Bractwo Apokalipsy – 23

Opublikowano: 07.10.2018 | Kategorie: Opowiadania | RSS komentarzy

Przeczytano 1981 razy!

Dzień Sądu Ostatecznego

Na małym dębowym stoliku zadzwonił czarny telefon wyglądem przypominający te z przed kilkudziesięciu lat. Nie był to zwykły telefon, nie prowadzono przez niego rozmów o rodzinie czy sytuacji w Afganistanie. Jeżeli dzwonił ten telefon to znaczyło tylko jedno, sprawa jest poważna a dostęp do niej posiadają nieliczni. Dźwięk dzwonka jednostajnie i cykliczne przerywał ciszę. Kardynał Rivera siedział wygodnie w skórzanym fotelu popijając gorącą kawę. Nie spiesząc się sięgnął po dużą słuchawkę.

– Kardynał Rivera – oznajmił cicho. – Słucham – tak jak przypuszczał, nie był to telefon od Uriela, który go niedawno zdradził. Głupiec sądził, że o niczym się nie dowiem, ale był w błędzie, pomyślał Rivera. Cyniczny uśmiech zagościł na twarzy kardynała. Biedny Uriel o niczym nie wie i naiwnie sądzi, że będzie wstanie mnie oszukać. Ale nigdy to się nie stanie mnie nie da się oszukać, nigdy, nigdy powtarzał kilkakrotnie w ciszy własnych myśli.

– Obiekt zlikwidowany, wszelkie ślady zatarte – odezwał się głos w słuchawce.

– Co z dokumentami które posiadał? – zapytał Rivera, popijając kolejny łyk kawy.

– Szczątkowe informacje dotyczące Tesli, komety Ison i MM-2000 oraz projektu HAARP, wszystko zostało spalone.

– Kto by przypuszczał że przez te wszystkie lata staruszek do czegoś dojdzie – burknął Rivera. – Jednak to, co odkrył jest jedynie wstępem, pierwszym aktem nadchodzącej zawieruchy. Biedak nawet umierając nie miał pojęcia, co się zbliża – Rivera czuł pełną satysfakcję. Dzień sądu ostatecznego był coraz bliżej a jedyna osoba mogąca w jakiś sensowny sposób połączyć niektóre fakty już nie żyła. – Na pewno wszystkie dokumenty zostały zniszczone? – kardynał drążył temat.

– Tak. Przeszukałem całe mieszkanie, nic więcej nie znalazłem.

– Dobrze wykonałeś powierzone zadanie.

– Mistrzu w środku nie było Uriela, czekałem, ale nie pojawił się. Mam go odszukać i dokończyć zadanie? – z lekkim strachem w głosie morderca Antonia zapytał, nie wiedział, jaka może być reakcja Rivery. Po chwili namysłu kardynał nadzwyczaj spokojnie skwitował ostatnie pytanie.

– Nie trzeba. Uriel jest już martwy tylko jeszcze o tym nie wie – Rivera poczuł wahanie u swego rozmówcy, nie chciał wyjawiać szczegółów, bo za prawdę im mniej wiedział tym było lepiej dla niego. – Przed laty Uriel został oczyszczony, chociaż nie pamięta, co doprowadziło do tego. Ingerencja, której dokonałem w jego ciele i duchu nie pozostawiła widocznych i stałych zmian w jego mózgu, ale to była tylko iluzja. Ów działanie wywarło dalekosiężne następstwa trwające po dzień dzisiejszy. Nie dawno poznał częściowo zagadkę swej przeszłości, miał nadzieję, że dzięki odzyskanym wspomnieniom zrozumie wreszcie, dokąd zmierza. Jego obecne działanie sprowadzi go jednak na manowce, ponieważ próba podporządkowania swojego życia niewyjaśnionym zdarzeniom z przeszłości jest błędna. Prawda, której szuka pozostanie dalej nieuchwytna a jego straceńcza misja będzie, coraz bardziej niebezpieczna. Wszystko dobiegła końca tak jak i on jest skończony.

– Tak mistrzu, rozumiem.

– A teraz zajmij się tym Kraverem, ma skończyć jak Mazar.

– Tak mistrzu.

Rivera odłożył słuchawkę na lśniące widełki. Pogładził się po brodzie zakładając jednocześnie nogę na nogę. Oparł wygodnie głowę i zamknął oczy pogrążając się w wizji armagedonu, jaki miał zamiar wywołać.

* * *

Ciężko jest odnaleźć coś, jeśli nie wie się, czego szukać. W takiej sytuacji pogrążeni zostali Tom i Uriel. Mieli pewność, że coś musi tutaj być schowane, gdzieś przed oczami, blisko a jednak nadal daleko.

– Czego dokładnie szukamy? – zapytał już widocznie wyczerpany Tom, wyciągając rękę z głębi kolejnej szuflady.

– Nie wiem, ale jeżeli to znajdziesz to z pewnością będziesz wiedział, że to jest właśnie to, czego szukamy.

Jasne pomyślał Kraver może królika z kapelusza tez wyczarować. A może lepiej nic nie znaleźć, jaką Tom miał gwarancje, że w momencie dotarcia do jakichkolwiek dokumentów, Uriel nie zabije go i ich po prostu nie zabierze ze sobą. Chciał być przydatny to jedyne, co teraz gwarantowało mu zachowanie życia, ale też chciał dotrzeć do prawdy, nie na darmo mawiają, że tylko prawda może wyzwolić człowieka.

– Dlaczego mi pomagasz, do tej pory stałeś po tej ciemnej stronie mocy.

– Tom w życiu często wszystko ulega zmianie pod wpływem wystarczającego impulsu i tak jest w moim przypadku, po za tym jesteś w ciemnej dupie i tylko ja mogę cię z niej wyprowadzić.

– Wszystko słowa bez pokrycia, zaraz ja ci zagwarantuje lot w kosmos, co ty na to?

– Rozumiem twój dystans i ostrożność, ja na twoim miejscu nie wiem nawet czy jeszcze bym tu siedział, ale mogę jedno zagwarantować – w tym momencie serce Uriela zaczęło bić szybciej a częstotliwość oddechów wzrosła na tyle by przepchnąć ostatnią część zdania przez usta. – Dzięki mnie przybliżysz się do prawdy, ale nie czas na kolejne wzniosłe przemowy, w każdej chwili kolejny zabójca może tutaj wkroczyć by i nas wykończyć.

– Jeżeli mówisz prawdę, a czuję że tak rzeczywiście jest to już teraz ci dziękuję, wiem jak mocno się narażasz.

– Tom nie wiesz, naprawdę nie wiesz. Ludzie, z którymi mamy do czynienia to hmm… – na sekundę lub dwie słowa zawisły w powietrzu. – To nie są do końca ludzie.

To nie są do końca ludzie… Tom chciał zapytać, co ma na myśli mówiąc w ten sposób, ale zauważył, że z nosa Uriela cieknie stróżka krwi kapiąc na białe kartki papieru, które właśnie trzymał w dłoni. Uriel spojrzał na kartkę a później na Toma, w tym momencie zdał sobie sprawę, że zostało mu już nie wiele czasu a Rivera miał rację. Od teraz każde uderzenie serca coraz bardziej zespalało go ze śmiercią.

– To nic… – chciał uspokoić Toma i siebie, ale gdzieś w głębi duszy dobrze wiedział, że to nie prawda.

Przeszukali wszystkie pokoje Antonia, nic nie znaleźli z wyjątkiem kilku opakowań lekarstw na nadciśnienie i jednej zużytej paczki papierosów. Może tutaj po prostu nic nie ma a oni tracą tylko czas. Sami nie wiedzieli już, co robić dalej, jaki postawić następny krok, przecież nie można iść przed siebie w zupełnych ciemnościach.

– Ktoś przed nami dokładnie wyczyścił te pomieszczenia i bynajmniej nie była to pokojówka – zauważył Tom. – Mamy jednak jeszcze jedną szanse, być może Antonio umieścił coś w prywatnym depozycie a jeżeli tak się stało to ponownie musimy liczyć, że zabójca nie pomyślał o tym i nie sprawdził depozytu.

– Warto spróbować – zgodził się Uriel.

– Zaczekaj tu na mnie, za moment wracam. Jeżeli w międzyczasie coś niedobrego zacznie się dziać uciekaj i sam dokończ tę sprawę – Kraver zniknął za drzwiami mknąc po schodach do recepcji pełen nadziei i obaw.

Nie wiem czy dam radę sam, pomyślał Uriel. Miał tyle do powiedzenia, ale wiedział, że jeszcze nie czas. Tom za mało go zna i prawdopodobnie nie ufa na tyle by uwierzyć w fakty, jakich dowiedziałby się od niego. Sam do końca nie pojmował wielu spraw, jednak wytrwale udawał twardego i nieugiętego sukinsyna. Nikt nie musi wiedzieć, że ma jeszcze serce, duszę. Wystarczyło, że sam to wiedział i co ważniejsze czuł. Odkąd postanowił odejść od Rivery i zła, które otaczało kardynała, Uriel poczuł, co to prawdziwa wolność, pierwszy raz od wielu lat. To doznanie umacniało w przekonaniu słuszności decyzji, jaką podjął i miał zamiar kontynuować swoją wendettę. Aż do śmierci. Coraz bardziej docierała do niego myśl, że umiera. Najprawdopodobniej został oszukany przez Rivere i napój, który spożył nie uratuje go.

– Stary drań przejrzał moje myśli, ale ze mnie głupiec…

– Głupiec…? – niepostrzeżenie do pokoju wrócił Tom łapiąc się na ostatnie słowa monologu Uriela.

– Ja jestem głupcem Tom ja i nikt więcej. Ale masz coś?

– Na nasze szczęście w skrytce była niewielka koperta zostawiona właśnie dla mnie, na moje nazwisko. Ale skąd Antonio wiedział o grożącym niebezpieczeństwie, że już podjął środki zaradcze na wypadek własnej… – Tom przełknął ślinę. – Śmierci…

– Mazar wiedział doskonale, w co gra i jaka jest stawka. Wiem, że ci go żal, ale nie czas na to. Pokaż, co masz.

Ręka Toma drżała. Co było w środku? Odpowiedź na wszelką niewiadomą a może nic i była pusta. Wolał już o tym nie myśleć tylko ją otworzyć. Włożył końcówki palców do środka, coś rzeczywiście było w środku. Sekundy mijały a każda następna była dłuższa od poprzedniej. Uriel wstał i podszedł do Toma. Kraver wyciągnął kolejną, tym razem mniejszą kopertę zalakowaną woskiem i wyciśniętą pieczęcią z napisem Archiwa Watykańskie. Tajne dokumenty pomyślał, ta sama pieczęć, co wtedy w restauracji. Tom i Uriel milczeli, nie musieli porozumiewać się słownie, oboje chcieli tego samego, poznać zawartość owej mniejszej koperty.

Delikatnie i z wielkim namaszczeniem Tom usunął pieczęć, podważając nożem krawędź zaschniętego wosku. W środku było kilka kartek maszynopisu, część nowa a część stara. Pierwsza, jaką wyjął już potargana i pomięta zalatywała zapachem starości i pleśni. Widniało na niej jedno krótkie zdanie będące jak się domyślali wstępem do reszty informacji. Tom podszedł do okna by lepiej dostrzec lekko wymazane litery, zaczął czytać.

„Wampir, przebiegła istota demoniczna, nie posiada lustrzanego odbicia, gdyż jego widok jest obrazą Boga. Wampir zawsze stoi afrontem względem swego Stwórcy” – Kardynał Liatori.

Spojrzeli na siebie, następnie za okno. Czerwono niebieskie światła migotały w szaleńczym tempie. Nie było czasu by zapoznać się z resztą dokumentów, psy tropiące są już na miejscu a oni będąc zwierzyną powinni natychmiast uciekać.

Drapieżnik i ofiara

Dzwonek telefonu obudził Kate. Przetarła oczy po upojnej nocy, powoli łapiąc kontakt z rzeczywistością. Była naga, podobnie jak jej partner, dookoła panował nie ład. To musiała być naprawdę dzika noc, pomyślała. Postawiła obie stopy na podłodze czując ból w mięśniach, zakwasy miłości. Nie była zdziwiona. Jeszcze raz przetarła twarz lewą dłonią a prawą sięgnęła po niezaspokojony telefon.

– Halo – wyszeptała pierwsze słowa.

– Kate to Ty? – rozmówca początkowo nie rozpoznał jej głosu. – Gdzie jesteś? Od wczoraj próbuję się z tobą skontaktować.

– Jestem w Bostonie, miałam pilną sprawę do załatwienia – cicho zachichotała na myśl o pilnej miłosnej eskapadzie.

– Nie żyje – głos w słuchawce szybko przeszedł do konkretów. – Nie mogę uwierzyć w to, co mówię, ale on nie żyje.

– Kto nie żyje? – zapytała zaniepokojona. – O czym ty mówisz?

– Najprawdopodobniej został zamordowany we własnym mieszkaniu, tak twierdzi policja. Zamordowany! – ostatnie słowo zmroziło krew w żyłach Kate, musiała przysiąść na skraju łóżka by nie upaść. Najchętniej zakończyłaby te rozmowę, ale to nic nie zmieni. Ostatecznie musiała zapytać, kto nie żyje, dociec, o co chodzi w tym szaleństwie.

– Kate – kontynuował rozmówca. – Antonio Mazar został znaleziony martwy w wynajętym pokoju hotelowym – tych słów nie chciałaby nigdy usłyszeć a jednak usłyszała. Napływ adrenaliny przytłumił wewnętrzny ból kierując umysł ku kolejnym pytaniom.

– Gdzie to się stało, czy są już podejrzani? – krzyczała do telefonu, nie zwracając uwagi na śpiącego kochanka.

– Foggia, Włochy. Złapano dwóch mężczyzn podczas ucieczki z miejsca zbrodni. Są przetrzymywani w miejskim areszcie.

Antonio został zamordowany, nadal nie mogła w to uwierzyć, to nie możliwe, dlaczego ktoś chciał zamordować kapłana, osobę odpowiedzialną za tyle dobra. Kto mógł być na tyle podły by popełnić taką zbrodnię?

Każda zbrodnia jest niedopuszczalna, ale wykonana na osobie księdza wzbudzała tym bardziej skrajne emocje. Jednak to nie wszystko, co wstrząsnęło Kate. Miała świadomość, że jeszcze kilka tygodni temu Antonio prosił ją by w razie jego śmierci skontaktowała się z jakimś księdzem o imieniu Tom Kraver. To napawało strachem i nieodgadnionym lekiem. Jak starszy ksiądz mógł w tak dokładny sposób przewidzieć, że coś może mu grozić?

Przypomniała sobie ostatnie słowa wypowiedziane przez Antonia, podczas ich ostatniego spotkania. „Nikomu nie mów o naszej rozmowie. Jeżeli w ciągu najbliższych tygodni nic złego nie wyniknie proszę cię zapomnij o wszystkim, co powiedziałem, jak gdybyśmy nigdy nie rozmawiali na ten temat.” Nie wiedziała, co się dzieje, ale kolejny ruch, który chciała wykonać był oczywisty, musi odnaleźć tego Kravera i przekazać mu informacje, jakie Antonio powierzył w jej ręce.

– Jeszcze dziś będę w Foggi, dokładnie wybadam temat i to, co tam się wydarzyło – nie chciała zdradzać, że jest również posłańcem ważnych wiadomości.

– Kate pobrano odciski palców od tych dwóch podejrzanych. Wiadomo już, że jednego nie ma w bazie danych policji jakby, co najmniej nie istniał, a ten drugi to niejaki Tom Kraver. Nie uwierzysz, ale ponoć jest księdzem – Kate jeszcze bardziej wytrzeszczyła oczy słysząc ostatnie zdanie. Tom Kraver jest mordercą Antonia? Przecież Antonio kazał jej skontaktować się właśnie z nim. To naprawdę jakieś szaleństwo, pomyślała. – Kate uważaj na siebie, cała ta sprawa jest mocno podejrzana. Ksiądz i człowiek widmo to dość nietypowa para morderców.

– Będę czujna jak zawsze, bez obaw – zakończyła rozmowę. Zaczęła planować, nie wiedziała, co zrobić, gdy już stanie oko w oko z tym Tomem, traktować go jako mordercę czy zaufanego przyjaciela Antonia. Cholera jasna, przeklęła w myślach kilkukrotnie, rozładowując nagromadzone napięcie. Spojrzała za okno i cicho zapłakała.

* * *

Wszedł prosto na komisariat policji. Nie spieszył się, ale siła, z jaką pokonał obrotowe drzwi na długo wprawiła je w ruch rotacyjny. Pierwsze kroki skierował w stronę łazienki, miał tam ważną czynność do wykonania a w zasadzie dwie. Dokładnie wiedział, co robić, plan obmyślił w kilka minut z realizacją powinno też pójść gładko. Kiedy ktoś pytał ile potrzebuje czasu by solidnie przygotować się do wykonania powierzonego zadania, zawsze odpowiadał w ten sam sposób. „Dajcie mi sekundę a będę dobry, dajcie mi minutę a będę doskonały, dajcie mi godzinę a będę nie do pokonania.”

W tym przypadku miał kilka godzin na obmyślenie planu i to, co wykombinował przypominało mu niedawną sprawę z Kanady, jednak jako profesjonalista dobrze wiedział, że każde zlecenie jest inne, ponieważ ludzie, których ono dotyczy są całkowicie odmienni. To mobilizowało jeszcze bardziej, było jak para na tłoki olbrzymiej maszyny, która raz wprowadzona w ruch nie dała się zatrzymać.

Pchnął nogą ciemne drzwi prowadzące do męskiej toalety. Wchodząc do środka jeszcze raz rzucił okiem czy aby nikt nie idzie za nim. Odkręcił kurek z ciepłą wodą delikatnie polewając dłonie. Dokładnie wymył zastygłe pozostałości krwi Mazara widniejące na jego rękach. Był na komisariacie a tutaj każda kropla krwi równała człowieka z przestępcą, co akurat w jego przypadku było słuszne, jednak niech to pozostanie tylko i wyłącznie jemu wiadome.

– Idealnie – zadowolony z siebie poprawił czarny garnitur, zapinając ostatnie dwa guziki. Krawat również czarny dobrze współgrał z resztą. Wyglądał dokładnie tak jak zakładały pozory by wyglądał. Wyciągnął z kieszeni legitymację w skórzanej oprawie i przemówił do swojego odbicia w lustrze.

– Peter Wage FBI – pierwsza próba. – Federalne biuro śledcze, Peter Wage – druga próba. – Agent specjalny Peter Wage – trzecia próba, wreszcie udana. Tak będzie świetnie, pomyślał. Uśmiechnął się raz jeszcze do lustra ubierając przyciemniane okulary. – James Bond przy tobie wymięka.

W doskonałym nastroju opuścił toaletę. Wszedł tam jako morderca, wyszedł jako agent FBI. Miał ważną sprawę do załatwienia na tym zapchlonym posterunku. Każda napotkana osoba instynktownie ustępowała mu miejsca niczym jakiemuś wezyrowi tureckiemu. Jemu było to na rękę, niech wiedzą, kto tu rządzi.

– Którędy na sale przesłuchań – warknął tak mocno, że policjant nie wiedział czy to pytanie czy już rozkaz.

– Kim pan jest? – zapytał nie ukrywając narastającego zmieszania.

– Agent specjalny Peter Wage – chciał okrasić swoją odpowiedz kilkoma mocnymi słowami, ale zrezygnował, pomachał jedynie niewielką legitymacją przed nosem posterunkowego, który widać nie często miał do czynienia z FBI.

– Nic mi nie wiadomo by FBI miało dzisiaj przysyłać agenta.

Peter czuł lekkie zażenowanie, w jego świecie hierarchia była skrupulatnie przestrzegana a tutaj jakiś pionek śmiał zadawać pytania tam gdzie powinien udzielać samych odpowiedzi, najwyższy czas zmienić hierarchie wartości.

– Kolego ja jestem z FBI a ty jesteś znikąd, więc gdy każę ci się położyć to się kładziesz, gdy każę przynieść kawę zapytasz czy ze śmietanką czy bez. Rozumiesz? Więc jeśli nie chcesz reszty życia spędzić jako podrzędny krawężnik słuchaj tego, co mówię i odpowiadaj, nic więcej – mogło się wydawać, że posterunkowy jakby zmalał a Peter urósł. Poraził go jeszcze raz spojrzeniem. Wiedział, że nie ma zbyt wiele czasu nim ktoś faktycznie zada nieodpowiednie pytania i zacznie węszyć. Dlatego mocno uderzył pięścią w stół krzycząc. – Sala przesłuchań!

Posterunkowy oblany ciepłym potem nic nie mówił, coś odebrało mu głos. Jedyne, na co się zebrał to ciche wręcz szeptem wypowiedziane zdanie.

– Prosto do końca korytarza, ostatnie drzwi po prawej.

– Noooo… – Peter wyraźnie przeciągnął literkę o. – To rozumiem, tak trzymać posterunkowy a daleko zajdziecie. Taaaa daleko zajdziecie, pomyślał odchodząc od wystraszonego policjanta. Masz szczęście, że nie spotkałem cię na ulicy, bo byś już wylądował w krainie wiecznych łowów i szczęśliwości, gnojku.

Peter do końca nie mógł pojąć, jak można przyjmować do policji takich nieudaczników, którzy pod wpływem niewielkiej presji zjedzą własne gówno. No może nie do końca nie wiedział, wolałby nie wiedzieć, jednak znał doskonale odpowiedz, system był dziurawy a przestępcy tacy jak on, czyli posiadający nie tylko siłę, ale i inteligencje, byli drapieżnikami a policja tylko ofiarą, zdechłą padliną.

– Gdzie przesłuchują Toma Kravera i jego wspólnika – zapytał przechodzącego funkcjonariusza.

– Pod czwórką.

Doskonale, chociaż jeden okazał respekt, dobry piesek, pomyślał.

Ucieczka

Tom Kraver nadal nie mógł uwierzyć, że dali się złapać. Uriel wielki i sprytny a jednak nie do końca tak dobry jak myślał. Było zimno, za zimno jak na sale przesłuchań, chyba chcą nas złamać chłodem, pomyślał. Spojrzał na twarz wspólnika przestępstwa, którego nie popełnili, ale nic z niej nie wyczytał prócz wielkiego skupienia. Być może obmyśla plan ucieczki, lepiej żeby był dobry.

Tom nie miał zamiaru do końca życia odprawiać mszy świętych za murami więzienia. Ostatni raz dałem się złapać w tak śmieszny i kuriozalny sposób, następnym razem to ja będę działał w końcu właśnie nabieram doświadczenia, dodał w myślach, po czy ponownie wrócił do momentu próby ucieczki. Światła zamigotały w szaleńczym tempie odbijając niebiesko czerwonawe barwy w oknach pokoju Antonia.

* * *

– Ruszamy nie ma czasu, zaraz tu będą – same złe myśli chodziły po głowie Uriela, gorzej być już nie mogło.

– Ruszamy, ruszamy, ale gdzie, chyba nie chcesz wyjść na dach i odfrunąć – Tom nie krył strachu potęgującego cięty dowcip.

– Nie czas na science fiction, chodź za mną – Uriel wyskoczył z pokoju nie patrząc na nic, Tom w ostatniej chwili ruszył za nim, jeszcze moment a zgubiłby go z oczu. Nie robiąc zbędnego hałasu biegli ku klatce schodowej, jednak jeszcze dobrze nie otworzyli drzwi a już można było usłyszeć głośny huk, jak gdyby stado bizonów biegło po metalowych stopniach. – Tędy nie damy rady, zawracaj szybko.

Tom nie zadawał pytań, wiedział, że każde może kosztować utratę wolności. Biegli korytarzem jak najdalej od wejścia na klatkę schodową. Z pokoju wyszła jakaś sprzątaczką pchając przed sobą niewielki wózek ze środkami czystości, Uriel nie zdążył wyhamować, uchylił się trochę przyklejając ciało do ściany niczym zwinny pająk a mimo to potrącił metalowy wózek. Wszystkie plastikowe pojemniki upadły na ziemię a miotły wylądowały na głowie zdezorientowanej kobiety. Nie miała czasu nawet ich ściągnąć, ponieważ pędzący Tom nie miał zamiaru się uchylać, nie dziś, pruł przed siebie niczym walec wpychając kobietę z powrotem do pokoju.

– Co teraz? – krzyczał zdyszany Tom. – Co teraz?

– A skąd mam wiedzieć, nie jestem wróżką, najważniejsze jednak to pozostawać w ciągłym ruchu.

– To nie bieżnia – warknął sceptycznie Kraver nadal biegnąc za Urielem, który z kolei biegł na oślep.

Syreny ucichły, obaj wiedzieli, że co najmniej połowa agentów w tym momencie przeczesywała każde piętro hotelu, a druga połowa obstawiała wszystkie możliwe wyjścia.

– Winda, dawaj do windy – rzucił Uriel.

Podbiegli wymijając kilku turystów, Uriel zaczął walić pięścią po przyciskach, myślał, że im mocniej uderzy tym szybciej winda podjedzie na ich kondygnację. To jednak nic nie dało prócz dziwnych spojrzeń i ironicznego śmiechu wielu osób stojących obok. Sekundy mijały, a wraz z nimi uciekała wolność sącząca się niczym piasek w klepsydrze, pozornie wolno a jednak nieuchronnie. Kiedy wreszcie upragniona karoca dojechała na miejsce a drzwi stanęły otworem, fala ludzi wcisnęła Toma i Uriela do windy.

– Z tymi ludźmi na sam dół będziemy zjeżdżać z pół wieku.

– Serio, co ty nie powiesz – Tom był już mocno poirytowany sposobem działania Uriela, to nie było działanie to był totalny chaos.

Wszystkie osoby w windzie dziwnie sapały spoglądając po sobie jak gdyby pierwszy raz w życiu widziały innych ludzi. A każdy, co chwile naciskał przycisk z cyfrą odpowiadającą piętrom hotelowym.

– W windzie jest bomba, a ja zaraz ją zdetonuję – cała sytuacja wyglądała niczym kurs szybkiego wykrywania terrorystów. Wszyscy popatrzyli na Toma, początkowo myśleli, że żartuje, w końcu to ksiądz, przynajmniej tak jest ubrany, ale gdy zobaczyli łzy na twarzy Uriela, który podłapał temat rozpoczynając lamentacje, jaki to on jest młody i nie chce umierać, wszyscy popadli w panikę do tego stopnia, że winda zaczęła dygotać we wszystkie strony. Przy następnym przystanku została opuszczona przez wszystkich z wyjątkiem Toma i Uriela, którzy pierwszy raz uśmiechnęli się do siebie jadąc prosto do piwnic hotelowych.

Było ciemno, nie tak bardzo, ale jednak wystarczająco by niepostrzeżenie dotrzeć do wyjścia ewakuacyjnego a później prosto do wyjazdu dla personelu.

– Trzymaj głowę nisko i nic nie mów – doradzał Uriel.

– A mogę, chociaż oddychać – zaprotestował Tom oglądając się we wszystkie strony, czy aby za moment ktoś nie krzyknie „stać policja” albo „ręce do góry, bo strzelam”. Całe szczęście na razie wszystko szło jak po maśle, nieźle sobie radzimy, pomyślał Tom, by za moment dodać, nie jestem uciekinierem tylko księdzem na litość boską. – Daleko jeszcze?

– Nie wiem. – Uriel mówił po części do siebie a po części do wspólnika. – Te piwnice są chyba większe od tego hotelu.

Rzeczywiście kolumny podpierające sklepienie ciągnęły się w kilku szeregach na tak długie odległości, że końca nie było widać, tylko mrok i masę samochodów.

– Wiem, co zrobimy, ukradniemy jeden z tych wozów, widziałem jak to robią na filmach, szybko i po bólu.

– Kraver oszalałeś? Równie dobrze możesz podnieść rączki i dać się zapuszkować. Odjedziemy spokojnie taksówką, przed każdym hotelem stoi ich cała masa, jedyne, co musimy zrobić to dotrzeć do jednej z nich – plan był prosty, za prosty. Ale plan to wciąż plan, może akurat wypali. Jak do tej pory szczęścia im nie brakowało. Nagle głośny huk sparaliżował na moment uciekinierów.

– Jasna cholera! – dwa słowa przebiły ciszę.

– Co ty znów robisz – zapytał poirytowany Uriel.

– Uderzyłem głową o lusterko tego złoma – narzekał Tom jednocześnie pocierając obolałe miejsce. – Ale dziękuję za zainteresowanie Kościół nie zapomni twoich zasług.

– Weź się w garść i nie klnij, czy aby nie tego uczą was na obozach szkoleniowych zwanych seminariami?

– Tak, ale nie uczą nas uciekania przed policją i Bóg wie, kim jeszcze. Jestem księdzem nie komandosem.

Po krótkiej wymianie zdań dotarli wreszcie do wyjścia, cała okolica została otoczona przez biało niebieskie radiowozy. Jedyne, co mogło pocieszyć to widok jednej taksówki stojącej na podjeździe.

– Chodź musimy do niej podejść – powiedział Uriel wskazując palcem ostatnią deskę ratunku.

– Podejść? Ciekawe jak zamierzasz przejść pod nosem policjantów kilkadziesiąt metrów.

– Nie marudź, jak chcesz to tu zostań, ja nie mam zamiaru iść do więzienia – Uriel ruszył nisko pochylony nad ziemią.

– Uriel… Uriel… Niech to szlak… – Tom ruszył po śladach towarzysza. Był tak spocony, że gdyby w pobliżu był jakiś pies to wyczułby go ze stu metrów. Krok po korku, nie spieszyli się, każdy fałszywy ruch prowadził wprost do więzienia albo do kostnicy, kulka w tylną część głowy skutecznie kończy życie. – I co teraz Einsteinie? – Kraver przykucnął za plecami Uriela, który stał tuż za plecami policjanta. Nie mogli iść dalej, ale też nie mogli zawrócić. Coś trzeba było zrobić. Ale co? Nagle Tom zauważył jak Uriel wyciąga z kieszeni mały nożyk, ostrze zabłysło złowrogim blaskiem. Uriel wahał się, nie chciał już nikogo zabijać, nie po to wszedł na nową drogę, ale teraz nie miał wyjścia, albo to zrobi albo to koniec. Tom panicznie kiwał głową, chciał powstrzymać wspólnika, ten jednak podjął decyzję. Podniósł nóż, wykonał zamach i natarł z całej mocy.

– Watkins odbiór – krótkofalówka niespodziewanie ożyła. – Watkins odezwij się.

– Tu Watkins, o co chodzi?

W ostatniej chwili ostrze zatrzymało się w odległości kilku milimetrów od szyi nieświadomego policjanta. Tom odetchnął głęboko a wraz z nim Uriel. Pierwszy, dlatego że nie musiał oglądać strasznej zborni a drugi, dlatego że nie musiał zabijać, przynajmniej na razie.

– To nasza okazja.

– Jaka okazja? – Tom nie zdążył dokończyć zdania, kiedy Uriel powoli przeciskając się za plecami rozmawiającego policjanta ruszył w stronę jedynej taksówki. To było dziesięć, może dwadzieścia metrów, a jednak wydawało się, że idą godzinami przemierzając kilometry. Każdy krok mógł być ostatni, a każde spojrzenie mogło napotkać spojrzenie któregoś z funkcjonariuszy węszących po okolicy niczym stado hien, gotowych zaatakować bez większego pretekstu.

– Lepiej żeby ktoś siedział w tej taksówce, bo jeżeli nie ona to pozostaje nam już tylko suka – Uriel siedział już nie raz i nie dwa w radiowozie policyjnym, wiedział jak go prowadzić.

Ku ich zaskoczeniu nie było nikogo, samochód stał pusty a drzwi były zamknięte, do tego ktoś szedł w ich kierunku. Pozostało im kilkadziesiąt sekund, mogli liczyć jedynie na cud.

– Nie masz czasem czapki niewidki, a najlepiej dwóch? – Tom panicznie patrzył to na zamknięte drzwi to na towarzysza.

– Nie, ale za to mam latający dywan, a dla ciebie sutannę batmana pasuje Ci?

Ale w tym momencie nic nie pasowało. Miejsce, czas, ludzie i okoliczności, nic się nie zgadzało. To jakaś totalna psychoza, w której trzeba odnaleźć drogę. Stali tak na przeciw siebie coraz mocniej przegadując jeden drugiego.

– Hej, co wy robicie, nie dacie pospać starszemu człowiekowi? – szorstki głos dobiegł z za odsuwającej się szyby żółtej taksówki. Wszyscy trzej mieli podobne miny. Zapanowała Cisza. Długa cisza.

– No, więc, o co chodzi? – dopytywał taryfiarz.

– Tak, prosimy do centrum, ale już! – Kraver wskoczył na tylne siedzenie ciągnąc za sobą jeszcze przyćmionego Uriela, który nie mógł uwierzyć w to, co się działo. Jak to możliwe, że nie zauważył śpiącego staruszka. Zbawienie było tak blisko. Jesteśmy uratowani pomyślał Uriel.

– To nie możliwe – taksówkarz odparł krótko, patrząc kontem oka w lusterko. Coś na kształt kamienia uderzyło Uriela w głowie, budząc go całkowicie z błogostanu prawie udanej ucieczki.

– Jak to nie możliwe, co nie możliwe? Jedź starcze albo ja pojadę, wybieraj.

– Synku musiałbyś najpierw poradzić sobie z tą kratą, która dzieli mnie od ciebie, i nie żebym cię nie doceniał, ale nie masz szans – staruszek cicho zachichotał, widać nie zależało mu na ewentualnym ataku a i nawet utracie życia.

Tego już za wiele. Uparci starcy zaopatrzeni w kraty obronne? I jak tu nie oszaleć, pomyślał Uriel.

– Nie zawiozę was, policja węszy, coś tu nie gra, nie będę ryzykował – taksówkarz ponownie powrócił do pozycji z przed kilku chwil, chciał zasnąć, w jego wieku potrzebował dużo, dużo snu.

– Zapłacę poczwórnie w dolarach – kilka zielonych banknotów poleciało z rąk Toma przez niewielkie otwory w kracie.

– Synku trzeba było tak od razu – staruszek ożywił się, niczym po zażyciu niewidzialnej dawki leków wspomagających. – W prawdzie rano trochę popiłem i nadal ma zawroty głowy, ale dam radę. – Taksówkarz ruszył śmiejąc się sam do siebie, był dumny z zarobionych pieniędzy.

– Do centrum, do centrum! – krzyczał Kraver.

Taksówka szybko nabrała prędkości opuszczając plac przed hotelem. Udało się, uciekli. Daleko jednak nie ujechali, pół kilometra od hotelu stała blokada.

– Cholera zablokowali drogę – staruszkowi zaczęły sztywnieć ręce, mocniej złapał kierownicę, nie chciał jej czasem puścić.

– Na pewno nie tylko tą – Tom nie był zbiegiem z wykształcenia, ale wiedział, co to jest standardowa procedura. Ku jego zdziwieniu na starszym taksówkarzu to nie zrobiło żadnego wrażenia. Jeszcze mocniej wcisnął pedał gazu jadąc wprost na blokadę złożoną z trzech radiowozów.

– Bez obaw moi mili, za te pieniądze przejadę moją taksówką nawet przez morze – szaleństwo dolarów całkowicie opętało taryfiarza, był gotów na wszystko.

– Brakowało nam jeszcze naszego prywatnego Mojżesza – Tom spojrzał w kierunku oszołomionego Uriela.

To nie mogło się powieść. Przed blokadą leżała rozciągnięta po całej szerokości jezdni ostra kolczatka. Weszła w opony jak w masło. Staruszek stracił kontrolę nad pojazdem lądując w pobliskich krzakach. To nic, że całą trójkę coś bolało, Tom spojrzał Urielowi prosto w oczy mówiąc.

– Mówiłem żeby ukraść samochód – Uriel spuścił oczy wyraźnie upokorzony. Pośród kilku jęków bólu w taksówce dało się już tylko słyszeć głos dobiegający z radiostacji. Czwórka odbiór, starsza para prosi o transport na dzień seniora, odbiór. W taki sposób dobiegła końca brawurowa ucieczka.

* * *

A teraz Tom Kraver siedział nadal na twardej ławce. Ból pośladków, lewego barku i licznych stłuczeń nie dawał wytchnienia. Uriel dalej był obok, wiecznie zamyślony. Dwóch przyszłych skazańców czekało aż ktoś przyjdzie i zada pierwsze pytania, z góry jednak wiedzieli, że policja nie uwierzy w ich niewinność, bo przecież każdy, kto tutaj trafia jest niewinny.

CIĄG DALSZY NASTĄPI

Autorstwo: Globalny Anonim
Źródło: Globalne-Archiwum.pl [1] [2] [3]

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars Zostań pierwszą osobą, która oceni ten wpis!
Loading...

TAGI:

OD ADMINISTRATORA PORTALU: Hej! Cieszę się, że odwiedziłeś naszą stronę! Naprawdę! Jeśli zależy Ci na dalszym rozpowszechnianiu niezależnych informacji, ujawnianiu tego co przemilczane, niewygodne lub ukrywane, możesz dołożyć swoją cegiełkę i wesprzeć "Wolne Media" finansowo. Darowizna jest też pewną formą „pozytywnej energii” – podziękowaniem za wiedzę, którą tutaj zdobywasz. Media obywatelskie, jak nasz portal, nie mają dochodów z prenumerat ani nie są sponsorowane przez bogate korporacje by realizowały ich ukryte cele. Musimy radzić sobie sami. Jak możesz pomóc? Dowiesz się TUTAJ. Z góry dziękuję za wsparcie i nieobojętność!

Poglądy wyrażane przez autorów i komentujących użytkowników są ich prywatnymi poglądami i nie muszą odzwierciedlać poglądów administracji "Wolnych Mediów". Jeżeli materiał narusza Twoje prawa autorskie, przeczytaj informacje dostępne tutaj, a następnie (jeśli wciąż tak uważasz) skontaktuj się z nami! Jeśli artykuł lub komentarz łamie prawo lub regulamin, powiadom nas o tym formularzem kontaktowym.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz.
Jeśli już się logowałeś - odśwież stronę.

pl Polish
X