie?

Autorstwo: Bogusław Jeznach
Źródło: NEon24.pl


TAGI: ,

Poznaj plan rządu!

OD ADMINISTRATORA PORTALU

Hej! Cieszę się, że odwiedziłeś naszą stronę! Naprawdę! Jeśli zależy Ci na dalszym rozpowszechnianiu niezależnych informacji, ujawnianiu tego co przemilczane, niewygodne lub ukrywane, możesz dołożyć swoją cegiełkę i wesprzeć "Wolne Media" finansowo. Darowizna jest też pewną formą „pozytywnej energii” – podziękowaniem za wiedzę, którą tutaj zdobywasz. Media obywatelskie, jak nasz portal, nie mają dochodów z prenumerat ani nie są sponsorowane przez bogate korporacje by realizowały ich ukryte cele. Musimy radzić sobie sami. Jak możesz pomóc? Dowiesz się TUTAJ. Z góry dziękuję za wsparcie i nieobojętność!

Poglądy wyrażane przez autorów i komentujących użytkowników są ich prywatnymi poglądami i nie muszą odzwierciedlać poglądów administracji "Wolnych Mediów". Jeżeli materiał narusza Twoje prawa autorskie, przeczytaj informacje dostępne tutaj, a następnie (jeśli wciąż tak uważasz) skontaktuj się z nami! Jeśli artykuł lub komentarz łamie prawo lub regulamin, powiadom nas o tym formularzem kontaktowym.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz.
Jeśli już się logowałeś - odśwież stronę.