Liczba wyświetleń: 1149
Sojusz Północnoatlantycki coraz śmielej zagląda za kulisy przemysłu rozrywkowego. Seria zamkniętych spotkań z czołowymi scenarzystami i reżyserami wywołała burzę w środowisku artystycznym. Krytycy wprost mówią o próbie tworzenia „nowoczesnej propagandy” pod płaszczem konsultacji merytorycznych.
Jak ujawnił dziennik „The Guardian”, NATO zorganizowało cykl spotkań w Los Angeles, Brukseli i Paryżu, a kolejne planowane jest na czerwiec w Londynie. Zaproszenia skierowane do członków brytyjskiego związku zawodowego scenarzystów (WGGB) wywołały konsternację. Choć oficjalnie celem jest przybliżenie filmowcom „ewoluującej sytuacji bezpieczeństwa w Europie”, wielu twórców uważa, że to zakamuflowana próba wpłynięcia na treść przyszłych scenariuszy.
Z korespondencji, do której dotarli dziennikarze, wynika, że inicjatywa już przynosi owoce. Mowa jest o trzech projektach, które znajdują się obecnie w fazie rozwoju i są „przynajmniej częściowo zainspirowane” rozmowami z przedstawicielami Sojuszu.
Organizatorzy spotkań nie kryją swoich nadziei. Według doniesień, w komunikatach do twórców podkreślano, że jeśli w przyszłych historiach uda się przemycić proste przesłanie o wartości „współpracy, kompromisu i pielęgnowania sojuszy”, cel spotkań zostanie osiągnięty. To właśnie te sformułowania budzą największy opór.
Głosy sprzeciwu: Sztuka w służbie wojny?
Środowisko filmowe jest mocno podzielone. Alan O’Gorman, nagradzany irlandzki scenarzysta, nazwał te działania „skandalicznymi”. „Wielu ludzi, w tym ja, ma rodziny w krajach, które nie należą do NATO i które ucierpiały w wyniku wojen prowadzonych przez ten blok. Prezentowanie tych spotkań jako »pozytywnej okazji« jest całkowitym brakiem wyczucia” – ocenia O’Gorman.
Podobne obawy wyraża producent Faisal A. Qureshi. Zwraca on uwagę na psychologiczny aspekt takich spotkań. Z jednej strony twórcy mogą czuć się „wybrani”, otrzymując dostęp do świata wywiadu i wojskowości niedostępnego dla zwykłych śmiertelników. Z drugiej strony istnieje ryzyko, że scenarzyści przestaną kwestionować narrację narzucaną przez autorytety, traktując ją jako „prawdę objawioną”.
Przedstawiciele Sojuszu odpierają zarzuty o propagandę. Twierdzą, że inicjatywa jest odpowiedzią na zapotrzebowanie samej branży, która chce lepiej rozumieć mechanizmy działania organizacji. W spotkaniach biorą udział nie tylko urzędnicy, ale także przedstawiciele organizacji pozarządowych i think-tanków.
Również związek zawodowy WGGB odcina się od politycznego kontekstu, podkreślając, że ich rolą jest jedynie informowanie członków o możliwościach zawodowych, a sami scenarzyści to „wolni myśliciele”, których trudno urobić pod czyjeś dyktando.
Niezależnie od intencji, sojusz wojska z kinematografią staje się faktem. W świecie, gdzie popkultura kształtuje nastroje społeczne bardziej niż wystąpienia polityków, walka o „rząd dusz” w kinowych salach i na platformach streamingowych nabiera nowego, strategicznego znaczenia.
Autorstwo: Aurelia
Na podstawie: TheGuardian.com
Źródło: WolneMedia.net








Przecież ” Rambo ” też był na zamówienie Reagana 🙂
Niedawno stacja Planete+ emitowała dokument „Jak US Army cenzuruje Hollywood”. Przedstawiono tam że wytwórnie filmowe specjalnie kręcą takie filmy, aby przedstawić amerykańską armię w jak najlepszym świetle.
@Bartek_94 No i co takiego złego o USA było w tym dokumencie, coś wartego potępienia, no chociaż jeden przykład. Kręcić niech sobie kręcą, tak od dawna działa przemysł filmowy i nie tylko w USA