Bractwo Apokalipsy – 21

Opublikowano: 26.05.2018 | Kategorie: Opowiadania | RSS komentarzy

Przeczytano 82 razy!

ŻYCIE I ŚMIERĆ

Weszli w mrok komnaty, Kardynał Rivera przodem, tuż za nim podążał zdumiony Uriel. Wszystkie oczy zgromadzonych teraz spoczęły na ich barkach, jednak Uriel miał świadomość, że to głównie na nim są skoncentrowane. W tej atmosferze mijali kolejne filary podtrzymujące niski strop. Panujący dokoła półmrok zawężał pole widzenia potęgując wrażenie tajemniczości i czegoś niezwykłego, tak jak gdyby owa podziemna komnata nie miała kresu, nawet echo pobrzmiewając nagle dziwnie milkło.

Niespodziewanie Mistrz wyraźnie zwolnił, dając znak w kierunku zebranych. Wszyscy bez słowa ruszyli w kierunku centralnego punktu gdzie każdy zajął z góry ustalone miejsce. Uriel wykorzystując nadarzającą się sposobność uważnie prześledził wzrokiem zebranych, nic szczególnego nie dostrzegł, dwanaście postaci ubranych w czerń skutecznie chowało twarze w mroku głębokich kapturów narzuconych na głowę. W obliczu niepowodzenia skierował wzrok na posadzkę.

Ku jego zdziwieniu miejsca zajmowane przez dwunastu były regularnie rozmieszczone na dużym i solidnie wykonanym malunku. Początkowo nie rozpoznał, co dokładnie przedstawia malowidło, dopiero w momencie, gdy Rivera ruszył pociągając za sobą Uriela ten z bliższej odległości w pełni dostrzegł znajomą formę. Umysł rozpoczął pracę na najwyższych obrotach wyszukując dostępne odpowiedzi. Wiem, pomyślał, to Uroboros, mityczny wąż, gdzie głowa zjada ogon tworząc okrąg.

Ale Uroboros? Tutaj we Włoszech w katakumbach położonych głęboko pod ziemią? Kto i kiedy namalował to doskonale wykończone cudo? Każdy szczegół był dopieszczony i perfekcyjnie osadzony. Dziwne, skwitował nieme rozważania. Podchodząc jeszcze bliżej centralnej części komnaty zauważył kolejny szczegół. Dwanaście miejsc rozlokowane zostało idealnie na wężu, tworząc w ten sposób okrąg. To pewno nie jest przypadek, pomyślał.

Kardynał Rivera jako ostatni zajął wolne miejsce umieszczone w centrum okręgu i milczał, dwunastu milczało, Uriel również milczał, było mu to nawet na rękę i tak nie wiedział, co mógłby powiedzieć. W zalegającej ciszy delikatnie płynęły oddechy zgromadzonych, wszyscy wyczekiwali. Co teraz? To już koniec przedstawienia, pomyślał Uriel, wówczas Kardynał Rivera przemówił jako pierwszy.

– U źródła istnienia ludzkości, kiedy wszystko miało swój początek człowiek żył setki lat. Choroby nie istniały a życie wydawało się łatwiejsze i bardziej harmonijne. Niestety z upływem czasu to wszystko przeminęło przyjmując otoczkę legendy, w którą wierzą jedynie ludzie powszechnie uznawani za słabych – stwierdził Rivera, pozwalając sobie na krótką chwilę zadumy. – Dzisiaj ludzie nie wierzą w biblie lub Boga, dla nich bogiem stała się nauka, to w niej pokładają wszelką nadzieje i ufność. Skutki możemy dostrzec na każdym kroku. Przyprowadziłem cię dziś tutaj by w obliczu wielkiej rady dokonać twojego ponownego narodzenia, narodzenia dla nas i naszej sprawy. Podejdź bliżej i stań po środku.

Uriel posłuszny nakazowi ruszył ku miejscu centralnemu, po chwili stał już w centrum okręgu. Nic nie mówił. Czuł, że każde słowo i każda wypowiedziana wątpliwość, jaką odczuwał w tym momencie a którą wypowie na głos nie pomoże mu. Dwunastu patrzyło na jego ciało i jak przypuszczał także na duszę. Co ma być to będzie, ale niech to się już wreszcie stanie, krzyczał głos w głowie Uriela.

– Czas ludzkości dobiega końca, przynajmniej sporej jej części. Stan dzisiejszego człowieka jest zatrważający i wymaga oczyszczenia. Ludzie potrafią tylko mówić i lamentować, my potrafimy działać. W ciągu najbliższych dni na ziemi dojdzie do globalnych zmian po części w wyniku uwarunkowań naturalnych a po części dzięki naszym działaniom. Z pewnością zachodzisz w głowę, co może zapoczątkować te zmiany – Rivera zwrócił się teraz do całej grupy. – Opowiedz jest prosta. Jedynie słońce może globalnie oddziaływać na naszą planetę. Urielu syn powraca, jest to syn przepowiedziany w biblii, który zapoczątkuje oczyszczenie. Ty jednak umierasz, masz blisko pięćdziesiąt lat a jednak umierasz, nie doczekasz dnia sądu i nowej odrodzonej ziemi.

Uriel osłabł a krew w całości odpłynęła z mózgu i twarzy pozostawiając trupio blade oblicze. Umrę, nie chce umierać nie teraz nie jestem gotów, nie, nie, nie… Ciągłe nie odbijało się echem w myślał Uriela. Wreszcie krzyknął nie wytrzymał.

– Nie mogę umrzeć, nie jestem gotów.

– Urielu na śmierć nie można być gotowym nigdy – twardo odparł Rivera. – Szczególnie na taką, która czeka ciebie.

– Ale ja… tyle wyrzeczeń, jestem młody nic mi nie dolega nie mam problemów ze zdrowiem, nie to nie możliwe.

– Urielu nie masz tylu lat ile myślisz. Jesteś znacznie starszy.

Uriel wytrzeszczył oczy. Co on mówi a może to ja oszalałem? I po to tutaj przychodziłem by dowiedzieć się, że niebawem umrę? Uriel coraz bardziej panikował.

– Cierpliwości, cierpliwości – Rivera chciał opanować rozchwianego emocjonalnie Uriela. – Posłuchaj prawdziwą historię swojego życia, które tak bardzo pokochałeś, że przestałeś zadawać wszelkie pytania.

– Mistrzu, ale ja znam swoje życie, ostatecznie to moje życie.

– Urielu twoje prawdziwe życie miało początek w 1945 roku. Wówczas poznałeś mnie po raz pierwszy, moje prawdziwe oblicze.

KOMETA ISON

Europa Środkowa. Polska.

Mały jednorodzinny dom tonął w chłodzie późnego wieczora, jesień okryła okolice. Gdzieniegdzie leżały kopce zebranych przez wiatr liści, jedne bardziej inne mniej foremne. Czerwień, pomarańcz, zgniła zieleń, natura niczym Da Vinci namalowała własny obraz. Bezchmurne niebo ukazało liczne gwiazdy tworzące duży i mały wóz, niedźwiedzice, strzelca. Bardziej wnikliwsze oczy mogły również dostrzec trzy główne gwiazdy tworzące pas Oriona. Michał wyjrzał przez lekko zaparowane okno swojego pokoju. Musi być naprawdę chłodno, pomyślał krzyżując ramiona na klatce piersiowej instynktownie okrywając ciało przed zimnem. Wolał nie patrzeć więcej. Wskoczył pod koc i włączył telewizor.

– Dobrze, co macie dziś dobrego dla mnie – wcisnął numer jeden na pilocie, sprzęt wydał dziwny odgłos i pokazał kolorowy obraz. Jakaś postać ubrana w niebieską koszule i luźne spodnie grzmiała z ekranu. Nie można sobie pozwolić na ludzką słabość i skruchę w obliczu krzywdy. Nie można im wymierzyć sprawiedliwości? Nie posiadamy odpowiedniej władzy i odpowiednich środków? A ja wam mówię, że możemy i musimy by nie stać się współwinnymi zaniedbań. Kolejna seria kilku nie możemy przeplatana możemy i musimy. Obrazy ludzi, zwierząt przelatywały w szybkim tempie. Oczy Michała zaczęły coraz mocniej piec i dziwnie kłuć, tempo zmiany kolorów i liczne rozbłyski przerosły naturalne możliwości ludzkiego wzroku.

– Wohohow… – wydał bliżej nieokreślony dźwięk. – Chcecie mnie oślepić? – bez chwili namysłu wcisnął program numer dwa. Tutaj żwawo i bez kompromisu przebiegała jakaś tam rozmowa.

– Kim jesteś, aby dawać im nadzieję? – ktoś żywo gestykulował, o mało nie uderzając w twarz prowadzącego.

– A co dostali od was? – szybko odpowiadał kontr rozmówca.

– My dajemy im szczęście a oni nam władze.

– Pod pretekstem demokracji odbieracie wolność!

Debata o prawie, jeszcze tego brakowało, pomyślał. Dwóch krawaciarzy licytujących kolejne wypowiadane słowa. Każdy ukazujący wyłącznie swoje zalety i wady oponenta. Michał jednak wiedział, że oboje nadają się jedynie do burzenia i zakłamania. Prawo, o którym tak namiętnie wspominali było dla polityków nie dla zwykłych obywateli.

– Synu kolacja – kobiecy głos dobiegł z kuchni.

– Już idę sekunda – odpowiedział, jednocześnie dociekając, na którym programie miały być te wiadomości. Rano słyszał zapowiedz a teraz nie mógł sobie przypomnieć nazwy kanału. Włączał wszystkie po kolei, jeden za drugim. Na pewno gdzieś są przecież jest 19:00. Pamiętam, co widziałem i słyszałem, no może nie całość, ale godzinę na sto procent. Wreszcie się udało, program szesnasty. Z ekranu telewizora popłynął wyczekiwany obraz a z głośników dopełniający dźwięk.

– Każdy przelot komety to dla naukowców okazja do wykonania wielu obserwacji, których celem jest poszerzenie wiedzy, jaką posiadamy na temat tych tajemniczych obiektów z kosmosu. Nie inaczej jest z kometą ISON, której pojawienie się na ziemskim niebie było oczekiwaną atrakcją astronomiczną dekady. Historia komety ISON zaczęła się 21 września 2012 roku. To właśnie wtedy Rosjanie, Vitali Nevski i Artyom Novichonok odkryli ją dla świata. Oni zobaczyli ją wtedy, gdy jej jasność była jeszcze bardzo niepozorna. Od tego czasu cały czas rosła. Dlatego wszyscy interesujący się astronomią wiedzą, że wydarzeniem sezonu 2012/2013 była jedna z największych komet, jakie ludzie mogli zobaczyć w trakcie swojego życia. Tak jasnej komety jak ISON z pewnością wielu z nas już nie zobaczy.

– Michał chcesz jeść zimne placki? Chodź, bo zjem wszystkie – ostrzeżenie dotarło do głodnego żołądka, który niezwłocznie wysłał ponaglenie rozumowi.

– Mamo już idę, prosiłem o sekundę – no może trochę więcej dodał w myślach. Michał Od dawana interesował się astrologią i astronomią, wiedza o wszechświecie potrafiła szybko wciągnąć prawie każdego. Gwiazdy, planety i ta świadomość kosmosu, który jest tak wielki. Nawet migoczące światła, jakie dziś podziwiał na nocnym niebie mogły po części pochodzić od wymarłych już gwiazd. Wszechświat jest tak olbrzymi, że odległość, jaką wyemitowane światło musi pokonać od źródła do ziemi często trwa na tyle długo by gwiazda w między czasie zgasła a nawet wybuchła jako supernowa. Takie rozmyślanie bardzo rajcowało młodego Polaka w jakimś stopniu kształtując jego osobowość. Dzisiaj miał nowy wątek numero uno a była nim kometa ISON, na której temat zbierał wszelkie informacje z internetu lub ekranu telewizora.

– Kosmiczny teleskop Hubble’a był wycelowany prosto na kometę ISON. Bardzo możliwe, że szacunki NASA, co do wielkości i jasności komety były zdecydowanie niedoszacowane. Już teraz mówi się na nią „kometa stulecia”. Oczywiście jak zawsze z tego typu zjawiskami mamy do czynienia również z teoriami spiskowymi – Michał pogłośnił odbiornik. – Dziś po upływie pewnego czasu od przelotu ISON, ludzie okrzepli, zaczęli kalkulować, porównywać i wyciągać wnioski. Wielu uważa kometę ISON za znak nadchodzących przemian na ziemi. Kto wie może jest w tym coś z prawdy – reklama szybka i zawsze nie w porę przerwała nadawany program. Wysoki i wiecznie uśmiechnięty pan w różowej bluzie, usilnie przekonywał widza, że bez nowego tostera DR-12 życie nie ma sensu i jest znacznie trudniejsze.

Tego już za wiele, pomyślał Michał. Spojrzał na okno uśmiechając się na myśl o wyrzuceniu reklamy razem z telewizorem za nie. Ostatecznie wcisnął czerwony przycisk na pilocie. Czekała na niego kolacja z ciepłymi placuszkami, no może po prostu placuszkami.

– Wiedza to klucz do chłodnych posiłków – ostatnie zdanie wypowiedział w stronę ciemnego ekranu, po czym opuścił pokój kierując kroki wprost do kuchni.

Ciepłe czy zimne to nie grało roli, placki z jabłek po prostu smakowały. Nie pozostał ani jeden, dwa puste talerze stały na środku stołu pokryte niewielkim śladem tłuszczu. Zawsze podczas jedzenia tych niewielkich pyszności przypominał sobie czasy młodości. Niektórzy wiążą nieświadomie jakieś miłe wydarzenia życia z piosenką bądź filmem. Michał jedno jedyne wydarzenie, nadprzyrodzone wydarzenie, jakiego doznał powiązał z jabłkowymi plackami. Epizod, który odmienił jego życie. Tamtego pamiętnego wieczoru, kiedy powrócił do domu już uzdrowiony nic nie powiedział swojej mamie o spotkanym księdzu i o cudzie, jaki miał się dokonać. Jak gdyby nigdy nic zasiadł do stołu a mama podała placki z jabłek na kolacje.

– Czy kiedykolwiek go jeszcze spotkam?

– Kogo synu chcesz spotkać? – zapytała Mama, czując lekki dreszcz emocji.

– Eee… Nie… Nikogo tak tylko mówię do siebie – był tak zamyślony, że ostatnie zdanie niechcący wypowiedział na głos.

– Michał nie musisz mówić do siebie, powiedz coś do mnie. Co tak zapalczywie oglądałeś w telewizji?

– Ostatnio mówią sporo o tej komecie ISON. Ciekawi mnie każdy szczegół z tym związany. Jej wielkość, jasność.

– Synu dalej żyjesz z głową w chmurach, a może i nieco wyżej – pogłaskała syna po rozczochranej czuprynie.

– Mamo bardzo dobre placki, jak ty to robisz? Mi nigdy takie nie wychodzą?

– Może ty jesteś ekspertem od kosmosu, ale ja od placków i spraw kuchennych – na ostatnią uwagę oboje zareagowali gromkim śmiechem, który było słychać nawet na zewnątrz. Odgłos radosnej rozmowy wraz z unoszącym się dymem z komina wzlatywał coraz wyżej i wyżej.

CZĘSTOTLIWOŚĆ ŚMIERCI

Antonio Mazar i Tom Kraver coraz mocniej przekraczali próg dzielący świat rzeczywisty i świat teorii spiskowych. Większość z tego, co mówił Antonio wydawała się mieć sens i odzwierciedlenie w rzeczywistości. Jednak ogólne trendy lansowane w mediach utrudniały otwarcie umysłu na te sferę rządzoną legendami. Teoria spiskowa nie możliwe. Legendy są dla dzieci nie dla dorosłych. Kto dziś wierzy w spiski chyba tylko kosmici? Nie zgadzamy się na lansowanie teorii spiskowych. Legenda i teoria spiskowa jest szkodliwa dla umysłu racjonalnie myślącego obywatela. Wszystkie te zdania Tom często słyszał w swoim życiu, one zamknęły drogę w jego umyśle na rzeczywistość ponadnaturalną. Instynkt został zastąpiony informacjami z telewizora.

– Tom przypomnij sobie wydarzenia tuż po jedenastym września w USA. Media nie ustanie powtarzały słowa terror i terroryści. Prezydent, minister obrony, sekretarz stanu i inni przytaczali je niczym mantrę, a wiesz, w jakim celu? Aby zahipnotyzować obywateli, stworzyć problem otwierający drogę do Afganistanu a później do Iraku. – Antonio zmarszczył brwi. – Dalszym krokiem miał być Iran, na szczęście coś się posypało i plany legły w gruzach.

– Ropa? – zapytał Tom.

– Dokładnie. Dzisiaj światem rządzą pieniądze, ilu ludzi zginie to pytanie bez znaczenia, ważne ile można będzie na tym zarobić.

– No dobrze Antonio, może rzeczywiście świat wygląda nieco inaczej niż ten, który pokazują nam, na co dzień.

Antonio otarł spływającą kroplę potu z czoła. Mury sceptycyzmu i ślepego racjonalizmu powoli upadały. Nie sądził, że będzie to takie trudne, przecież Tom znał doskonale sferę duchową człowieka a mimo to był zawsze na nie, co do teorii spiskowych czy tego typu spraw.

– Tom skoncentruj się nad tym, co teraz ci opowiem, jest to szalenie istotne – powiedział cicho, wymuszając u Toma jeszcze większe skupienie. – Nikola Tesla był geniuszem, jego wynalazki były przełomowe, niestety z nieznanych przyczyn historia zbyt wiele o nim nie wspomina. Bezcenne patenty Tesli spoczywają w USA, żerują na nich liczni naukowcy karierowicze. Okradano Teslę z jego patentów systematycznie przez dziesięciolecia, zarabiano krocie i nadal się na nim zarabia na całym świecie, jednocześnie pomniejszając jego znaczenie. Dali nam komórki, internet, radio, promienie nazwane nie wiadomo, dlaczego rentgenowskimi, prąd, różnorodne turbiny, elektrownie a wszystko to dzięki Tesli nie Einsteinowi.

– Antonio zaczekaj… – przerwał mu Tom. – W takim razie, komu zależy na tym by uciszyć wiedze Tesli i pamięć o nim?

– Po śmierci Tesli agenci CIA wkroczyli do jego gabinetu i pracowni, gruntownie przeszukując każdy zakamarek. Wszystkie dokumenty zarekwirowano i złożono w Pentagonie oraz Bóg wie gdzie jeszcze. Po dziś dzień są opieczętowane klauzulą najwyższej tajności. Tesla to Słowianin i możesz być z niego dumny jako Polak. Europa miała Mesjasza nauki chcącego polepszyć życie. Niestety ludzie za kurtyną woleli go zniszczyć wraz z jego ideami. Zrobili to po swojemu, kradnąc jego dzieło dla trzymania ludzi w ciągłym szachu. Tom pewna wiedza naukowa nie jest dostępna dla wszystkich tak jak i lekarstwo na raka, które zostało już dawno wynalezione.

– To też Tesla? – Tom wyrazie pochłonięty oryginalnymi wyjaśnieniom Antonia mógł uwierzyć we wszystko.

– Nie. Lekarstwo na raka przypadkowo odkryło małżeństwo z Oklahomy w 1998 roku w jednym z laboratoriów finansowanych przez rząd. Ale nie mówmy o tym, może następnym razem opowiem ci to i wiele więcej. Inne tajemnice świata.

Oczy Kravera zabłysły fosforyzującym blaskiem, nie trzeba było dwa razy powtarzać tej deklaracji. Tom nic nie odpowiedział, ale głęboko w pamięci zapisał ostatnie zdanie, wiedział, że upomni się jeszcze nie raz o jakąś legendę w wykonaniu Antonia.

– Nikola Tesla w 1934 roku oświadczył, że w ciągu trzech miesięcy i przy pomocy dwóch milionów dolarów jest w stanie zbudować niszczycielski promień śmierci, który może zniszczyć dowolne miejsce na ziemi. Wiemy, że gdy badania zaczęły dążyć w złą stronę zaprzestał kontynuowania eksperymentu a następnie rozesłał części swojej pracy do czterech różnych mocarstw tamtych lat: Anglii, USA, Rosji oraz Kanady, które na kształt układanki z puzzli miały zmusić potęgi do zasiadania przy jednym stole i debatowania o poprawnym użytkowaniu tej broni – Antonio zamilkł, pokręcił nosem i zaczął dalej mówić, tym razem jednak szybciej i bardziej nerwowo. – Katastrofa Tunguska, która miała miejsce w 1908 roku poprzedzona została wywiadem z Teslą, który pewien siebie oświadczył, że może zniszczyć dowolne miejsce na ziemi. Zbieg okoliczności czy może zaplanowana próba? Oficjalnie mówi się, że powodem katastrofy Tunguskiej było zderzenie ziemi z kometą lub antymaterią. Nie liczni jednak wiedzą, że to próba sił wynalazku Tesli.

– Jeżeli faktycznie dostęp do badań Tesli był tak mocno ograniczony – Tom niepewnie ciągnął dalej. – To może po jego śmierci zaprzestano dalszych badań.

– Nie do końca Tom. 4 lipca 1976 roku odbiorniki w Ameryce odebrały przeraźliwie mocny sygnał pochodzący z Sowieckiego nadajnika w Łotwie. Stało się to dowodem na prowadzenie przez Rosjan zaawansowanych badań nad projektami Tesli. Ze szczególnym ukierunkowaniem na promienie śmierci. To był główny motyw prowadzenia zimnej wojny. Nie broń nuklearna czy podboje kosmosu, lecz wyścig z czasem o to, kto pierwszy opanuje i udoskonali odkrycie Tesli.

– Antonio, dlaczego w ogóle ktoś próbuje wynajdywać takie technologie? Przecież to pierwszy stopień do autodestrukcji.

– Z każdym odkryciem jest tak samo, początkowe idee i zamiary są szczytne i zawsze oparte na zamiarze ulepszenia życia oraz zdrowia człowieka. Jednak im odkrycie bardziej doniosłe tym szybciej zlatują się wokół niego sępy jak do cuchnącej padliny. Tom wojsko, tajne konsorcja im zależy tylko na broni i na możliwości panowania – bolesna i trudna do przyjęcia prawda zawisła między nimi. Pieniądze, nowe technologie tylko to się liczyło. Nikt nie interesował się ludźmi cierpiącymi głód i nędzę. Codziennie na świecie tysiące niewinnych dzieci, które nawet nie wiedziały, co to jest pieniądz umierały z jego powodu. W telewizji i prasie aż huczało od szczytnych przedsięwzięć humanitarnych mających na celu ograniczenie ubóstwa. A bieda jak była tak jest nadal. Afryka kontynent najbardziej dotknięty głodem i korupcją posiada kopalnie złota czy diamentów, ale wszystkie zostają wywiezione za granice do państw, które na drugi dzień będą ubolewać nad sytuacją w Afryce i nie tylko. Hipokryzja, tylko tyle Tom Kraver mógł wymyślić na skomentowanie tych sytuacji. Ale wiedział, że dzban nosi wodę do póki do póty ucho się nie urwie.

– Tom jednak nie to jest najgorsze. W 1992 roku wypłynęły na jaw ściśle tajne dokumenty CIA utrzymujące, że Nikola Tesla ostatecznie odkrył częstotliwość zdolną w przeciągu kilku sekund unieszkodliwić miliony ludzi w dowolnym miejscu na ziemi. Tom ta broń istnieje i znajduje się w rękach ludzi gotowych wywołać apokalipsę.

WAKACJE W RZYMIE

Uriel stał na ugiętych nogach, nie wykonując żadnego ruchu, nie wydając żadnego dźwięku, samotny betonowy obelisk. Ciężka cisza jeszcze rozbrzmiewała echem słów przed chwilą wypowiedzianych. Urielu twoje prawdziwe życie miało początek w 1945 roku. Wówczas poznałeś mnie po raz pierwszy, moje prawdziwe oblicze. 1945… Blisko siedemdziesiąt parę lat wstecz? Fakt, że nic nie pamiętał z tamtego okresu, wywoływał narastającą frustracje i chwilową dezorientację. Jednym z głównych powodów częściowej amnezji może być przeżycie traumatycznych wydarzeń, które mózg podświadomie ukrywa przed daną osobą, by na nowo raz zapomniany koszmar nie ożył ponownie. Czy tak było i tym razem?

– Urielu nigdy nie zastanawiało cię, że żyjesz już tyle lat na ziemi a praktycznie oznak starzenia po tobie nie widać. Wiem, dużo ćwiczysz, prowadzisz zdrowy tryb życia jednak czy aby to miało wystarczyć? Urielu w 1945 roku spotkałem cię w Ameryce Północnej na terenie Gór Zielonych uciekałeś przede mną w obawie o swoje marne cielesne życie, które ostatecznie utraciłeś, byłeś martwy. A jak z pewnością wiesz to droga w jedną stronę, gdy raz wejdziesz na jej ścieżkę nie ma odwrotu – Rivera odetchnął głęboko i wstał. Podszedł do Uriela. – Walczyłeś ze mną, z moja organizacją. Ty pojedynczy kłos chciałeś zatrzymać nadciągającą wichurę. Okazałem ci litość, przywróciłem do życia. Od tamtego czasu wiernie mi służyłeś, odkupiłeś swój dług. Dziś dobrowolnie i z satysfakcją mogę pchnąć twoje życie krok naprzód.

Uriel teraz lekko pochylony jakby pod natłokiem tego, co usłyszał, patrzył oniemiałym wzrokiem na Kardynała, który czerpiąc wyraźną satysfakcję z obecnej chwili kontynuował.

– Masz ponad sto lat, pochodzisz z Norwegii, twoja rodzina od lat żyła z połowu ryb ty jednak potrzebowałeś czegoś więcej. Wieczny poszukiwacz prawdy. W ten sposób życie przysłało cię do mnie, a ja ofiarowałem tobie, kolejną szansę. Urielu… Urielu… Byłeś wielkim grzesznikiem, spodziewałeś się, że po śmierci trafisz do nieba? Nie! – wykrzyczał Rivera. – Zostałeś strącony prosto do piekła, do mnie! – ściany potężnej komnaty zadrgały od mocy i siły wypowiedzianych słów. Uriel w przypływie nagłego strachu zakrył głowę rękoma padając na kolana. Dało się słyszeć cichy szloch, łzy spływały z jego twarzy kropla po kropli tworząc niewielką kałuże u jego kolan.

– Jestem, więc w piekle a całe moje życie to chwilowe urojenie tak? – przez zaciśnięte gardło wypowiedział słowa, których w życiu mało, kto używa.

– Cha… cha… – szyderczy śmiech ponownie przepełnił salę. – Nie jesteś w piekle, chociaż zaiste, życie na ziemi często nie wiele odbiega od tego w głębokościach ziemi. Urielu przekręć niewielki uchwyt, na którym klęczysz – strapiony rozejrzał się dookoła swojej skulonej postaci, ale niczego nie zauważył, lekko przesuwając kolano w prawo odsłonił niewielkie zagłębienie. Złapał je mocno i przekręcił. Fragment posadzki wykonał pełny obrót.

– Wystarczy, teraz podejdź.

Uriel z trudem powstał, pomagając sobie dwiema mocnym rękami. Krok jeden, drugi, kolejny i kolejny a każdy następny wymagał jeszcze większego wkładu energii. Podszedł do wysokiego kardynała Rivery patrząc mu w oczy. Ten szybkim i pewnym krokiem minął go, ruszając w stronę tajemniczego fragmentu posadzki. Rivera delikatnie uniósł niewielkich rozmiarów element. Ku zaskoczeniu Uriela płynęła pod nim podziemna rzeka.

– Wiesz, co to jest? – zapytał retorycznie. – Oczywiście, że nie wiesz i nawet się nie domyślasz. Eliksir długo wieczności, bajka a może coś więcej, liczne mity i doniesienia na ten temat mówią prawdę. Urielu to rzeka życia, która leczy z wszelkich chorób i przedłuża życie człowieka. Chcesz wiedzieć ile ja mam lat? Kilka tysięcy. Zgromadzeni tutaj mają nie wiele mniej. Przez te wszystkie lata nosiłem różne imiona. Neron, Dracula, Szatan, Verdus, ale tak naprawdę jestem upadłym aniołem, a osoby otaczające nas w tej chwili to moi współbracia.

Nie możliwe, pomyślał Uriel, to czyste szaleństwo.

– Ależ możliwe, możliwe. Ha… Ha… Tak czytam w Twoich myślach i nie tylko twoich. Nie wielu jest ludzi na świecie, których myśli nie mógłbym przejrzeć. A teraz wybieraj czy wiedząc to, co wiesz, nadal chcesz mi służyć tutaj na ziemi pijąc życiodajny łyk, który cię uzdrowi, czy może wolisz umrzeć tak jak ci to przepowiedziałem. Wybieraj i odpowiadaj.

– Tak, tak, ulecz mnie a oddam ci swoje życie kolejny raz – stanowczo zadeklarował. Nie był już słaby i oszołomiony jak do tej pory. Zrozumiał, o co toczy się gra i co powinien czynić dalej, miał swój alternatywny plan ratowania resztek duszy by ponownie nie trafić do piekła.

– Podejdź. – Oznajmił Rivera.

Uriel stanął na przeciw Kardynała, Verdusa, Draculi, Nerona a może i nawet Rain Man’a, już sam nie wiedział jak go nazywać. Kardynał rozpoczął uroczyście wypowiadać słowa modlitwy w języku nieznanym Urielowi. Dwunastu dołączyło się ze swoimi grubymi, nisko tonowymi głosami tworząc jeden mocny odzew, nieziemski chór. Trwało to kilka minut do momentu, w którym dwunastu powstało, otaczając Rivere i Uriela w ścisłym kręgu. Teraz był tylko on i rzeczywistość wewnątrz utworzonego kręgu.

– Urielu dostępujesz zaszczytu skosztowania z rajskiego drzewa życia. Pij i bądź mi posłuszny – mała fiolka do połowy wypełniona przeźroczystym płynem spoczywała w dłoniach Rivery. Podając ją Urielowi odkręcił wieko. – Pij i nie umieraj.

Na te słowa Uriel złapał w rozdygotane dłonie fiolkę, opróżniając do końca jej zawartość. Odczekał niedługą chwilę wewnętrznie badając swój organizm, tak poczuł jakiś ciepły prąd, przepływający od głowy do stóp. Teraz był pewien to nie może być autosugestia, czy był chory na raka czy też inne cholerstwo nie miało już znaczenia, był uleczony. Dwunastu powróciło na swoje miejsca. Rivera popychając jeszcze odurzonego Uriela w stronę wyjścia poprowadził go w kierunku schodów, którymi jeszcze niedawno schodzili na dół.

– Teraz idź i wykonaj zadanie, zlikwiduj go raz na zawsze. Rozumiesz?

– Tak mistrzu możesz być spokojny zrobię jak każesz.

Rivera uśmiechnął się podstępnie powracając do wnętrza komnaty. Uriel w ciszy i samotności zaczął wspinaczkę krętymi schodami ku wyjściu. Docierając na zewnątrz minął szybko urzędnika, który chciał o coś zapytać, ale nie zdążył. Opuszczając mury potężnej budowli rozprostował ręce kontemplując każdą chwile nowego życia.

– Tak Rivera miałeś rację nie jestem już tym samym człowiekiem, wracam odmieniony.

Ktoś w oddali zawołał.

– Mamo, mamo patrz jak pięknie wyszedłem na zdjęciu!

– Synku to będzie najpiękniejsze zdjęcie w twoim albumie – czuły uśmiech rodziców podekscytował jeszcze bardziej młodego odkrywce.

– Ale jak je nazwę?

Chwila na namysł i szybką odpowiedz.

– Wakacje w Rzymie.

NIKT NIE RODZI SIĘ ZŁY

San Severo. Włochy

Europejski oddział NASA.

Ekrany LED, LCD a nawet wiekowe CRT żywo migały, co chwile pokazując nowe obrazy i wykresy. Cały sztab ludzi redagował i analizował wszelkie otrzymane informację. Liczne korytarze uformowane pomiędzy komputerami, drukarkami, skanerami i innym urządzeniami elektronicznymi były niczym autostrady, na których trwał nieustanny ruch ludzi w czarno białych uniformach. Pracę koordynowała jedna osoba. William Rodeker bacznie obserwował swój zespół, każdy szczegół. Był dyrygentem wielkiej orkiestry, cel główny to zero fałszów i potknięć, cel podrzędny patrz cel główny.

– Już niedługo! – podniecony głos jednego z operatorów przebiegł przez salę.

William Rodeker wraz z wszystkimi, cierpliwie czekał, zapatrzony w licznik odmierzający czas. Wielkie czerwone cyfry osiągnęły krytyczny wynik 00:00:00. Ktoś z pracowników zerwał się na równe nogi krzycząc we wszystkich kierunkach.

– Jest. Widzę ją! – wołał, wymachując rękami niczym zwycięstwa wielkiej kumulacji. Dziesiątki ludzi w kilka sekund obległy jego stanowisko pracy, wszyscy spoglądali na dwudziestocalowy monitor.

– Hej daj to na główny ekran – szef działu Połtawski nie miał zamiaru stać w ścisku, nie po to robił dwa nowe doktoraty i jeden fakultet. Część pracowników zamilkła. Połtawski ściągnął okulary, przetarł zmęczone oczy i zaparowane szkiełka. Ponownie spojrzał na ekran, ale bez zmian obraz był ten sam.

– Nie możliwe… – Połtawski otarł spoconą twarz chusteczką. – To nie kometa, nie widzicie, że obiekt na ekranie jest za mały! – krzyczał we wszystkich kierunkach, nie tolerował błędów. Spojrzał w stronę Rodekera, ten jak zawsze nie okazywał cienia emocji. Sięgnął, więc po kilka kartek z biurka i ruszył w jego kierunku. Po drodze potrącił stażystę, który nie wiedział jak odnaleźć się w nowo zaistniałej sytuacji. Szef nie zwrócił jednak na to uwagi nawet w momencie, gdy stażysta upadał na podłogę pociągając za sobą komputer, jeden wielki huk i bałagan.

– William mamy problem – wypalił jeszcze w drzwiach. – Kometa MM-2000 uległa praktycznie całkowitemu zniszczeniu podczas przelotu wokół słońca, jej główna część została wchłonięta przez grawitacje słoneczną, a reszta odłamków – przerwał na moment. – Will w stronę ziemi pędzi masa odłamków. Należy wykonać nowe pomiary i obliczyć kurs oraz trajektorie wszystkich większych obiektów, które wytworzyły się w momencie rozpadu.

– Co z główną częścią komety? – Rodeker chciał zebrać wszystkie informacje. – Zagraża nam jeszcze?

– Raczej nie – Połtawski został przyłapany na niewiedzy, nie lubił tego, jednak musiał improwizować. – Nie zaobserwowaliśmy jeszcze nigdy sytuacji, w której jakieś ciało kosmiczne wpada wprost w słońce – odczekał kilka sekund. – Nie da się tutaj przewidzieć, co dalej może się wydarzyć.

William Rodeker nie czekał ani chwili. Spojrzał na swoja asystentkę jednocześnie uderzając pięścią w stół.

– Natychmiast łączyć mnie z białym domem.

* * *

Na swój sposób cała ta sytuacja była fascynująca. Opowieści o rzeczach, które teoretycznie nie powinny istnieć a jednak istnieją. Tom wstał i podszedł do okna. Monumentalne i supernowoczesne budynki wymieszane z architekturą dawnych wieków stanowiły chlubę miasta a dla niego samego dowód na ciągły rozwój intelektualny człowieka. Tysiąclecia poświęcone udoskonalaniu nauki, budownictwa o raz kultury pochłonęły ciężką i niestrudzoną pracę milionów ludzi, czy dziś można w kilka chwil zaprzepaścić wszystko? Jak to się dzieje, że jeszcze wczoraj spokojny i ułożony człowiek jutro może być roztrzęsiony i niebezpieczny? Ostatecznie nikt nie rodzi się zły, a jednak z małego i słodkiego bobasa może wyrosnąć morderca i psychopata.

Tom Kraver stał i zadawał sobie te i inne retoryczne pytania, bo przecież znał doskonale odpowiedz. Zło żerujące na niemocy i strachu człowieka osłabia go, systematycznie wnikając w głąb duszy nieświadomego śmiertelnika. Pierwszym i podstawowym czynnikiem jest życie w grzechu ciężkim. To cienka, lecz głęboka szrama na nieskazitelnej duszy. Jest zwiastunem choroby znacznie groźniejszej niż te znane medycynie, to choroba niewidoczna, podstępna, która wnika do ciała, atakując je a następnie łączy się z nim w jedną całość.

Skuteczne i jedyne lekarstwo to spowiedź, ale kto dziś o niej pamięta, ludzie żyją w grzechach ciężkich nie zwracając na to szczególnej uwagi. Dalszym etapem postępującej choroby jest nękające zło, czyli świadome odczuwanie różnego rodzaju lęków, niekontrolowany pociąg do grzechu, egzorcyści mówią na to tresura przez szatana. Dalej pozostaje już tylko nieufność, agresja i ciągłe omamy, człowiek dostrzega w wielu miejscach rzeczy, które nie istnieją, zamyka się w sobie, co prowadzi do wyobcowania i samotności.

Sam na sam ze swoimi lękami, to straszne, wiele osób wówczas popełnia samobójstwo. Kulminacją popadania w ciemność zła jest zniewolenie lub opętanie doskonałe, gdzie człowiek stanowi bezwładne narzędzie w rękach demona lub demonów, przejmujących całkowitą kontrolę. Ktoś zapyta, jak rodzi się obłęd? W taki właśnie niepozorny i cichy sposób, dzień po dniu, rok po roku, życie jest długie a diabeł ma wystarczającą ilość czasu by wypróbować każdego.

Tom Kraver widział już wiele w czasie swojej posługi egzorcysty, ale nigdy nie potrafił zrozumieć jednego. Społeczeństwa uparcie odrzucającego prawdziwego Boga. Ilekroć włączył telewizor, by obejrzeć nowe wydanie wiadomości, dostawał zawsze to samo tylko pod różnymi postaciami. Łatwowierność… bezkrytyczność… naiwność… egoizm…

Najczęstsze informacje dotyczyły tragedii rodzinnych, morderstw, samobójstw lub przemocy cielesnej. W miażdżącej ilości przeważały przypadki gdzie rodzina bądź najbliżsi sąsiedzi o niczym nie wiedzieli. Padały kuriozalne sformułowania. Ta rodzina była idealna nie wiemy, co mogło spowodować tragedię lub jesteśmy w szoku nic nie wskazywało i nie zapowiadało tak wielkiej zbrodni, rodzice i dzieci tworzyli wspaniałą rodzinę padają też inne odpowiedzi nie znałem tych ludzi, nigdy z nimi nie rozmawiałem. Tom Kraver w takich przypadkach wyłączał niezwłocznie telewizor, nie chciał się jeszcze bardziej denerwować, miał być pasterzem ludzi, ale czasem miał nieodparte wrażenie, że to osły i capy.

– Nikt nie rodzi się zły – westchnął głośno.

– Masz rację Tom nikt, lecz z własnego i dobrowolnego wyboru chłonie i wciela w życie to, co złe – Antonio Mazar podszedł i stanął obok Toma, dwa rozmazane oblicza odbiły się w oknie, dwie sylwetki dwóch odmiennych ludzi. Chwilowy obraz uwieńczony na szybie.

Antonio przekazał wstępną wiedzę swojemu przyjacielowi, któremu bezgranicznie zaufał. Nic więcej nie mógł zrobić jak tylko pozostawić Toma jeszcze na te kilka godzin samotnego rozmyślania. Później odlecą samolotem na spotkanie przyszłości. Przyszłości naszpikowanej ciemnymi zaułkami niewiedzy i tajemnicy. W prawdzie coś było już wiadome, wiele jednak pozostawało do odkrycia i poznania.

– Tom wybacz, ale muszę z wolna ewakuować cztery litery, nie chcę spóźnić się na wieczorny lot a sporo rzeczy mam do przejrzenia i spakowania – Antonio ponaglany przez upływający czas, podszedł do wyjścia. – 19:15. Na lotnisku. Pamiętaj, będę czekał.

Kraver wyraźnie pogrążony w zamyśleniu długi czas nie odpowiadał. Dopiero skrzypiące drzwi ocknęły jego umysł.

– Z Bogiem Antonio, przyjadę na czas – cicho westchnął, wiedział, że kolejne drzwi jego życia uchylają się, nie wiedział jednak czy powinny zostać otwarte.

– Z Bogiem Tom, jeszcze raz dziękuję – Antonio rzucił ostatnie spojrzenie na sylwetkę Toma, ślepo wpatrzonego przed siebie. – O czym myślisz? – cicho wyszeptał stojąc na progu. Po czym opuścił zmęczoną głowę i wyszedł pozostawiając Kravera sam na sam z myślami.

DATA ZOSTAŁA WYZNACZONA

Zabójca ruszył zrealizować kolejne zlecenie. Nigdy nie rozmyślał nad słusznością wykonania kolejnej usługi. Człowiek często będący efektem ubocznym ewolucji musi być utrzymywany w korycie rzeki, jeżeli odstaje od normy powinien zostać zlikwidowany niczym niepotrzebny prezent pod choinkę. Te motto przyświecało jego działaniu, skutecznie uciszając sumienie. Doskonale wiedział, że jako profesjonalista nie może pozwolić sobie na chwilowe odruchy serca, które mogłyby uniemożliwić prawidłowe wykonanie zadania.

Współczucie i bezinteresowność zastąpił bezwzględnością i posłuszeństwem. Pieniądze, jakie otrzymywał po wykonanej robocie rekompensowały nawet ewentualny pobyt w piekle, do którego powinien trafić po śmierci. Oczywiście nie wierzył w te bajki wyssane z Biblii, nie on twardy sukinsyn odporny na zniszczenie i przełamanie. Jedyne, co mogło go zniszczyć i zabić to on sam. Teczka opisująca dokładnie charakter i wygląd kolejnej ofiary znajdowała się w jego lewej dłoni. Ostatni raz rzucił okiem na treść zawartych informacji i kilka zdjęć.

– Będzie łatwiej niż myślałem – powierzone zadanie było jednym z tych najłatwiejszych, szybka akcja i powrót na wieczorną kolację w domowym zaciszu.

Fotografie przedstawiały starszego pana w sutannie. Z zawartych informacji wynikało jedno, należy zachować szczególną ostrożność a całość przeprowadzonej akcji ma wyglądać na napad złodzieja, który przyparty do muru nie miał wyjścia jak tylko wysłać staruszka na drugi świat.

Dotarł na miejsce. Jeszcze raz szybko przeczytał informacje zawarte w teczce ofiary, był profesjonalistą i nie mógł czegoś popieprzyć. Wreszcie zadowolony wrzucił dokumenty do środka niewielkiego kontenera i podpalił. Z okrągłego pojemnika wystrzelił słup ognia. Wyczekał do końca aż każdy centymetr, każdej kartki ulegnie całkowitemu spaleniu.

– Dobrze, czas wysłać klechę do bozi – ruszył ku tylnemu wejściu, nie chciał zostać zauważony, rozgłos nie jest mu potrzebny.

Trzy stopniowe schody stanowiły legowisko bezdomnych kotów, czekających na jakieś odpadki, głośno miauczały biegając i zaglądając we wszystkie szczeliny. Ciężko było przejść nawet takiemu zabójcy jak on. Zatrzymał się i spojrzał na zegarek, miał jeszcze czas.

– Kici… Kici… wujek ma dla was coś dobrego – wygrzebał mały plasterek szynki leżący w kontenerze, owinął nim niewielkich rozmiarów tłumik, po czym całość zmontował z pistoletem. Koty zwabione zapachem jedzenia ustawiły się w kolejce po to, co najlepsze. Jednak ku ich zdziwieniu usłyszały jedynie głuchy odgłos trzasku padając jeden za drugim.

– Gińcie małe gnojki – obłędny uśmiech zagościł na twarzy zabójcy. – Jesteście gratisem dołożonym do księdza, może poznacie go w zaświatach – wydał kilka obłędnych dźwięków, przypominających śmiech. – Nie będziecie musieć długo na niego czekać – po zakończonej rozrywce wyprostował się, odwrócił i wszedł do środka budynku, zamykając za sobą cicho drzwi. Przed wejściem została mała kupka szczątek zwierząt i rozerwanych wnętrzności, nic tutaj nie przypominało kotów.

* * *

Jakiś czas później nieświadoma ofiara delikatnie umieściła klucz w drzwiach wejściowych do mieszkania. Jak się okazało drzwi były już otwarte, wystarczyło delikatne pchnięcie by stanęły otworem. Przyszła ofiara odruchowo zrobiła dwa kroki wstecz a fala niepokoju przepłynęła przez całe ciało. Mężczyzna spojrzał na prawo, później na lewo, korytarz był pusty. Śladów włamania też nie zauważył. Być może zapomniał zamknąć drzwi, kiedy opuszczał mieszkanie.

– Spokojnie Antonio, tylko spokojnie, nie panikuj bez powodu – Antonio Mazar zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństw czyhających na niego, ale tutaj we Włoszech, nie to nie możliwe, pomyślał. Delikatnie złapał za klamkę popychając drzwi do przodu. Kilka kroków i był już w środku pustego i pogrążonego w ciszy pokoju. Na razie wszystko wyglądało tak samo, żadnych oznak włamania. Zostawił klucz na stole obchodząc wszystkie pomieszczenia, nie było nikogo. Najwidoczniej w pośpiechu zostawił otwarte drzwi, za dużo wrażeń w ostatnich dniach, pomyślał. Rozsiadł się wygodnie w skórzanym fotelu łapiąc kilka głębokich oddechów. Poczuł napływający spokój i nieodpartą chęć skosztowania tutejszej kawy, tak łatwo zapadającej w pamięci.

– Po tym wszystkim mała czarna dobrze wpłynie na poszarpane nerwy – zmobilizowany opuścił miękki i wygodny fotel kierując kroki ku niewielkiej kuchni. Białe meble wyposażone we wszystko, o czym można tylko pomarzyć cieszyły oko każdego, kto tu wchodził.

Antonio sięgnął po kubek, wsypał jedną łyżeczkę cukru i nastawił wodę do gotowania. Brakowało już tylko ostatniego, najważniejszego składnika, samej kawy, której nazwę zapisał sobie na małej karteczce, by po powrocie do domu nie zapomnieć jej producenta. Otworzył ostatnie drzwiczki wiszącej szafki, sięgając ręką do środka, jednak nie było tam nic prócz kilku opakowań herbaty. Okazało się, że pojemnik z kawą stoi na ławie w salonie.

– Bardzo dobra kawa – ponury głos dobiegł z za ściany, potwierdzając czyjaś obecność. Antonio opuścił kuchnię z trudem wykonując kolejne kroki. Nie był sam, drzwi były otwarte a on to zbagatelizował, głupiec ze mnie, pomyślał przestraszony.

– Proszę podejść bliżej obiecuję, że nie ugryzę. – Ciche, lecz zdecydowane słowa ciągnęły Antonia, do momentu, w którym stanął naprzeciw niezapowiedzianego gościa.

– Nie znam pana, proszę natychmiast opuścić moje mieszkanie – chcąc ukryć strach Mazar zdecydowanym ruchem dłoni wskazał drzwi wyjściowe.

– Chciałbym, ale to nie jest takie proste, nie do momentu aż zrobię to, po co tutaj przyszedłem.

Po co tutaj przyszedłem? Antonio nie znał tego człowieka i nie wiedział, czego on może chcieć, to najprawdopodobniej jakieś nieporozumienie.

– Przykro mi, ale to musi być jakaś pomyłka.

– Pomyłka? To ksiądz jest pomyłką a ja jestem tutaj by tę pomyłkę usunąć. Proszę nie udawać zdziwienia. Sądziłeś, że te wszystkie prowokujące działania i kroki, jakie ostatnio zostały podjęte nie zwrócą naszej uwagi? Głupcze teraz dobrze ci radzę wykonaj ostatnie namaszczenie na sobie samym.

– Działania…? Ale… Ale… – w strachu Antonio miał tendencje do chwilowego jąkania. Kolejne wyrazy ugrzęzły mu w gardle.

– Ostatnia pieczęć – wybuchnął nieznajomy.

Ostatnia pieczęć i wszystko było jasne, przyszli po niego. Uświadomił sobie, że to już koniec, nieznajomy stojący przed nim został wysłany by go zabić. Każde uderzenie serca było niczym zegar przybliżający do śmierci. Oni się nie mylą, to najlepsi z najlepszy a konkretniej zwierzęta słuchające jednego pana, w starciu z nimi nikt nie miał szans. Tragiczna ocena sytuacji coraz bardziej przygniatała Antonia.

– Chcesz mnie zabić – pokiwał głową, powoli przygotowując umysł i ciało na śmierć. – Dobrze, ale nie odbierzesz mi prawdziwej wolności. Wolności, której sam nigdy nie doświadczysz.

– To nie czas na łzawe historyjki – zabójca uśmiechnął się, okrążając swoją przyszłą ofiarę. – Ludzie nie mogą być wolni, są słabi, zepsuci i bezwartościowi tak jak ty. Potrafisz jedynie stwarzać problemy. Ja wykonuję polecenia człowieka posiadającego prawdziwą władzę. Władzę, w którą tak ślepo wierzą ludzie. Księża i te wasze cuda, kto dziś je uzna? Społeczeństwo ma dość bezsensownego wyczekiwania, społeczeństwo ma nas a my wiemy, co z nim zrobić.

– Widziałem cud – z dumą oświadczył Antonio. – Ty natomiast żyjesz w świecie podszytym strachem, nie potrafisz dostrzegać tego, co nadprzyrodzone. Widzisz a jednak pozostajesz ślepy.

– Ha…Ha… Jestem od ciebie młodszy, więc mogę ci powiedzieć skończ pierdolić – zabójca spojrzał na Antonia. – Data została wyznaczona i nikt tego nie zmieni ani ty ani ten twój księżulek od czarnej magii. Tak wiemy o nim i możesz mi zaufać, zajmę się Kraverem, gdy tylko skończę z tobą.

– Kim jesteś by odbierać życie? Uważasz się za Boga?

– Starcze większość już dawno przestała wierzyć w Boga, który nie utwierdza w nich wiary żadnymi dowodami. Rządzimy światem w jego imieniu. Sama myśl o wolności napawa gnuśnych ludzi przerażeniem.

– A wy dajecie im szczęście – prychnął Antonio.

– Zagłuszamy ich wyrzuty sumienia. Ten, kto panuje nad sumieniem człowieka odbiera mu wolność.

Antonio pokiwał głową. Wiedział, że już czas, czuł jak wszystko odpływa, każde uczucie i każde wspomnienie, wspólne chwile z rodziną i tymi tysiącami ludzi, których miał okazję poznać przez te wszystkie lata życia. Trucizna beznadziei coraz bardziej ogarniała jego umysł. Został sam a tak bardzo się tego obawiał, jednak teraz nikogo to nie obchodziło. Teraz z każdą sekundą obawa o życie Toma wzrastała coraz bardziej, o jego życie i bezpieczeństwo. Być może zbyt pochopnie wciągnął go w to piekło, nie wystarczająco ostrzegając, co może go czekać, na co się narazi robiąc kolejne kroki. Mógł sam kontynuować pracę, sam zawsze sam, do ostatniego tchnienia sam.

Nie… Tym razem nie. Odpowiedzialność, jakiej się podjął była zbyt ciężka jak na barki jednego śmiertelnika, przygniatała człowieka wdeptując w ziemię, bez litości i szacunku. Z czasem miażdżące brzemię odpowiedzialności, uginało kolana, pochylony kark i kapiący pot z całego ciała nie wystarczały. Potrzebował kogoś takiego jak Tom Kraver, któremu teraz przekazuje pałeczkę. Jeżeli mu się nie powiedzie to nie będzie miało znaczenia czy zginie jutro czy za tydzień, ostatecznie wszyscy zginął.

– Pozdrów swojego Boga, gdy już u Niego będziesz – zabójca podniósł pistolet celując prosto w Antonia, spojrzenie miał dzikie wręcz szalone. Chłonął strach z otoczenia. Ręka mordercy ani przez moment nie drgnęła, gdy pociągał za spust. Antonio Mazar zdążył jeszcze wypowiedzieć początkowe słowa modlitwy podnosząc wzrok ku górze jak gdyby już widział wrota niebios.

– Ojcze nasz, który jesteś… – nagle jego głos zamilkł. Siła strzału nie rzuciła jego ciałem o ścianę czy pobliskie meble, nie było też dużej ilości krwi jedynie głuchy łomot kolan o podłogę. Antonio upadł na kolana. Od zawsze zastanawiał się jak to jest umierać, czy będzie czuł rozdzierający ból, niepohamowany strach. Było zupełnie odwrotnie, nieprzenikniony pokój przepełnił każda komórkę umierającego ciała. Ból był znośny wręcz śmieszny w obliczu śmierci. Świadomość, że zdąża na spotkanie Boga, któremu służył całe życie najlepiej jak potrafił łagodziła wszelkie obawy. Ostatnia myśl umierającego Antonia wołała o przebaczenie i miłosierdzie dla swojego zabójcy. Panie Boże idę do ciebie, nie odtrącaj mnie… Amen…

Śmierć nigdy nie przychodzi w porę a każdy powód jest niewystarczający by pocieszyć i przekonać. W ciszy przychodzi umierać bohaterom za życie innych. Co bardziej niż śmierć może przekonywać i zmieniać?

TO NIE JEST PRZYPADEK

Tom Kraver czekał na lotnisku, popijając wyborną czekoladę. Biała filiżanka była na tyle gorąca, że dłuższe trzymanie w dłoni groziło niewielkim poparzeniem, jednak było warto, wysoka temperatura ciemnego napoju wzmacniała doskonały smak i aromat. W prawdzie cukier powoduje cukrzycę a czekolada zawiera duże ilości tego draństwa, niemniej jednak Tom Kraver nawet przez moment o tym nie pomyślał prosząc o kolejną porcję. Chciał jakoś zabić czas zwłaszcza, że Antonio był już wyraźnie spóźniony, a przecież miał zboczenie na punkcie punktualności. Minuty nieubłaganie mijały, zegar w ciągłym ruchu obracał swoimi wskazówkami pokazując coraz większą zwłokę.

Przy stoliku obok siedziała jakaś kobieta, na oko koło trzydziestki z dwójką niesfornych pociech. Dziewczynka po otrzymaniu hot-doga i zabawki niespodzianki lekko przysnęła, jednak chłopak nie dawał za wygraną nieustannie doprowadzając kobietę do skrajności. Spokojne i przekonywujące apele nie pomogły, groźby i lekki kopniak w kostkę pod stolikiem również były bezużyteczne. Tom Kraver odkąd pamięta był przeciwny przemocy, dlatego ostatnie zajście z kopniakiem zdecydowało o jego interwencji słownej. Przez chwilę myślał, w jaki sposób to zrobić by nie wywołać zgorszenia swoim jak to dziś się powszechnie mówi wtrącaniem do wyzwolonej rodziny.

– Przepraszam, co mogę zrobić by dostać takie piękne zabawki – kobieta spojrzała na Toma mierząc go wzrokiem. Wysoki pan w czarnej sutannie ze szczerym uśmiechem czekał na odpowiedź. – No, więc jest jakaś szansa, czy nie bardzo – dopytał.

– Wystarczy kupić zestaw promocyjny, ale czy aby nie jest pan za stary na zabawki? – odpowiedz kobiety była niezwykle rzeczowa, ale też pełna chłodu i dystansu. Można to było interpretować równie dobrze jako: zabawki? Lepiej zabieraj sutannę i do konfesjonału, nie masz dzieci to się nie wtrącaj, uperdliwcze.

Tom rozmyślał, kiedy wreszcie kobieta wstanie od stołu i odleci na swojej miotle, ale nie dając nic po sobie poznać odpowiedział.

– Dziękuję z pewnością skorzystam, a przy okazji drogi synu – skierował spojrzenie na chłopaka. – Mamy należy słuchać a jeżeli nie to przynajmniej zachować odrobinę kultury w miejscu publicznym, zapamiętaj to sobie – Tom lekko podniósł krzesełko i nie skrzypiąc nóżkami po wypolerowanej i świeżo odpicowanej podłodze, z powrotem przysunął się do własnego stolika. Nie czekał na odpowiedz chłopaka ani jego mamy, najprawdopodobniej była by uszczypliwa i nie na miejscu a on nie miał teraz czasu i nastroju do rozmów z wyzwolonymi ludźmi.

– Mamo, kto to jest? – zapytał chłopczyk.

– To jest ksiądz, pracownik Boga.

– Jak to przecież niedawno mówiłaś, że Bóg nie istnieje? – dziecięce prostoduszne i bezkompromisowe pytanie zaowocowało kolejnym kopniakiem.

Tom słysząc fragment wypowiedzianego zdania posmutniał z dwóch względów. Po pierwsze kobieta będąca matką nie podjęła się zadania przekazania swoim dzieciom czegoś bardzo istotnego, czym od wieków była wiara. Biedna kobieto ty i twoje dzieci wcześniej czy później będziecie potrzebować kapłana i co wtedy zrobisz? W zamyśleniu dwa razy powtórzył smutne pytanie, będące jednocześnie formą osądu i wyroku, jaki kobieta wydaje sama na siebie.

Spojrzał na tę małą rodzinę jeszcze raz kątem oka głównie spoglądając na chłopca, do którego w pewnym sensie był podobny, ale miał to szczęście, że na swojej drodze spotkał ludzi, którzy byli inni niż matka tego dzieciaka. Tom Kraver w wieku dziewiętnastu lat zrezygnował z podjętych studiów informatycznych na rzecz stażu i pewnej pracy jako informatyk w małej, ale bardzo dobrze prosperującej firmie. Przed laty oddał swoje życie w ręce Świętej Marii stąd też wiedział, że to nie może być wynik przypadku.

W Polsce ludziom młodym ciężko było o znalezienie jakiejkolwiek formy zatrudnienia, liczba wolnych miejsc była dramatycznie niższa od liczby ludzi chcących pracę uzyskać. Tom nie zamierzał też wyjeżdżać za granicę był przywiązany do swoich rodzinnych stron. Dlatego wdzięczność, jaką miał do Boga i Marii była ogromna jak na osobę tak młodą. Zawsze przed pracą udawał się do pobliskiego Kościoła odwiedzając swoich dobroczyńców. Przepraszał, dziękował i prosił. Była to pierwsza i ostatnia praca, jaką podjął, jednak ukształtowała go na całe życie, zapoczątkowała pewien proces duchowy i świadomościowy trwający do dziś.

Poznał tam człowieka, który otwarł przed Tomem nowe drogi życia, drogi do tej pory uznawane za bajki i fantazje. Zagadnienia okultyzmu, tematyka egzorcyzmów, energii kosmicznych, wierzenia wschodu. Duża część sfery duchowej na nowo została ukazana przed oczami młodego i poszukującego chłopaka kierując jego drogę życiową ku powołaniu i seminarium. Za nim jednak do tego doszło Tom Kraver zaczął wnikliwe zgłębiać religie wschodu, tematykę energii kosmicznych, orgonu oraz wiary w to, że sam człowiek jest bogiem.

Po upływie roku odwiedził babcię i dziadka, jak zwykle dużo rozmawiali o Bogu i religii, był to temat przewodni większej ilości konwersacji. W pewnym momencie Tom zaczął kolejną wypowiedz od zdania, które zmieniło jego życie. Jeżeli Bóg istnieje… Nie zdążył nawet dokończyć, ponieważ babcia ze zdziwieniem przyjęła owy wstęp. Sam Tom po chwili namysłu okazał zaskoczenie i niedowierzanie, co też mówi. Zawsze głęboko wierzący teraz chciał zanegować istnienie Boga.

To był znak, coś jest nie tak, cos się zaczęło zmieniać i to nie na lepsze. Studiowanie pism i tylko pism typu energie wszechświata czy religie wschodu było błędem. Nie można zgłębiać tylko jednego światopoglądu negując na jego podstawie inny. Od tamtego pamiętnego dnia życie Toma uległo przemianie a cała sytuacja wyryła głęboki ślad w jego pamięci, powracając ponownie teraz, kiedy nadal oczekiwał przybycia swojego przyjaciela.

Głos spikerki zapowiadający kolejny odlot wyrwał Toma z głębokiego zamyślenia. Spojrzał na zegarek, coś było nie tak. Antonio nigdy by się nie spóźnił a nawet, jeżeli tak to wcześniej by go uprzedził. Dopił drugą filiżankę pysznej czekolady bezustannie wypatrując przyjaciela, na próżno nigdzie nie było po nim śladu. Wstał od stołu zostawiając spory napiwek, zapiął czarny płaszcz okrywający sutannę i skierował kroki ku wyjściu. Jeżeli nie w środku to może na zewnątrz będzie miał więcej szczęścia, zwłaszcza, że czas uciekał. Nikt nie będzie zwlekał z odlotem rejsowego samolotu tylko i wyłącznie ze względu na dwie spóźnialskie osoby.

Przed głównym wejściem ruch był jeszcze większy niż w środku. Jedne taksówki szybko podjeżdżały wysypując z siebie setki ludzi, inne oczekiwały tamując ruch. Tom Kraver stał po środku bezkresnego zamętu napędzanego przez ludzi, latających dookoła niczym satelity. Nie raz i nie dwa ktoś mocno popchnął go łokciem lub trącił walizką, nie mówiąc nawet przepraszam. Wysoka postura Toma wreszcie była przydatna. Dzięki niej mógł przebić spojrzenie ponad pędzącymi osobami i wypatrywać sylwetki Antonia.

Już chciał krzyknąć kilka razy jego imię, ale zdał sobie sprawę, że to działanie bezużyteczne wręcz irracjonalne. W takim tłumie jakiś Antonio zawsze się znajdzie i to zapewne nie jeden a całe stado. Zrobił kilka kroków wychodząc z tłumu. Spojrzał w lewo nic, spojrzał w prawo to samo. Antonia nie było i wszystko wskazywało, że prędko nie będzie. Dziwne, bardzo dziwne, tyle trudu, całe te opowieści, co to miało być żart? Teraz, kiedy Tom Kraver praktycznie uwierzył Mazarowi ponownie wątpliwość i nieufność pojawiły się na horyzoncie.

Spojrzał jeszcze raz, ale nadal stał sam, nikt nie podążał w jego stronę. Nagle zapanowała całkowita cisza, ludzie w jakiś przedziwny sposób rozeszli się, pozostali tylko nieliczni. Taksówki też przestały podjeżdżać a ogólny zamęt ewoluował w harmonijny porządek. Niespodziewanie ktoś zaczął bardzo szybko biec w kierunku Toma wymachując rękami i głośno krzycząc. Dalej był już tylko pisk opon, upadek i zaćmienie umysłu.

Powieki ociężałe jak nigdy wcześniej nie dawały się unieść, ból głowy i prawego barku momentami odbierał dech w piersiach. Otoczenie skąpane we mgle potęgowało rozproszenie, utrzymując umysł w zamroczeniu. To sen czy już rzeczywistość a może nie żyję i tak wygląda śmierć? Tom Kraver nie wiedział, co myśleć, najchętniej rozpłynąłby się w powietrzu.

– Ic… P… U… Ni… Je… – niezrozumiałe odgłosy coraz mocniej docierały do głowy Toma. Nie wiedział, o co może chodzić, gdyby, chociaż trochę zrozumiał z tego bełkotu to wówczas na pewno miałby łatwiej. Kiedy z wolna dostrzegał sens pierwszego głosu zaczął słyszeć następny.

– Ha…. O…. Pot… E… Je… Ks…. Pomo… – coś wstrząsnęło kilka razy całym ciałem Kravera przyspieszając proces powrotu do stanu panowania nad zmysłami, teraz już zrozumiał, co od niego chciano.

– Nic panu nie jest? Potrzebuje ksiądz pomocy, wezwać karetkę?

Tom Kraver zwolna otworzył ociężałe powieki a świat i otaczający go ludzie zmaterializowali się tworząc jedno wielkie show. Ktoś stał nad nim krzycząc i wymachując nieustannie dwiema rękami. Jakaś pani trzymała go za rękę jakby, co najmniej miał zaraz opuścić ten świat i odejść do wiecznej krainy. Tłok i krzyki powodowały coraz większy napływ gapiów a Tom czół się jak na rozdaniu oscarów tylko, że jedyne, co otrzymał to duża dawka bólu fizycznego.

– Proszę spojrzeć i powiedzieć ile ksiądz widzi palców?

Jeszcze tego brakowało będę opowiadał ile widzę palców, a może mam jeszcze od pierdzieć hymn tego kraju i zatańczyć na jednej nodze. Nie ma mowy, pomyślał. Kiedy miał już wybuchnąć ktoś złapał go pod ramie i podniósł z chodnika.

– Długo ma ksiądz zamiar tak siedzieć na ziemi?

– Nie wiem, jeszcze nad tym rozmyślam – lekko zakręciło się w głowie Toma, kiedy ponownie stanął na własnych nogach, otrzepał nagromadzony kurz i pogładził spoconą łysinę. Chciał podziękować nieznajomemu, ale wcześniej zapytał.

– Co do cholery – zdał sobie sprawę, że nie powinien wypowiadać tego słowa a jednak wypowiedział, więc kontynuował dalej. – Tak, do cholery – powtórzył chcąc rozładować frustrację. – Co tutaj się stało?

– Nic ksiądz nie pamięta? To jest tak zwana amnezja czasowa wywołana działaniem podświadomości, która spycha informacje daleko w przepaść umysłu.

– Proszę, dość tych bzdur tylko konkrety.

Chłopak podrapał wysokie czoło robiąc przy tym śmieszną minę, nawet dziwaczną.

– No, więc z tego, co widziałem to ksiądz stał sobie spokojnie tam, tak o tam – nieznajomy pokazał palcem. – Kiedy bez uprzedzenia z za rogu wyjechało ciemne BWM w kierunku księdza.

– Uratowałeś mnie?

– Nie skąd, to znaczy uratowałbym, ale byłem zbyt daleko, kto inny to zrobił i całe szczęście, bo w innym wypadku byśmy teraz nie rozmawiali.

– Kto to był, kto mnie uratował? – dopytywał Tom.

– Jakiś mężczyzna dobrze zbudowany, ale odszedł od razu po całym zajściu, być może jest skromny i nie chciał wysłuchiwać pochwał.

– Dobrze dziękuję ci za Eee… Pomoc w powstaniu z ziemi.

Obaj uśmiechnęli się do siebie kierując kroki w dwie przeciwne strony. W odległości kilkunastu metrów od siebie chłopak przystanął i zawołał.

– Proszę księdza nie wiem czy to ważne, ale cała ta sytuacja jest dziwna i nie wygląda na zbieg okoliczności.

– Dziękuję przemyślę to – i rzeczywiście Tom miał, nad czym myśleć, jednak ból i nerwy nie pozwalały na skupienie. Spoczął na najbliższej ławeczce pozostając w lekkim zamroczeniu. – O co chodzi, co tu się dzieje? – Tylko na tyle było go teraz stać a to już sporo.

CIĄG DALSZY NASTĄPI

Autorstwo: Globalny Anonim
Źródło: Globalne-Archiwum.pl [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars Zostań pierwszą osobą, która oceni ten wpis!
Loading...

TAGI:

OD ADMINISTRATORA PORTALU: Hej! Cieszę się, że odwiedziłeś naszą stronę! Naprawdę! Jeśli zależy Ci na dalszym rozpowszechnianiu niezależnych informacji, ujawnianiu tego co przemilczane, niewygodne lub ukrywane, możesz dołożyć swoją cegiełkę i wesprzeć "Wolne Media" finansowo. Darowizna jest też pewną formą „pozytywnej energii” – podziękowaniem za wiedzę, którą tutaj zdobywasz. Media obywatelskie, jak nasz portal, nie mają dochodów z prenumerat ani nie są sponsorowane przez bogate korporacje by realizowały ich ukryte cele. Musimy radzić sobie sami. Jak możesz pomóc? Dowiesz się TUTAJ. Z góry dziękuję za wsparcie i nieobojętność!

Poglądy wyrażane przez autorów i komentujących użytkowników są ich prywatnymi poglądami i nie muszą odzwierciedlać poglądów administracji "Wolnych Mediów". Jeżeli materiał narusza Twoje prawa autorskie, przeczytaj informacje dostępne tutaj, a następnie (jeśli wciąż tak uważasz) skontaktuj się z nami! Jeśli artykuł lub komentarz łamie prawo lub regulamin, powiadom nas o tym formularzem kontaktowym.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz.
Jeśli już się logowałeś - odśwież stronę.

pl Polish
X