Liczba wyświetleń: 972
Od wczesnego rana 9 kwietnia br. powinna była pojawić się jednoznaczna informacja o stanowisku Kapituły Orła Białego w sprawie odznaczenia przyznanego przez byłego prezydenta Andrzeja Dudę Wołodymyrowi Zełenskiemu. Zamiast jednoznacznego stanowiska podano jednak enigmatyczny komunikat: „Kapituła postanowiła, ale pan prezydent podejmie ostateczną decyzję”. Jakżeby inaczej. Skład kapituły nie mógł sprzyjać prezydentowi, by ułatwić mu budowanie pozycji patrioty. Cokolwiek teraz powie, pójdzie to na karb jego rzekomej „samodzielności”, podczas gdy Kapituła wywiązała się jedynie z formalnego obowiązku. Rączki zostały umyte. Tocząc chwalebnie zacięte spory o przeszłość, straciliśmy w efekcie kontrolę nad państwem i prawo do zarządzania nim.
Niezadowolenie ministra Kosiniaka-Kamysza z braku wyrozumiałości dla narodu ukraińskiego wynika bezpośrednio z jego osobistych priorytetów. Jako urzędnik w Polsce nie utożsamia się on z oczekiwaniami jej mieszkańców. Swoje publiczne wystąpienie zaczyna od słów: „Drodzy przyjaciele z Ukrainy”. Warto zapytać, na czyim jest utrzymaniu, skoro jawi się jako rzecznik politycznej mafii, która będąc rosyjskojęzyczną, czuje się bezgranicznie nieskrępowana w Polsce, ostentacyjnie żerując na bezruchu aparatu ścigania. Najwyraźniej cieszy się więc patronatem polskiej władzy od Donalda Tuska przez Magdalenę Biejat, aż po najniższe szczeble administracji.
W dwójnasób deficyt emocjonalny nadrabia prezes IPN Karol Nawrocki, przypominając szczególne okrucieństwa masowych ofiar zbrodni wołyńskich, popełnianych świadomie i z premedytacją na Polakach. Celowo wymienia tylko własny naród, bo inni najwyraźniej zapadli na amnezję. Nie są to przy tym Rosjanie. Nawet sprawiedliwy w nowej odsłonie pan Leszek Miller wymienia trzy nacje przeznaczone w tamtym czasie na śmierć. Nie dostrzega jednak ślepoty i głuchoty odwiecznie holokaustowanych mistrzów manipulowania historią i polityką, którzy Ukrainę wspierają w dzisiejszej roli zbawiciela Europy. Jedynie Rosjanie wydają się otwarcie walczyć o likwidację neobanderyzmu już czwarty rok. Chcą, by chorego z nienawiści sąsiada odsunąć jak najdalej od własnej granicy z zachowaniem bezpiecznej strefy buforowej, czego nie da się przecież prowadzić jako operacji wojskowej w białych rękawiczkach.
Komu zbędna jest konstytucja
Pomijając fakt, jak wątkiem wołyńskim władza uzyskuje głębszy podział na obozy wśród elektoratu, kosztem tego podziału jest bezpowrotne zagospodarowanie ludzkiej energii i czasu. To z kolei w niczym nie przeszkadza globalnej strategii parcia na wschód poprzez wojnę. O ile uzbrojone państwa Bliskiego Wschodu, posiadające własne armie, są angażowane zbrojnie w wyniszczające konflikty, by Izrael mógł zdobywać kolejne tereny, o tyle rozbrojone państwa Europy (z wyjątkiem Turcji) mają ten sam problem zaniku tożsamości. Ich populacja jest redukowana i rozmywana w ruchach migracyjnych przy zastosowaniu innych, znacznie bardziej wyrafinowanych narzędzi tego samego przeciwnika.
Desperacka walka Palestyńczyków, którą obserwujemy na naszych oczach, to ostateczny etap schyłku całej nacji. Liban topnieje w oporze wobec połączonych sił amerykańsko-izraelskich, a podzielona i porzucona przez sojuszników Syria znajduje się w agonii. Tamtejsza ludność przynajmniej rozumie, że na zdobytym podstępnie czy siłą terenie okupant nigdy nie może czuć się bezpiecznie. Ten wspólny wniosek stanowi szlachetną mądrość państw niewielkich obszarowo i słabych gospodarczo, przez to drastycznie nieskutecznych wobec nagiej siły i sojuszniczego wsparcia agresora.
Czy duże kraje lepiej znoszą zakusy na swój stan posiadania i wolność? Tylko nieznacznie i tymczasowo. Paraliżująca poprawność polityczna i pułapka neopraworządności uczyniły z Dawida bezkarnego Frankensteina. Amerykanie odwołujący się do swojej Konstytucji dopiero teraz zaczynają dostrzegać, jak obchodząc jej zapisy, przedstawiciele wyznania dawidowego imitują regułę własną – państwa działającego bez konstytucji. Nie inaczej działa od lat Unia Europejska. Podkreślając swoją rolę jako bytu nadrzędnego, jej niewybieralne grono ostentacyjnie nie respektuje ustaw zasadniczych państw członkowskich. Zachowując fasadowy mechanizm wyborczy, czynniki zwierzchnie starają się o jak najgłupszych zarządców, tym samym łatwiejszych do wymiany w przypadku nieposłuszeństwa. Najnowszym i dostatecznie jaskrawym przykładem jest premier Albanii, występujący w roli obrońcy napływu obcego kapitału jako rzekomo przyszłościowej inwestycji w dziką naturę.
Iran, zdawałoby się dobrze przygotowany przez lata do odparcia zakusów na swój stan posiadania i system rządzenia, ogranicza się jedynie do ataków rewanżowych. Przypominają one najwyżej amatorską grę w squasha, a nie profesjonalny tenis zawodników tej samej kategorii. Chcąc odwrócić przewidywalny skutek, trzeba wreszcie porzucić złudzenia, że wojna ma być toczona w oparciu o eleganckie reguły, bo tej bestii po prostu nie można udomowić.
Były doradca ekonomiczny w randze sekretarza skarbu USA, Paul Craig Roberts, obserwując uważnie scenę polityczną, dostrzega, że próba rozwiązania konfliktu polegająca wyłącznie na wymianie ciosów nie prowadzi do wygranej w pojedynku o przetrwanie zagrożonego bytu państwa i narodu. Niezawodna pomoc amerykańskiego prezydenta rozzuchwala Izrael, co prowadzi do wielokrotnego gwałcenia okresów zawieszenia ognia. Telewizyjny „Kanał 12” w Izraelu przytoczył żądanie Donalda Trumpa, by Benjamin Netanjahu nie ośmielał się atakować Bejrutu, gdyż w przeciwnym razie zostanie osamotniony w toczącej się wojnie. Ostrzeżenie to okazało się bezskuteczne, mimo że Trump swoją prośbę skierował pod wyraźną presją pięciu państw, które zwróciły się do niego o pilną interwencję. Zdaniem Robertsa, poza upokorzeniem autorytetu Donalda Trumpa, nasuwa się smutny wniosek, że Irańczycy wydają się niezupełnie dostrzegać śmiertelne zagrożenie dla własnej egzystencji. Ich wysiłki są marnowane mimo upływu czasu, a w ich działaniach ewidentnie brakuje spójnej doktryny wskazującej, jak prowadzić wojnę do ostatecznego zwycięstwa. Amerykanom zresztą tej recepty również brakuje.
Wielki Brat w wielkim strachu
Radykalizm w obronie własnych racji wystarczył, by Izraelczycy skutecznie usunęli prezydenta Johna F. Kennedy’ego, który stanowczo nie zgadzał się na zaistnienie broni nuklearnej w Izraelu. Wobec stosowania takich metod wobec najbliższego partnera, Izrael nie jest żadnym podmiotem do prowadzenia partnerskich negocjacji. Niczego nie uda się z nim uzyskać przy obecnej, usłużnej polityce Waszyngtonu. Podobnie nie uda się przekonać Komisji Europejskiej do zaprzestania wojny z Rosją, która ma na celu przesunięcie granic unijnych dalej ku wschodowi, dokładnie według wzoru izraelskiego.
W związku z tym narastają poważne obawy w samej Ameryce. Łączą się one z powolnym, lecz systematycznym procesem przenikania wpływów izraelskich na kluczowe instytucje decyzyjne i wojskowe USA, co drastycznie ogranicza suwerenność kraju. Proces pogłębiania wzajemnej współpracy oraz wprowadzane zmiany legislacyjne gruntują niebezpieczną współzależność i współwinę za skutki sterowanych przez Tel Awiw konfliktów. Amerykanie coraz bardziej obawiają się izraelskiego nadzoru nad siłami zbrojnymi USA, potencjalnych naruszeń prawa międzynarodowego i ryzyka wciągnięcia w kolejne konflikty regionalne.
Niepokój ten wynika z kilku kluczowych czynników dotyczących koordynacji wojskowej między Waszyngtonem a Izraelem. Jak opisywał to dziennik „The Guardian”, u podłoża leżą uzasadnione obawy o wrogie działania szpiegowskie, zakulisową kontrolę nad armią Stanów Zjednoczonych i bezwzględne wciąganie Ameryki do wojen w interesie budowy tak zwanego Wielkiego Izraela. Integracja wojsk amerykańskich w ramach wspólnych struktur obronnych oraz doniesienia o izraelskim śledzeniu amerykańskich urzędników podczas działań dyplomatycznych na Bliskim Wschodzie wywołały w Pentagonie poważny alarm ze strony kontrwywiadu.
Wielu Amerykanów otwarcie obawia się, że ścisłe powiązanie amerykańskich operacji wojskowych z izraelskimi strukturami dowodzenia grozi bezpośrednim współudziałem Ameryki w masowej śmierci cywilów i zbrodniach wojennych, zwłaszcza w obliczu trwających kontrowersji w Strefie Gazy. Powszechnie istnieje uzasadniona obawa, że siły amerykańskie mogą zostać całkowicie podporządkowane celom politycznym Izraela, co doprowadziłoby do uzależnienia strategicznych interesów USA od niezależnych decyzji innego narodu. W związku z tym rozmieszczenie amerykańskiego personelu wojskowego w celu monitorowania niestabilnych linii zawieszenia broni na Bliskim Wschodzie budzi coraz większy opór i strach przed niekontrolowaną eskalacją globalnego konfliktu.
Opracowanie: Jola
Na podstawie: YouTube.com [1] [2] [3]
Źródło: WolneMedia.net







