Byłem w Polsce – 13

Opublikowano: 21.07.2018 | Kategorie: Publicystyka, Społeczeństwo, Turystyka i podróże | RSS komentarzy

Przeczytano 50 razy!

Nie ukrywam, że serce biło mi szybciej i czułem się jak młody chłopak, który idzie na randkę z dziewczyną. To prawda, że to był mój kraj, i chociaż inny niż przed półwiekiem, to jednak znany i swojski. Cokolwiek by jednak powiedzieć, jechałem na to spotkanie po wielu latach, a nawet wtedy – w czasie ostatniej mojej wizyty – spędziłem tu nie więcej niż parę dni. Wracałem więc w okolice, których nie widziałem przeszło pięćdziesiąt lat.

Mimo to poznawałem bez pomyłki.

San płynął tak samo jak kiedyś, tocząc się zakolami i rozlewając po kamienistych nabrzeżach, wysłanych płaskimi kamieniami, znakomitymi do puszczania kaczek. Patrząc teraz na tę rzekę, zdawało mi się, że wciąż jeszcze słyszę plaskanie kijanek, którymi kobiety biły pranie. W wieczornej ciszy ich odgłos niósł się po wodzie daleko, uspokajał i wyciszał. Słońce chyliło się ku zachodowi, na polach kończono już robotę, wozy wracały i dzień chylił się i gotował do odpoczynku.

Wtedy właśnie słychać było to pranie.

O ile pamiętam, kobiety w naszych stronach pracowały bez przerwy. Zresztą co ja mówię o naszych stronach?! Tak było jak Polska długa i szeroka, jak świat światem, a nawet galaktyka galaktyką! O ile mężczyźni mieli swój czas w niedzielę, po sumie, kiedy to w białej koszuli bez kołnierzyka i w rozpiętej kamizelce siadywali w cienistym sadzie albo na przyzbie i palili, o tyle jedynym odpoczynkiem kobiety była jedna jedyna godzina w kościele, podczas której mogła (o ile mogła!) usiąść w kościelnym babińcu i pomodlić się do swojej Panny Możnej, Panny Łaskawej, pośpiewać pieśni i nabożnie posłuchać Mszy Świętej. W domu kobiety nie siadały nigdy, a jeśli już, to na brzeżku ławki czy krzesła i pojadały zupinę, patrząc, czy inni mają. Kobiety nie siadały, bo cały ten wiejski świat spoczywał na ich barkach. Wstawały przed świtem, do udoju, do zwierząt, do oporządzenia domu, nagotowania jedzenia, a potem szły w pole, gdzie niejednokrotnie zgięte wpół, pracowały do zmierzchu. Wpół!

Widziałem je przy żęciu sierpem, kopaniu kartofli, oczynianiu buraków, przy żniwach, wiązaniu snopów, przy młocce itd., itd. Samo takie żęcie sierpem to była tortura trudna do wyobrażenia! Już nawet nie praca, a raczej katorga. To była praca na dwie ręce, w głębokim pochyleniu, w skwarze dnia i upału, w pocie czoła, podczas której tylko od czasu do czasu można było wyprostować się z wysileniem i ręką z sierpem poprawić chustkę na głowie, poskrobać się końcem ostrza i popatrzeć na słoneczko, które wysoko jeszcze było, wysoko. Takim właśnie poskrobaniem Stefka Sulakowa wyjęła sobie oko i mimo przykładania krwawnika straciła je na zawsze. A czy po tym morderczym dniu mogły się chociaż uwalić na hamaku i przespać? A czy po całodziennej katordze mogły pójść na masaż i do sauny? A skądże znowu! Przecież trzeba było jeszcze dać chłopu jeść, oprać go, wygodzić mu pod pierzyną, dzieci nakarmić, kury nakarmić, świniom do koryta pomyj nalać… Toż to była nieustanna robota, której niezrobienie bolało, oj bolało! I polska wieś stała tymi kobietami.

No więc stałem teraz nad moją rzeką i wsłuchiwałem się w plusk wody, dalekie porykiwanie bydła i szczekanie wioskowych psów. Wszystkie te głosy woda Sanu niosła wzdłuż brzegów, na których chwiały się łozy, a wierzby zwieszały nisko swoje gałęzie.

San był zawsze blisko nas. Bywało, że przedwiosennym czasem wylewał i niszczył bliskie pola, ale zwykle był przyjazny. Byli tacy, którzy łowili w nim ryby, inni czerpali żwir, a jeszcze inni kąpali się i w czasie upałów wylegiwali na brzegach. Dla niektórych był jedyną łazienką, w której mogli się do woli wypluskać.

W skwarny, lipcowy dzień widziało się czasem jakiegoś starego chłopa, który szedł do wody, mówiąc:

– Ta ciepleji już nie bydzie, to trza się trochę obmyć!

San potrafił być groźny dla nieostrożnych i nie było lata, żeby nie pochłonął paru kąpiących. Czasem to było po wódce, czasem gdy ktoś chciał się popisać przed dziewczyną albo nieumiejętnie skoczył z wysokiej skarpy, a czasem po prostu był zbyt surowym nauczycielem pływania. Różnie bywało.

Jedna z takich historii, która bardzo blisko otarła się o tragedię, wydarzyła się w naszej rodzinie. To było jeszcze przed moim urodzeniem. Otóż tuż po zakończeniu wojny do domu moich dziadków przyjechało paru Belgów, byłych jeńców wojennych, którzy jadąc rzemiennym dyszlem do swojego kraju, zabrnęli jakimś cudem w nasze strony. Ktoś im powiedział, że w naszym domu będą się mogli porozumieć po francusku, więc przyjechali.

Dom moich dziadków był otwarty dla wszystkich i czasu wojny wielu uchodźców z centralnej Polski przewinęło się przez niego. Niektórzy zostali aż do moich czasów, inni po paru miesiącach czy latach jechali dalej. Belgowie na razie zostali. Było ich trzech: Albert, Nestor i Roland. Dom był pełen młodych dziewcząt, bo i moja mama z dwiema siostrami, i ich dwie kuzynki, a do tego córka państwa Trzcińskich, którzy zostawili swój majątek w Wielkopolsce i schronili się u nas… Dość na tym, że Belgom jakoś przestało się śpieszyć do ich belgijskich domów. Też byli młodzi, więc zabawom nie było końca! Wszędzie panowało odprężenie! Koniec wojny!

Były też wspólne szaleństwa nad Sanem, aż do czasu gdy przy którejś kąpieli Nestor zaczął tonąć. To było przy ujściu małej rzeczki, która wpływała do Sanu. To, że tam była głębia, to jedno, ale co ważniejsze, to to, że w tych mieszających się wodach czaił się jakiś nieregularny wir, który przesuwał się pod powierzchnią wody i czyhał na ofiary. O tym wirze opowiadano w okolicy jak o jakimś wilkołaku czy innym drapieżnym potworze. To był taki nasz miejscowy „potwór z Loch Ness”.

Nestor zaczął tonąć na oczach innych. Może chciał się popisać przed dziewczynami, że jest dobrym pływakiem, a może przez pomyłkę podpłynął za blisko „potwora”, dość na tym, że jego rozpaczliwy krzyk „au secour!!!” sparaliżował wszystkich kąpiących.

W takich sytuacjach bardzo niewielu umie zachować przytomność umysłu i umiejętność racjonalnego myślenia! Człowiek tonął i nikt nic nie robił! Ludzie jakby wrośli w ziemię!

I wtedy zupełnie nieoczekiwanie wyrwała się młodziutka Zosia – najmłodsza siostra mojej mamy – i bez namysłu rzuciła na ratunek. To była właśnie ta, do której całkiem niedawno dzwoniłem z Karlowych Warów, udając „przedwojennego utracjusza”. Miała tylko osiemnaście lat i była drobną dziewczyną, a Nestor mężczyzną postawnym i ciężkim, a jednak uratowała go! Jak to się stało, tego nikt nigdy nie umiał wytłumaczyć! Wszystko to działo się na oczach ludzi. Trochę później pozostali Belgowie też rzucili się do pomocy, ale to już było wtedy, gdy Nestor i Zosia byli prawie przy brzegu! Zosia została nie tylko bohaterem dnia, ale na zawsze! Historia uratowania Nestora towarzyszyła jej przez wszystkie lata i jest z nią do dziś!

A Nestor zaraz po wyciągnięciu na brzeg i dojściu do przytomności uklęknął przed ciężko oddychającą Zosią i wyszeptał:

„Tout ma vie une petite priere pour vous Sophie! Tout ma vie!!!” Co znaczyło, że całe życie będzie się za nią modlił! Całe życie! I te jego słowa też przeszły do rodzinnej historii, a miejsce, gdzie niewielka rzeczka wpada do Sanu, nazwano tak, żeby o tym wydarzeniu pamiętano na zawsze. Ta nazwa była trochę przydługa, ale przeszła próbę czasu i utrzymała się nawet w dalszych pokoleniach: „Miejsce gdzie Zośka uratowała Nestora”. Czasami skracano tę długą nazwę i mówiono „Miejsce Nestora i Zośki”.

Stałem teraz w tym samym miejscu. Właśnie tu, przed przeszło siedemdziesięciu laty, młoda Zosia uratowała Nestora!

Autorstwo: Marcin Braniecki
Źródło: Goniec.net

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars Zostań pierwszą osobą, która oceni ten wpis!
Loading...

TAGI: , , ,

OD ADMINISTRATORA PORTALU: Hej! Cieszę się, że odwiedziłeś naszą stronę! Naprawdę! Jeśli zależy Ci na dalszym rozpowszechnianiu niezależnych informacji, ujawnianiu tego co przemilczane, niewygodne lub ukrywane, możesz dołożyć swoją cegiełkę i wesprzeć "Wolne Media" finansowo. Darowizna jest też pewną formą „pozytywnej energii” – podziękowaniem za wiedzę, którą tutaj zdobywasz. Media obywatelskie, jak nasz portal, nie mają dochodów z prenumerat ani nie są sponsorowane przez bogate korporacje by realizowały ich ukryte cele. Musimy radzić sobie sami. Jak możesz pomóc? Dowiesz się TUTAJ. Z góry dziękuję za wsparcie i nieobojętność!

Poglądy wyrażane przez autorów i komentujących użytkowników są ich prywatnymi poglądami i nie muszą odzwierciedlać poglądów administracji "Wolnych Mediów". Jeżeli materiał narusza Twoje prawa autorskie, przeczytaj informacje dostępne tutaj, a następnie (jeśli wciąż tak uważasz) skontaktuj się z nami! Jeśli artykuł lub komentarz łamie prawo lub regulamin, powiadom nas o tym formularzem kontaktowym.

7 komentarzy

  1. Collega 22.07.2018 12:47

    Super wspomnienia!
    Szacun dla tych wszystkich kobiet harujących przez całe życie.
    Obecnie też mają więcej roboty od panów, ale to bez porównania.
    Może dlatego w nagrodę żyją dłużej…?

  2. robi1906 22.07.2018 17:19

    Super wspomnienia!,
    tylko bez zrozumienia przyczyn, nie dojdziemy do niczego,
    tylko pozostanie bełkot o tym co widzimy,
    dla mnie osobiście jest to wkurzające, tak wkurzające,
    że matołów opisujących rzeczywistość a nie rozumiejących przyczyn,
    dlaczego świat wygląda ja wygląda mam ochotę złapać za wszarz i zanurzać im nosy w szambie, żeby poczuli jak życie wygląda.

    Kobiety harują?,
    przecież po to stworzono jedynożeństwo w żydowskim chrześcijaństwie,
    spytajcie się w tym zażydzonym kraju, kiedy to w Biblii zarzucono wielożeństwo?,

    Słowianie żyli w zgodzie z naturą,
    mieli duże domy i dużo dzieci, żeby ktoś na tym polu pracował,
    Szwaby i żydzi narzucili nam feudalizm, to dlatego życie kobiet wyglądało jak wyglądało, przecież ja jestem ze wsi, kobiety po trzydziestce wyglądały jak swoje babcie,
    dlaczego?.
    bo „harówka” była ponad siły.
    A gdyby rozdzielić tę robotę na pół albo na ćwierć?.

    Teraz jedynożeństwo jest super, bo już nikt nie musi pracować,
    40 lat temu za opłotków oglądaliśmy z podziwem jak traktor orze,
    teraz kombajn robi za wszystko,
    i bab nie trzeba do dojenia, do młócki i do donoszenia żarcia żniwiarzom na pole, do robienia snopków i do ich wiązania.

    Ale,
    tylko głupiec może powiedzieć, że było już wszystko,
    w 1914 kto przewidywał, ze świat się tak zmieni?
    w 1939 kto przewidywał, że świat się zmieni.

  3. Robert1 22.07.2018 18:24

    Żydzi w zagrodzie, Żydzi w ogrodzie.
    Żydzi w lodówce i twojej główce.
    Jakiś ty zakompleksiony i ograniczony.
    Jesteś chyba najbardziej „tępą „osobą na WM.

  4. robi1906 22.07.2018 20:13

    Pooglądałem znów, po raz kolejny „Mamma Mia”, jeden z tych cudownych filmów, (podobne piękne filmy to „Whisky dla aniołów” i „Stardust”), po których obejrzeniu,
    chce się żyć,
    a chodzi mi o to, ten świat byłby cudownym miejscem,
    świat naprawdę byłby cudownym miejscem,
    gdyby nie….

    a tobie robercik napiszę tak jak jackcaleib opisał takiego gnojka o nazwisku Duda,
    możesz odrąbać siekierą swojego ku…sa i udawać obrzezańca,

    myślisz, że zrobi to na mnie wrażenie?.

  5. Collega 23.07.2018 00:08

    Idź już spać @robi1906!

  6. Aida 23.07.2018 12:43

    „40 lat temu za opłotków oglądaliśmy z podziwem jak traktor orze,
    teraz kombajn robi za wszystko,
    i bab nie trzeba do dojenia, do młócki i do donoszenia żarcia żniwiarzom na pole, do robienia snopków i do ich wiązania.”

    Zdziwiłbyś się ile kobiet jeszcze robi to wszystko na wsiach „zabitych dechami”. Z tego co ja widzę, to kombajn jest często jeden we wsi i po opłaceniu go rolnik wychodzi na 0. Wieś nie jest jeszcze tak zmechanizowana jak niektórym się wydaje.

  7. robi1906 23.07.2018 14:55

    Już i koniec?, gdzie te napstliwe komentarze jakim jestem głupkiem?,
    tylko obszczywać potraficie?, żydowskie patałachy.
    Dodaję to po 15 minutach(miałem kiedyś scysję z adminem przez to, ale cóż, dodaję komentarz)
    tylko na to was stać?, to nie to samo co strzelanie do palestyńskich dzieci, wy k…. rwy jeba…ne.

    Przepraszam to co powiedział jack, odnosiło się do Morawieckiego, tego co wysłał swoje dzieci żeby uczyły się po hebrajsku o historii Polinu.

    Aida, dlaczego koszt kombajnu w wydatku obraca w niwecz zarobek rolnika,
    zastanowiłaś się kiedyś nad tym?,
    jeśli nie to ja ci odpowiem,

    Chodzi o to (i to przetestowano w USA), by opłacało się tylko kilkusethektarowe gospodarstwa, czyli obsiewanie, monokulturowe,
    ale to już nie będą gospodarstwa rolnicze, o nie nie,
    tylko firmy na to będzie stać.

    O rolnictwie to możemy zapomnieć, bo kogo będzie stać na sprzęt?,
    wiesz ile teraz kosztuje ciągnik z zachodu?, setki tysięcy,
    a wiesz ile trzeba ludzi żeby takie cudo naprawić?, czujniki, komputery i inne badziewie,
    naszego Ursusa każdy chłop mógł naprawić, i dlatego to zniszczono,

    tak zjeby, piszę to do tych powyżej (a nie do ciebie aida),
    dlatego to rozwalono polski przemysł.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz.
Jeśli już się logowałeś - odśwież stronę.

pl Polish
X