Jak niemiecki as uratował Latającą Fortecę

Opublikowano: 22.02.2019 | Kategorie: Historia, Publicystyka, Publikacje WM

Liczba wyświetleń wpisu: 840

II wojna światowa nie miała sobie równych pod względem okrucieństwa. Z jednej strony nazistowskie obozy zagłady, z drugiej – sowieci nieliczący się z ofiarami, także po swojej stronie i wysyłający swoich żołnierzy na rzeź. W tym niewyobrażalnym piekle było jednak miejsce na honor i rycerskie postawy. Czasem pojawiały się one z najmniej oczekiwanej strony. Taką była eskorta uszkodzonego alianckiego bombowca B-17 przez asa Luftwaffe Franza Stiglera.

Podczas II wojny światowej lotnictwo było już wykorzystywane jako element prowadzenia wojny totalnej. Od honorowych pojedynków myśliwskich ważniejsze były bombardowania, także jako element wojny psychologicznej i siania terroru. Były one źródłem ogromnych cierpień ludności cywilnej, która nierzadko była celem takich barbarzyńskich ataków.

Bandyckie ataki

Należy podkreślić, że takich okrucieństw dopuszczały się z pełną premedytacją wszystkie strony konfliktu. Do takiej zbrodni doszło choćby w pierwszych godzinach konfliktu, gdy samoloty Luftwaffe zaatakowały Wieluń, miasto bez znaczenia strategicznego. Bombardowanie to od razu pokazało stosunek Niemców do wojny i przeciwników.

Także jednak alianci wykorzystywali bombowce do zbrodniczych ataków. Nie można bowiem inaczej nazwać nalotu dywanowego na pozbawione obrony przeciwlotniczej Drezno, do którego doszło w nocy z 13 na 14 lutego 1945 r. Bombardowanie nie miało żadnego znaczenia dla wyniku wojny, ani nie miało wpływu na przyspieszenie jej zakończenia. Mimo to ponad tysiąc bombowców zrównało miasto z ziemią, powodując śmierć – szacuje się – ok. 25 tys. osób, w większości cywilów.

Tego typu bandyckie ataki powodowały, że na lotnikach mszczono się po schwytaniu. Szczególnie celowali w tym Niemcy, którzy zamordowali wielu zestrzelonych i wziętych do niewoli pilotów. Mimo to duch rycerskości nie zginął. Był pielęgnowany przez lotników nawet w takich ponurych czasach.

Do jednego z najbardziej krzepiących incydentów doszło pod koniec grudnia 1943 r. nad Europą Zachodnią. Był to okres wzmożonych nalotów alianckich wymierzonych w główne ośrodki przemysłowe III Rzeszy – przede wszystkim w Zagłębie Ruhry, ale też ośrodki o znaczeniu strategicznym jak Brema, ważny port, w którym stacjonowały U-Booty.

W oczekiwaniu na drugi front

Ataki miały na celu również uspokojenie Józefa Stalina, który domagał się natychmiastowego otwarcia drugiego frontu we Francji, na co alianci zachodni nie byli jeszcze gotowi. Naloty dywanowe mocno dawały się Niemcom we znaki, stąd też brało się tak bezlitosne traktowanie wziętych do niewoli lotników.

Przenieśmy się do 20 grudnia 1943 r. Bohaterami opowieści są por. Charles L. Brown, pilot ciężkiego czterosilnikowego bombowca dalekiego zasięgu Boeing B-17F z 379 Grupy Bombowców 8 Armii Powietrznej Sił Powietrznych USA, stacjonujący w angielskim Kimbolton oraz Franz Stigler, były pilot Lufthansy latający myśliwcem Messerschmitt Bf 109 G-6 z 27 Dywizjonu Myśliwców Luftwaffe.

Załogę B-17 ochrzczonego „Ye Old Pub” (ang. stara knajpa) stanowią oprócz „Charliego” Browna także drugi pilot por. Spencer „Pinky” Luke, nawigator por. Al „Doc” Sadok, bombardier por. Robert „Andy” Andrews oraz sierżanci – inżynier i strzelec Bertrund „Frenchy” Coulombe, strzelcy Hugh „Ecky” Eckenrode, Lloyd Jennings, Alex „Russian” Yelesanko, Sam „Blackie” Blackford i radiooperator Dick Pechout.

Klasyczny układ

Układ jest klasyczny – bombowiec atakuje Bremę, myśliwiec Messerschmitt Bf-109 Stiglera ma go strącić. Zadanie postawione przed załogą Latającej Fortecy, dla której jest to pierwsza misja, jest szalenie trudne. Jej celem jest fabryka podzespołów do myśliwców Focke-Wulf 190.

Podczas odprawy lotnicy z 527 Szwadronu Bombowców dowiadują się, że mogą spodziewać się setek niemieckich myśliwców broniących miasta. Dodatkowo Bremy strzeże około 250 dział przeciwlotniczych Flak kaliber 88 mm. To zdecydowanie najlepsza broń tego typu podczas II wojny światowej.

Dla niedoświadczonej załogi misja wiąże się z ogromnym ryzykiem. Dodatkowo Brownowi wyznaczono najbardziej niebezpieczne miejsce w formacji, nazywane „zakątkiem Purpurowego Serca”, od nazwy medalu przyznawanego żołnierzom, którzy ponieśli śmierć lub zostali ranni. Niemcy zwykle woleli atakować z flanki, stąd samoloty na flankach były szczególnie zagrożone atakiem. „Ye Old Pub” się jednak upiekło – jeden z bombowców musiał zawrócić z powodu awarii i nasi bohaterowie powędrowali na czoło formacji.

B-17 dowodzony przez Browna rozpoczął atak lecąc na wysokości 8300 m, co oznacza, że był w idealnym zasięgu dla niemieckich flaków. Zanim Andrews zdołał spuścić pierwsze bomby, pociski z dział przeciwlotniczych zniszczyły pleksiglasowy nos samolotu, urwały drugi silnik i poważnie uszkodziły czwarty, który zresztą już wcześniej szwankował.

Łakomy kąsek

Uszkodzenia były bardzo poważne. Bombowiec nie był w stanie nadążyć za formacją. Jako maruder stał się łakomym kąskiem dla myśliwców czających się na powracające alianckie samoloty. Na szukających ofiary drapieżników nie trzeba było zresztą długo czekać.

Podczas lotu powrotnego powolny B-17 został wypatrzony przez obserwatorów naziemnych. Wysłano przeciwko niemu ponad tuzin myśliwców – messerschmittów Bf 109 i focke-wulfów Fw190 z 11 Skrzydła Myśliwskiego Luftwaffe. Atak trwał ponad minut i jakimś cudem nie zakończył się strąceniem ociężałej maszyny, choć ucierpiała jeszcze bardziej. Nie na darmo jednak te bombowce nazywano Latającymi Fortecami.

Odporność na trafienia to jedno, ale lista usterek i poważnych problemów była wyjątkowo długa. Pociski z karabinów myśliwców uszkodziły silnik numer 3, co oznaczało, że bombowiec miał maksymalnie 40 proc. mocy. Zniszczeniu uległy także systemy dostarczania tlenu, hydraulika, elektryka i połowa steru pionowego.

Dodatkowo przez rozbity nos wpadało mroźne powietrze – na tej wysokości temperatura wynosiła około -60 stopni Celsjusza, przez co załoga przemarzła do szpiku kości. Lodowate powietrze sprawiło, że zamarzło wiele mechanizmów, w tym tych obsługujących karabiny pokładowe, a jak się później okazało, obsługa naziemna nieprawidłowo naoliwiła karabiny.

W zasadzie bezbronni

Do obrony załoga bombowca miała tylko jeden karabin w górnej wieżyczce i jeden z trzech karabinów z części nosowej; samolot był niemal bezbronny. Nie miał też łączności radiowej.

Jakby tego było mało, większa część załogi była ranna. Strzelec ogonowy Eckenrode zginął po tym, jak pocisk dosłownie urwał mu głowę. Yelasenko był w stanie krytycznym od rany w nogę, Pechout został trafiony w oko odłamkiem, zaś Brown w ramię, z kolei Blackford odmroził sobie nogi po awarii systemu ogrzewania w swoim kombinezonie.

Już w tym momencie trzeba mówić o kolejnym cudzie, gdyż śmierć poniósł jedynie Eckenrode. Pozostali przeżyli, choć zamarzły fiolki z morfiną, przez co udzielanie rannym pierwszej pomocy było o wiele trudniejsze, zaś dla lotników wiązało się z jeszcze większym bólem.

Wydarzył się też cud numer trzy. Zadanie zestrzelenia B-17 otrzymał Franz Stigler mający już wówczas status asa, z 27 potwierdzonymi zwycięstwami. Jego messerschmitt Bf109 również nie był w pełni sprawny, w chłodnicy utkwił półcalowy pocisk z karabinu Browninga, przez co istniało ryzyko, że dojdzie do przegrzania silnika; ale to nic w porównaniu ze zmartwieniami Browna. Mimo to Stigler poderwał swoją maszynę i poleciał na spotkanie z bombowcem

Ultimatum

Przez uszkodzone poszycie wrogiej maszyny pilot zobaczył niemal bezbronną załogę. Choć zdawał sobie sprawę, że część uzbrojenia B-17 jest sprawna i jemu samemu grozi niebezpieczeństwo, nie otworzył ognia. Jak potem wyjaśnił, przypomniał sobie słowa swojego dowódcy, pod którym służył podczas kampanii w Północnej Afryce, wybitnego pilota myśliwca Gustava Rödela. –Jeżeli kiedykolwiek zobaczę albo usłyszę, że strzelasz do człowieka ze spadochronem albo innego bezbronnego wroga, osobiście cię zastrzelę – powiedział mu Rödel. – Dla mnie załoga bombowca była jak spadochroniarz. Nie mogłem strącić tego samolotu – przyznał Stigler.

Lotnik zaczął wykonywać rozmaite manewry oraz gestykulować, żeby przekonać Browna, by wylądował na jednym z niemieckich lotnisk i się poddał wraz z załogą albo zmienił kurs na neutralną Szwecję, gdzie Amerykanie otrzymaliby pomoc medyczną i byliby internowani na czas wojny.

Amerykanie nie zrozumieli, o co chodzi dziwnemu Niemcowi, który nie chciał ich zestrzelić i lecieli dalej w kierunku Wielkiej Brytanii. Stigler nie poddawał się. Nie chciał zostawić boeinga na pastwę dział przeciwlotniczych, więc dopóki oba samoloty nie znalazły się nad pełnym morzem, odważnie podleciał pod kadłub olbrzyma, żeby obrona przeciwlotnicza nie próbowała go strącić.

Zasalutował i odleciał

Brown nadal niepewny intencji wroga rozkazał strzelcowi obsługującemu dolną wieżyczkę wycelować karabiny w messerschmitta, ale nie strzelać. Chciał go jedynie odstraszyć. Stigler zrozumiał przekaz i przekonawszy się, że B-17 nie grozi już inny niemiecki atak, zasalutował i odleciał.

Bombowiec przeleciał jeszcze 250 mil nad Morzem Północnym i wylądował na lotnisku RAF w Seething. Dowódca maszyny poinformował przełożonych o dziwnym incydencie. Ci rozkazali mu, żeby nie opowiadał o tym zdarzeniu, by piloci nie mieli żadnego „pozytywnego sentymentu” do niemieckich lotników. – Ktoś zdecydował, że przekaz ma być taki, iż każdy, kto lata w niemieckim kokpicie, nie może być człowiekiem – stwierdził potem zniesmaczony Brown.

Również Stigler nie mógł opowiadać o swojej bohaterskiej postawie. W tym przypadku sam narzucił sobie taki rygor. Gdyby się przyznał, że oszczędził wrogą maszynę, groziłaby mu nawet egzekucja za zdradę.

Obydwaj oficerowie służyli do końca wojny i przeżyli ją. Brown cały czas był dowódcą załogi bombowca, zaś Stigler przesiadł się grupy myśliwców odrzutowych i latał na messerschmittach Me-262.

Powojenne losy

Po wojnie por. Charlie Brown wrócił do domu w Zachodniej Virginii i poszedł na studia. Po ich zakończeniu w 1949 r. ponownie zaciągnął się do lotnictwa. Służbę zakończył w 1965 r., po czym trafił do Departamentu Stanu. W ramach nowej służby często podróżował do Wietnamu i Laosu, gdy trwała tam wojna. Po przejściu na emeryturę w 1972 r. przeniósł się do Miami na Florydzie. Żeby zabić nudę, zaczął opracowywać rozmaite wynalazki.

Z kolei Stiglera los rzucił po wojnie do Kanady, gdzie zajął się biznesem i odniósł sukces. Los byłby jednak wyjątkowo niełaskawy, gdyby nie pozwolił wrogim niegdyś lotnikom spotkać się po wojnie. Tak się też stało, choć losowi trzeba było dopomóc.

W 1986 r. będący na emeryturze Brown wziął udział w spotkaniu lotników w bazie w Maxwell w Alabamie. Po wystąpieniu ktoś z publiczności zapytał go, czy zapamiętał jakąś wyjątkową misję, którą wykonywał podczas II wojny światowej. Ten zastanowił się chwilkę, po czym opowiedział o incydencie z niemieckim myśliwcem. Wtedy postanowił, że spróbuje odszukać honorowego pilota.

Wytwórnia 20th Century Fox ogłosiła, że wyprodukuje film o bitwie o Anglię, jednym z najbardziej heroicznych epizodów II wojny światowej. Reżyserią…

Poszukiwania szły jak po grudzie. W archiwach Sił Powietrznych USA i już zachodnioniemieckiej Luftwaffe nic nie było. Brown zdecydował się napisać do biuletynu związku pilotów myśliwców, licząc że któryś z subskrybentów pomoże odnaleźć Niemca. Po kilku miesiącach otrzymał list z Kanady. Stigler przyznał, że on jest pilotem, którego szuka.

Dozgonni przyjaciele

Podczas rozmowy telefonicznej Stigler opisał swój samolot, manewry, które wykonał i salut. Brown wiedział już, że odnalazł człowieka, któremu zawdzięcza życie. W 1990 r., po niemal pół wieku, ponownie się spotkali i zaprzyjaźnili. Dawni wrogowie stali się dozgonnymi przyjaciółmi. Zmarli w 2008 r. w odstępie kilku miesięcy.

Incydent z udziałem Browna i Stiglera zainspirował szwedzki zespół metalowy Sabaton do stworzenia utworu „No bullets fly”. Powstał również film animowany opowiadający o wypadkach z listopada 1943 r. Potencjał tej historii jest ogromny. To wyjątkowy przykład na to, że nawet w najbardziej odhumanizowanym konflikcie w historii ludzkości można wznieść się na wyżyny człowieczeństwa.

Podobnych przypadków było więcej. Pasjonująca jest historia polskiego asa myśliwskiego Bolesława Gładycha, który dwukrotnie – podczas kampanii wrześniowej i walk na Zachodzie – będąc mocno ostrzelanym, miał do czynienia z tajemniczym pilotem Luftwaffe, który zamiast go dobić, pomachał skrzydłami i odleciał. Ale to już temat na inną opowieść.

Autorstwo: Andrzej
Źródło: WolneMedia.net

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars Liczba głosów: 12, średnia ocena: 1,67 (max 5)
Loading...

TAGI: , ,

OD ADMINISTRATORA PORTALU: Hej! Cieszę się, że odwiedziłeś naszą stronę! Naprawdę! Jeśli zależy Ci na dalszym rozpowszechnianiu niezależnych informacji, ujawnianiu tego co przemilczane, niewygodne lub ukrywane, możesz dołożyć swoją cegiełkę i wesprzeć "Wolne Media" finansowo. Darowizna jest też pewną formą „pozytywnej energii” – podziękowaniem za wiedzę, którą tutaj zdobywasz. Media obywatelskie, jak nasz portal, nie mają dochodów z prenumerat ani nie są sponsorowane przez bogate korporacje by realizowały ich ukryte cele. Musimy radzić sobie sami. Jak możesz pomóc? Dowiesz się TUTAJ. Z góry dziękuję za wsparcie i nieobojętność!

Poglądy wyrażane przez autorów i komentujących użytkowników są ich prywatnymi poglądami i nie muszą odzwierciedlać poglądów administracji "Wolnych Mediów". Jeżeli materiał narusza Twoje prawa autorskie, przeczytaj informacje dostępne tutaj, a następnie (jeśli wciąż tak uważasz) skontaktuj się z nami! Jeśli artykuł lub komentarz łamie prawo lub regulamin, powiadom nas o tym formularzem kontaktowym.

Zobacz również

Kto da więcej?

Czerwone Maki na Monte Cassino piły polską krew

Reparacje od Niemiec. Polski poseł zdradza kwotę



1
Dodaj komentarz

Chcesz skomentować? Zaloguj się!
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
pl Polski
X