Radio i telewizja – niewykorzystana szansa

Opublikowano: 29.10.2010 | Kategorie: Media

Liczba wyświetleń wpisu: 35

O kształcie więzi społecznych w następnych dekadach zadecyduje między innymi to, czy w ciągu kilku najbliższych lat społeczeństwo będzie umiało opanować media elektroniczne i wykorzystać je do dobrych celów.

NADAL WAŻNY FRONT

Jesteśmy świadkami fundamentalnych zmian społecznych, spowodowanych niespotykanym tempem rozwoju nowych form komunikowania się. Wielu z nas zastanawia się, w jaki sposób mogą być one wykorzystane do tworzenia silniejszych, lepszych więzi społecznych. Upatrujemy szans zarówno w Internecie, dającym niemal nieograniczone możliwości kreowania i interaktywnego nadawania treści oraz powstawania struktur i wspólnot, jak i w powiększającym się gwałtownie spektrum nowych kanałów telewizyjnych i stacji radiowych – upakowanych cyfrowo, a więc gęściej w eterze. W tej wielości każdy ma mieć własną niszę, w której doskonale zrealizuje swe potrzeby komunikowania się, informacji i rozrywki.

Jednak moim zdaniem te dwie kuszące perspektywy – „internetowa” i „niszowa” – stanowią w rzeczywistości zagrożenie dla prawdziwego społeczeństwa obywatelskiego. Odwracają uwagę od tego, co nam, obywatelom, słusznie się należy, a więc od udziału w kształtowaniu oblicza telewizji i radia głównego nurtu, które jeszcze długo tworzyć będą opinię zbiorową i decydować o kierunkach, w jakich podąża kraj.

Wbrew głosicielom tezy o końcu tradycyjnych mediów, stacje radiowe i telewizyjne wciąż odgrywają najważniejszą rolę w organizowaniu wiedzy o świecie, wyobraźni i uczuć ogromnej większości obywateli. Wciąż są relatywnie najtańszym źródłem informacji, rozrywki i kultury. Ich atutem jest też po prostu siła przyzwyczajenia do ulubionych postaci czy formatów programowych, ukształtowana w latach, gdy nie było konkurencji komputerowo-komórkowej. Wielbiciele przemian technologicznych, koncentrując się na postępującym rozdrobnieniu i indywidualizacji przekazu informacji, zapominają, że równocześnie działają siły odwrotne – tęsknota za przynależnością do dużej wspólnoty odbiorców tego samego medium oraz poszukiwanie kogoś, kto będzie przewodnikiem w chaotycznym świecie, kto przefiltruje i uporządkuje nadmiar bodźców płynących z elektronicznego gwaru. Zawsze też będzie istniało napięcie pomiędzy tymi, którzy chcą i umieją wykorzystać interaktywność nowych technologii medialnych, a tymi, którzy tej potrzeby nie odczuwają. Moja pierwsza teza brzmi: nie dajmy się zwieść, że Internet szybko zajmie miejsce tradycyjnych mediów. I nie oddawajmy w związku z tym łatwo pola do aktywności społecznej na terenie radia i telewizji.

Wiedza Polaków o środkach masowego przekazu w dobie mediokracji jest na poziomie zdecydowanie zbyt niskim. Na tyle niskim, że nie potrafili do tej pory właściwie wykorzystać swego dobra wspólnego, jakim są możliwości tworzenia programów i przesyłania ich na falach radiowych. Udział aktywnych odbiorców w kształtowaniu programu radiowego i telewizyjnego pozostaje znikomy. Ta bierność może być jednak przezwyciężona. Nowe technologie są w tym pomocne, jednak o wiele bardziej istotna będzie zmiana powszechnej świadomości. Bez tego trudno ocalić zarówno wartości antykomercyjne, w tym solidarność i miłosierdzie, jak i wolność słowa, a przede wszystkim suwerenność audiowizualną naszego społeczeństwa. Jeszcze nie jest na to za późno, ale wkrótce będzie. Moja druga teza brzmi: o kształcie więzi społecznych w następnych dekadach zadecyduje to, czy w ciągu kilku najbliższych lat – rewolucji technologicznej i burzliwych przemian społecznych – obywatele będą umieli opanować media, w szczególności te najsilniej oddziałujące, a więc telewizję i radio, i wykorzystać je do dobrych celów.

KRAJOBRAZ PRZED BITWĄ

Zanim przedstawię rysujące się w tej sprawie możliwości, zastanówmy się, dlaczego media pozostają dotychczas w naszym kraju społeczną pustynią.

Polacy mają obecnie dostęp do ponad 150 polskojęzycznych stacji telewizyjnych, z których połowa stanowi polskie wersje stacji należących do międzynarodowych koncernów, oraz do kilku-kilkunastu programów radiowych w swoim miejscu zamieszkania (ogólnopolski zasięg mają tylko Polskie Radio, RMF FM, Radio ZET i Radio Maryja). Jednak większość stacji telewizyjnych dostępnych jest tylko za pośrednictwem platform satelitarnych i operatorów kablowych, za dodatkową opłatą. W praktyce zatem można mówić o w miarę bezpłatnym dostępie do maksimum siedmiu kanałów telewizyjnych – trzech publicznych i czterech komercyjnych (Polsat, TVN, TV4 i TV Puls). W rezultacie sytuacja niewiele się zmienia od lat – najwięksi nadawcy publiczni i komercyjni mają łącznie ponad 70% widowni. Audytorium pięciu największych programów radiowych (trzech nadawców) to łącznie również ponad 60%.

Bardzo istotny jest aspekt ekonomiczny. Sumaryczne roczne koszty utrzymania dobrej, ambitnej ogólnopolskiej stacji radiowej wynoszą ok. 100-150 mln zł. Rynek reklamy i sponsoring daje wszystkim stacjom radiowym do podziału nie więcej jak ok. 600 mln zł. Do tego można dodać ok. 200 mln dla radia publicznego z abonamentu RTV, czyli daniny publicznej, teoretycznie zbieranej od wszystkich gospodarstw domowych (kwota ta wskutek nieodpowiedzialności rządzących stale maleje). Należy też podkreślić, że stacje radiowe nie wykorzystują limitu czasu przysługującego im na reklamy, a pula pieniędzy reklamodawców i sponsorów dla radia systematycznie maleje. Widać z tego, że najbliższy czas przesądzi o przyszłości wielu nadawców. A co w mniejszej skali? Radio lokalne kosztuje, w zależności od rodzaju programu i jego zasięgu, od kilkuset tysięcy do ok. 10 mln zł rocznie (publiczne rozgłośnie regionalne). Na lokalnym rynku stutysięcznego miasta jest w stanie utrzymać się z reklam, i to z trudem, tylko jeden nadawca radiowy.

Telewizja jest oczywiście medium dużo kosztowniejszym. Utrzymanie ogólnopolskiej, pełnowartościowej stacji telewizyjnej, to koszt kilkuset milionów złotych rocznie. TVP wydaje na swe dwie ogólnokrajowe anteny po ok. 700 mln zł, do tego trzeba dodać blisko 400 mln na utrzymanie 16 ośrodków regionalnych; łączne koszty trzech anten wynoszą zatem 1,8 mld zł. Środki na telewizję publiczną pochodziły w ubiegłym roku w większości z reklam i sponsoringu (1,3 mld zł), abonament dał tylko 300 mln zł. Szacuje się, że Polsat i TVN mają roczne koszty sięgające podobnych pułapów, przy czym ich realne wpływy z reklamy wyniosły w ub. roku po ok. 1 mld zł. Różnica w możliwościach czerpania dochodów z tego źródła pomiędzy TVP i stacjami komercyjnymi bierze się z faktu, że większość wpływów reklamowych dotyczy bloków reklam w przerwach w emisji filmów. TVP ma ustawowo zabronione przerywanie emisji programów blokami reklamowymi. Nie jest zatem prawdą rozpowszechniany przez wielu mit, że koszty TVP są znacznie wyższe niż koszty stacji komercyjnych. Telewizja publiczna ma po prostu trzy główne kanały, w tym jeden wyjątkowo kosztowny – regionalny, natomiast stacje komercyjne po jednym kanale podstawowym. Zarabiają natomiast mniej więcej te same pieniądze, przy ograniczeniach ustawowych dla TVP.

Wszystkie realne środki reklamodawców i sponsorów dla całego rynku telewizyjnego wynoszą więc w Polsce w granicach 3,4 mld zł. Płatnicy abonamentu RTV ciągle jeszcze dorzucają ok. 300 mln, zatem do podziału jest ok. 3,7 mld zł. Mniejsi nadawcy muszą się zadowolić resztkami, które spadną z pańskiego stołu. Ciągle walczy o przetrwanie TV Puls, której pozostaje utrzymać się z wpływów w granicach 150 mln zł rocznie. Dla innych (kilkadziesiąt koncesji zarejestrowanych w Polsce) jedynym źródłem utrzymania jest zapłata widzów za udostępnienie programu w gniazdku kablowym lub umieszczenie w odpowiednim pakiecie programów platformy satelitarnej. Trzeba zatem do tej puli dorzucić kwotę pochodzącą z 10 mln gospodarstw, które stać na zakupienie pakietów telewizyjnych, wpłacających średnio 600-800 zł rocznie na „kabel” lub „satelitę”, z czego do nadawców trafia prawdopodobnie około połowy – i mamy kolejne 3-4 mld, jednak do podziału między ok. 60 podmiotów.

PUBLICZNE REZERWY

Czy jesteśmy zatem w stanie, jako niemal czterdziestomilionowy naród, „wyżywić” więcej niż obecnie mamy stacji radiowych i telewizyjnych? Pod względem komercyjnym – wydaje się, że większość możliwości zostało wykorzystanych; zgodzimy się chyba co do tego, że nie chcielibyśmy dalszego „rozlewania się” niskiej wartości produkcji komercyjnych. Niewykorzystane są rezerwy państwowe i społeczne, czyli to, co poza komercją.

Doskonałym przykładem jest pożałowania godna sytuacja rozgłośni katolickich i klęska telewizji skierowanej do wierzących Polaków. Gdyby każdy w miarę praktykujący katolik, a jest ich w Polsce ok. 15-18 mln, przeznaczał miesięcznie 1 zł, wystarczyłoby na utrzymanie stosunkowo przyzwoitego i pozbawionego reklam radia zbudowanego na wartościach chrześcijańskich, ale posiadającego potęgę RMF. Tymczasem rozgłośnie diecezjalne w dużym stopniu uzależniły się od koncernów radiowych poprzez sieci skupione wokół EUROZET-u i ESKI, oddając pole całkowicie niewykorzystane do prowadzenia pożytecznej działalności dobroczynnej i kulturalnej (postawiono na pozyskiwanie dochodów z reklamy, co marnie idzie). Jedynym liderem medialnym, który dostrzegł możliwości w korzystaniu z ofiarności słuchaczy, pozostaje o. Tadeusz Rydzyk. Może on jednak liczyć na zaledwie kilka procent populacji.

Gdyby każdy dorosły Polak (jest ich 30 mln) oczekujący dobrej, wartościowej telewizji, nawet z „okienkami” dla poszczególnych grup społecznych, losowanymi czy przydzielanymi w jakikolwiek sposób, choćby poprzez głosowanie SMS-owe czy internetowe, chciał zostać sponsorem na poziomie 5 zł miesięcznie, wówczas mogłaby istnieć taka całkowicie niekomercyjna stacja (60 zł razy 30 mln to więcej niż kosztuje rocznie TVN lub Polsat). Mieszkańcy każdego miasta wojewódzkiego są w stanie wyłożyć sumę potrzebną na funkcjonowanie lokalnej rozgłośni radiowej o charakterze wspólnotowym lub nawet lokalnej telewizji. W Krakowie, mieście 750-tysięcznym, wystarczyłaby „zrzutka” po 2 zł miesięcznie, by utrzymać tego rodzaju instytucję. Sympatycy dużych związków zawodowych czy poszczególnych partii politycznych też mogliby się zorganizować (przy czym samym partiom nie wolno być nadawcą radiowym ani telewizyjnym), nie mówiąc o grupach organizacji pozarządowych. Brakuje tylko organizatora, lidera, który byłby zdolny do podjęcia się takiego wyzwania.

Jak jednak można oczekiwać samoorganizowania się społeczeństwa, skoro kompletnie niewykorzystane są możliwości państwowe, czyli odpowiednio egzekwowane prawo regulujące finanse i zawartość programową publicznego radia i telewizji? Od wielu lat brak woli zmian tego stanu rzeczy u większości partii politycznych. Ilość środków, jaką Polacy łożą na swoje media publiczne, świadczy o utracie przez nich, a przede wszystkim przez ich elity, podstawowego, narodowego instynktu samozachowawczego. Niemal wszystkie kraje europejskie uznają za stosowne przeznaczać na media publiczne średnio 1,7% PKB, a np. Niemcy niemal 3%. Polacy obecnie przeznaczają zaledwie 0,2%. W liczbach bezwzględnych ta różnica jest jeszcze bardziej szokująca. Porównajmy ponad 7 mld euro na państwowe radio i telewizję naszego zachodniego sąsiada i 100 mln euro w Polsce (tyle wyniesie wpływ z abonamentu wpłaconego w bieżącym roku). Tego nie da się wytłumaczyć różnicą w poziomie zamożności.

Jeśli napisałam wyżej, że w Polsce mamy w mediach społeczną pustynię, to na poparcie tej tezy znów muszę się posłużyć kilkoma liczbami. Bardzo pomocne są raporty dotyczące obecności w mediach wypowiedzi przedstawicieli związków zawodowych i organizacji pozarządowych. Badania tego zagadnienia prowadzi się tylko w odniesieniu do mediów publicznych. Wypowiedzi związkowców zajmują we wszystkich programach TVP i Polskiego Radia tylko około 2% czasu przeznaczonego na debatę o sprawach państwowych i problemach społecznych, podobnie traktowane są organizacje pozarządowe (przy czym większość czasu przypada na kilka najbardziej wypromowanych). Często oznacza to zaledwie kilkanaście sekund tygodniowo na ogólnopolskiej antenie…

Jakoś dziwnie zapomnieliśmy też, że obowiązki społeczne mają wszystkie media, nie tylko publiczne – w przypadku nadawców prywatnych są one zapisane w warunkach koncesji. Także i tu mamy prawo domagać się równości szans i bezstronności! Spójrzmy na art. 1 Ustawy o radiofonii i telewizji – obowiązki w zakresie edukacji, kultury i sztuki zostały tam przypisane każdemu nadawcy. Wszyscy, nie tylko nadawcy publiczni, mają obowiązki np. w zakresie edukowania młodego widza. Jeśli ich nie wypełniają, to dlatego, że nie ma wystarczającej presji społecznej.

Polską specyfiką jest także wyjątkowo słabo reprezentowany sektor nadawców społecznych. Poza Radiem Maryja, które zajmuje szczególną pozycję, z około dwuprocentowym udziałem w audytorium radiowym, mamy zaledwie kilkanaście podmiotów funkcjonujących na zasadzie non profit, o charakterze lokalnym. Na pograniczu znajdują się rozgłośnie finansowane przez samorząd (też jednostkowe przypadki), stacje telewizji kablowej z minimalnymi programami oraz kilkanaście stacji akademickich, które z trudem utrzymują się na rynku, nie mogąc liczyć na silne wsparcie ekonomiczne ze strony uczelni.

NIEZORGANIZOWANI MAJĄ GORZEJ

Polska jest białą plamą na mapie Europy jeśli idzie o organizowanie się odbiorców mediów. Nie ma u nas np. żadnego stowarzyszenia, które starałoby się o ochronę małoletnich przed demoralizacją czy komercją w mediach, dbałoby o udział społeczeństwa w kształtowaniu programu. Gdzie nam do takiej Norwegii czy Danii, w których do podobnych organizacji należy po kilkadziesiąt tysięcy osób (gdyby zachować odpowiednie proporcje, to w Polsce stowarzyszenie widzów powinno liczyć kilkaset tysięcy członków…).

Rezultatem niskiej świadomości i słabej samoorganizacji odbiorców mediów jest brak obywatelskiego lobbingu w zakresie zmian prawa medialnego, a także brak społecznego nadzoru nad egzekwowaniem przepisów w dziedzinie mediów, a więc i skutecznej kontroli nad nadawcami. Wszystkie sprawy dotyczące mediów pozostawione zostały dziennikarzom, ekspertom, lobbystom i partiom politycznym. Rezultat jest taki, że kształt prawa medialnego pozostawia wiele do życzenia. Od lat nie rozwiązano problemu bezpłatnego dostępu do najważniejszych stacji telewizyjnych w „kablu” i poprzez platformy satelitarne (tzw. zasada must carry), brak skutecznych rozwiązań w zakresie godziwego finansowania mediów publicznych, i w konsekwencji – ograniczania ich komercjalizacji. Nie istnieją też rozwiązania zapobiegające nadmiernej koncentracji własności i monopolizacji mediów, w czym odbiegamy od większości krajów demokratycznych, gdzie przynajmniej się te kwestie monitoruje. Brak też w Polsce właściwych ułatwień dla stacji o charakterze niekomercyjnym, co zamyka możliwości działania nadawcom non profit. Nie ma też właściwego zabezpieczenia finansowania polskiej produkcji telewizyjnej, w tym np. programów i filmów animowanych dla dzieci.

Niski poziom świadomości i wiedzy o mediach (tzw. edukacji medialnej) w polskim społeczeństwie powoduje też, że pozostają one od lat środowiskiem zamkniętym. Wściekły atak elit na obecność środowisk kojarzonych z PiS w ostatnich czterech latach był spowodowany także i tym, że nagle w zamkniętym kręgu, w dużej mierze opanowanym przez klany towarzysko-rodzinne, pojawiła się niewielka grupa osób nowych, spoza dotychczasowego systemu. Powstaje więc błędne koło: skoro obywatele mało wiedzą o środkach masowego przekazu i nie organizują się, poszerza się krąg ludzi wykluczonych z aktywnego udziału w sferze medialnej, a zatem pozbawionych wpływu na decyzje podejmowane w realnym świecie.

W CYFRZE NADZIEJA

Obecną sytuację przesilenia cywilizacyjnego można jednak traktować także jako szansę na osiągnięcie przez wspólnotę Polaków dobrych celów. Nowe możliwości techniczne, dostępne w najbliższych latach, to cyfryzacja sygnału telewizyjnego, rozwój cyfrowego radia oraz nowe formy przekazu audiowizualnego za pośrednictwem Internetu. Mimo wszystko osłabiają one pozycję dotychczasowych możnych świata mediów wobec zorganizowanych, aktywnych grup odbiorców. Rynek mediów staje się coraz bardziej rynkiem tych drugich. Walka o każdy tysiąc wiernych widzów podnosi ich „cenę”.

W 2015 r. definitywnie zostanie wyłączony w całej Europie analogowy sygnał telewizyjny. W Polsce w rezultacie tego procesu, w miejsce dzisiejszych częstotliwości pozwalających na odbiór za pośrednictwem zwykłej anteny maksymalnie siedmiu kanałów telewizyjnych, pojawić się może nawet blisko pięćdziesiąt stacji (pogrupowanych w sześć-siedem wiązek, zwanych multipleksami), wszystko bez potrzeby montażu anteny satelitarnej lub doprowadzania kabla. Wystarczy przystawka-dekoder (koszt zakupu – 300 zł) podłączona do telewizora lub sam telewizor, jeśli ma wbudowany system MPEG-4. Ta rewolucja nie jest jednak dotąd przez nasze władze odpowiednio przygotowana.

Nadawanie cyfrowe odbywa się jak na razie w kilku miejscach kraju na zasadzie eksperymentu, a polscy obywatele nie zostali poinformowani o planowanym przebiegu trudnej operacji, którą można porównać do wymiany pieniędzy. Jaki będzie krajobraz telewizyjny po cyfryzacji? Nie jest tajemnicą, że ta zmiana budzi obawy dotychczasowych potentatów telewizyjnych. Może ona także zachwiać zarówno rynkiem platform satelitarnych, jak i operatorów kablowych. Dywidenda cyfrowa, czyli nowe częstotliwości, jakie pojawią się w miejscu zwolnionym przez obecną telewizję naziemną, jest też łakomym kąskiem dla tych, którzy chcieliby uzyskać dostęp do nowych częstotliwości elektronicznych, umożliwiających przesyłanie drogą radiową danych, np. w ramach nowych usług szerokopasmowego Internetu czy usług wideo na żądanie.

W jaki sposób zapełnione zostaną multipleksy cyfrowe? Na razie wiadomo, że TVP będzie miała możliwość nadawania cyfrowo swych trzech głównych programów, być może dodatkowo TVP Kultura, TVP Historia i TVP Sport; prawdopodobnie też zapełni jeden kanał swymi popularnymi serialami. Polsat, TVN, TV Puls i TV4 dostaną bonus w postaci możliwości dodania po jednym nowym programie (będzie to prawdopodobnie zmieniona wersja Polsatu Sport, TVN7 i dwie nowe propozycje). Ciekawe, że TVN nie chce, by naziemnie nadawany był TVN24. Wychodzi na jaw, że stacja ta nie jest w stanie utrzymać się wyłącznie z reklam, lecz korzysta z opłat, jakie wnoszą korzystający z „kabla” i platform satelitarnych; nadawanie naziemne pozbawiłoby popularną stację informacyjną dużej części jej dochodów. Wymienione do tej pory kanały zapełnią trzy z sześciu multipleksów możliwych do uruchomienia w Polsce. Pozostaje około dwadzieścia pustych miejsc na nową ofertę telewizyjną. Ten krytyczny moment mogą wykorzystać polscy widzowie, dając wsparcie dotychczasowym dobrym programom lub idąc za wartościowymi nowymi propozycjami.

Według uzgodnień międzynarodowych, Polska uzyskała także ogromne możliwości rozwoju cyfrowego radia. Przypominam, że obecnie mamy siedem ogólnopolskich stacji radiowych, a w największych miastach – średnio dziesięć o zasięgu lokalnym. Po uruchomieniu radia cyfrowego, bez konieczności wyłączania radia analogowego, pojawi się techniczna możliwość słuchania w całym kraju dodatkowo nawet dziewięćdziesięciu stacji radiowych. Wymaga to oczywiście posiadania przez odbiorcę cyfrowego odbiornika, ale już dziś w Europie Zachodniej ceny tych urządzeń są porównywalne z wydatkami na średniej klasy telefon komórkowy. Poza grupą entuzjastów, nie ma jednak dziś w Polsce siły zainteresowanej rozwojem radia cyfrowego. Opór budzi ono wśród dotychczasowych nadawców radiowych, co zrozumiałe. Brakuje jednak również inwestowania w tym kierunku (nie tylko finansowego, ale i prawno-organizacyjnego) przez polskie elity polityczne i struktury państwa. A przecież ta forma komunikacji jest o wiele tańsza niż Internet i może go doskonale wspomagać i uzupełniać. Mogłoby to być idealne medium do rozwoju czegoś, dla czego swego czasu zabrakło w Polsce częstotliwości, tj. dla radia społecznościowego (znane w Europie community radio).

Pozostaje ważna kwestia niewykorzystanych dotąd częstotliwości analogowych. Istnieje spory zasób wolnych częstotliwości radiowych (obecnie Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji dysponuje ponad dwudziestoma jeszcze nie rozdysponowanymi, niemal w każdym mieście wojewódzkim po co najmniej jednej), a Urząd Komunikacji Elektronicznej ciągle wyszukuje nowe, dotąd niewykorzystane możliwości nadawania. Podstawową barierą nie jest bariera technologiczna. W krajach zachodnich po cyfryzacji uruchamia się na powrót lokalne analogowe stacje telewizyjne. W Polsce nadal słabo wykorzystany jest także potencjał telewizji kablowych. Moja spółdzielnia w Krakowie ma kilka tysięcy gniazdek i telewizję, która nadaje co najwyżej plansze z komunikatem o zebraniu spółdzielców. Z pewnością takich wolnych przestrzeni medialnych jest w kraju masa. Obywatele nie wciskają się dostatecznie do istniejących rozgłośni i telewizji komercyjnych. Niedostatecznie wykorzystane są przez nich rozgłośnie akademickie.

MYŚLENIE WEDŁUG WARTOŚCI (SPOŁECZNYCH)

Tu dotykamy sprawy najważniejszej, tj. przerostu technologii w myśleniu o mediach nad ich komponentem programowym, zawartością kulturalną i rolą społeczną. Dlaczego uznano, że w działalności naszego państwa priorytetem jest doprowadzenie pod strzechy szerokopasmowego Internetu, zapominając o prostszej i tańszej formie komunikacji, jaką jest radio? Wszędzie tam, gdzie jest miejsce na radio i telewizję lokalną, konkurujące o odbiorcę i dbające o utrzymanie się czy to z dobrowolnych składek, czy z reklam, czy z abonamentu, tam jest możliwość i konieczność organizowania się wspólnoty. Internet i telefonia komórkowa sprzyjają kontaktom indywidualnym i rozproszonym, nie stanowiąc o pogłębianiu więzi grupowych, wspólnotowych. W radiu i telewizji trzeba bowiem stworzyć program, audycję, jakieś dzieło.

Powtarzam jednak, że nadawanie programów niszowych nie powinno być głównym celem przemiany cywilizacyjnej w zakresie społecznego komunikowania się. Przede wszystkim nadawcy najsilniejsi, nadawcy głównego nurtu, powinni czuć presję społeczną. Możemy wykorzystać różnego rodzaju oddolne naciski na zwiększenie liczby dobrych audycji i podnoszenie wartości tych, na których nam zależy. Tradycyjne stacje telewizyjne muszą się zmieniać, zwiększa się presja na programy z udziałem widzów, gromadzące przy sobie wierną widownię. Podejmijmy to wyzwanie. Nie bądźmy bierni. Można głosować pilotem i można poprzez pocztę elektroniczną, wykorzystanie wszelkich form kontaktu z nadawcą, prowadzącym przecież własne badania wielkości widowni i reakcji na poszczególne programy, dawać wyraz swej aprobacie bądź niezadowoleniu. Jako argumentów dodatkowych użyję przykładu z tegorocznej kampanii prezydenckiej. Proszę zwrócić uwagę na charakterystyczne postępowanie tabloidu „Fakt”, który wyczuł koniunkturę, opowiadając się po stronie wyborców Kaczyńskiego. Nie wynikało to z ideowych wyborów właściciela, a wyłącznie z pobudek komercyjnych. Innym przykładem świadczącym o tym, że nawet bez samoorganizacji Polacy są w stanie zmieniać sytuację w mediach jest znamienny, gwałtowny wzrost wpływów z abonamentu radiowo-telewizyjnego po katastrofie smoleńskiej. Nie tylko tendencja spadkowa została zahamowana, ale w poszczególnych miesiącach odnotować możemy około 10-procentowy wzrost w stosunku do roku ubiegłego. To oczywiście ciągle za mało, ale tego rodzaju nastrój dużych grup ludzi przekłada się na realne kwoty rzędu 200 mln zł, nie planowane na początku roku, które zasilą tak krytykowaną i skazywaną przez wielu na śmierć TVP. I to przy całkowitej bierności polityków w uszczelnianiu systemu abonamentowego.

W dobie mediokracji istotne są przeobrażenia opinii publicznej, której zmienne preferencje są według wyznania premiera Tuska podstawowym wyznacznikiem polityki rządu. Oczywiście działa to w dwie strony. Rządzący i mainstreamowe media starają się w mniej lub bardziej zawoalowany sposób wpływać na opinię, ale czasami śpiący olbrzym – większość obywateli – nagle zaczyna skłaniać się w nieoczekiwaną stronę, pod wpływem jakiegoś wydarzenia, narastających frustracji czy eksplozji pozytywnych uczuć, także przemian duchowych. W tym zakresie dla sprytnego i zdeterminowanego, dobrze zorganizowanego społeczeństwa, pojawia się niezwykła szansa. Nawet niewielka grupa skupiona wokół mądrego lidera jest w stanie dyskretnie wpłynąć na zmianę decyzji wspieranych przez olbrzymie pieniądze i silne grupy wpływu.

Jeśli zatem Internet – to tylko jako środek do uzyskania prawdziwego wpływu na media głównego nurtu. Jeśli małe stacje radiowe i telewizyjne – to tylko jako droga organizowania się wokół ważnych idei, by potem przebić się z nimi do tych mediów, które gromadzą naraz miliony. Inaczej skazani będziemy na to, że o kulturze, duchowych potrzebach naszego społeczeństwa, decydować będą wyłącznie globalne firmy farmaceutyczne lub motoryzacyjne – sponsorzy programu.

Minione dwadzieścia lat pod względem „obywatelskości” mediów elektronicznych zostało stracone. Najbliższe dwadzieścia może posłużyć mądrzejszemu ich wykorzystaniu.

Autor: Barbara Bubula
Źródło: Obywatel

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars Zostań pierwszą osobą, która oceni ten wpis!
Loading...

TAGI: , , ,

OD ADMINISTRATORA PORTALU: Hej! Cieszę się, że odwiedziłeś naszą stronę! Naprawdę! Jeśli zależy Ci na dalszym rozpowszechnianiu niezależnych informacji, ujawnianiu tego co przemilczane, niewygodne lub ukrywane, możesz dołożyć swoją cegiełkę i wesprzeć "Wolne Media" finansowo. Darowizna jest też pewną formą „pozytywnej energii” – podziękowaniem za wiedzę, którą tutaj zdobywasz. Media obywatelskie, jak nasz portal, nie mają dochodów z prenumerat ani nie są sponsorowane przez bogate korporacje by realizowały ich ukryte cele. Musimy radzić sobie sami. Jak możesz pomóc? Dowiesz się TUTAJ. Z góry dziękuję za wsparcie i nieobojętność!

Poglądy wyrażane przez autorów i komentujących użytkowników są ich prywatnymi poglądami i nie muszą odzwierciedlać poglądów administracji "Wolnych Mediów". Jeżeli materiał narusza Twoje prawa autorskie, przeczytaj informacje dostępne tutaj, a następnie (jeśli wciąż tak uważasz) skontaktuj się z nami! Jeśli artykuł lub komentarz łamie prawo lub regulamin, powiadom nas o tym formularzem kontaktowym.

Zobacz również

Wojna psychologiczna

Mass media naczelnym orężem ogłupiania – 4

Mass media naczelnym orężem ogłupiania – 3



Dodaj komentarz

Chcesz skomentować? Zaloguj się!
  Subskrybuj  
Powiadom o
pl Polski
X