Bezrozumna nowoczesność

Opublikowano: 26.06.2008 | Kategorie: Społeczeństwo

Liczba wyświetleń wpisu: 11

John Gray to jeden z niewielu myślicieli, którzy nie obawiają się stawiać zasadniczych pytań w sposób prosty i odpowiadają na nie niemal lakonicznie. Na zaledwie 170 stronach „Al-Kaidy i korzeni nowoczesności” jej autor zajął się nie tylko Al-Kaidą, ale – zgodnie z oryginalnym tytułem książki – przede wszystkim tym „co to znaczy być nowoczesnym”.

Inaczej mówiąc, Gray pokusił się o zdefiniowanie kulturowego paradygmatu dzisiejszego Zachodu, który choćby poprzez globalizację wpływa także na Wschód. Stąd właśnie tytuł wiążący Al-Kaidę z nowoczesnością i zawarta w nim teza: Al-Kaida jest nowoczesna w zachodnim rozumieniu tego słowa.

Żeby jednak tę tezę właściwie pojąć, trzeba zacząć od zrozumienia nowoczesności. Gray już we wstępie zaznacza, iż jego nowa książka stanowi rozwinięcie i usystematyzowanie wątków przedstawionych we wcześniejszych o kilka lat „Słomianych psach” (polskie wydanie – Warszawa 2003). Dlatego także w tym omówieniu pozwolę je sobie potraktować łącznie.

Czym jest nowoczesność? Jakie są źródła światopoglądu dominującego dzisiaj na Zachodzie? W co należy wierzyć, aby zostać uznanym za nowoczesnego? Właśnie „wierzyć”, gdyż cały wywód Graya przekonująco pokazuje, że dzisiejsza kultura i cywilizacja – tak jak kiedyś, a może zawsze – opierają się na wierze w mity. To one decydują o naszych działaniach – tych codziennych, jakie podejmują miliony szarych ludzi, a także o tych, które są udziałem wielkich tego świata.

Fundamentem nowoczesności jest wiara w postęp. Stosowny rozdział w „Słomianych psach” nosi tytuł „Iluzja postępu”. Gray nie neguje rozwoju wiedzy i techniki, a nawet ich kumulatywnego charakteru, aczkolwiek dopuszcza możliwość, że w wyniku katastrofy cywilizacyjnej czy przyrodniczej mogą one ulec zatraceniu. Jeszcze ciekawsza i śmielsza wydaje się teza, że nawet w sferze materialnej jakości życia postęp jest problematyczny. Gray twierdzi, że jest on raczej odpowiedzią ludzkiej inteligencji na przeludnienie z jednej strony, z drugiej natomiast na kurczące się zasoby naturalne.

Na przykład o rewolucji neolitycznej, czyli zmianie trybu życia z egzystencji łowców i zbieraczy na rolników, pisze tak: „Dzięki rolnictwu większa liczba ludzi mogła prowadzić życie gorszej jakości” („Słomiane psy”, s. 139). Potem dodaje, że także dzisiaj „myśliwi-zbieracze z Arktyki i pustyni Kalahari odżywiają się lepiej niż ubodzy mieszkańcy bogatych krajów” (j.w., s. 141). Oczywiście łowcy np. stosowali dzieciobójstwo czy uśmiercali starców. Jednak wracający problem eutanazji pokazuje, że i w tej dziedzinie postęp materialny staje się iluzoryczny. Wydłużanie za wszelką cenę ludzkiego życia obniżyło jego jakość do takiego stopnia, a jednocześnie powoduje tak wielkie dolegliwości dla najbliższych, że trudno dopatrywać się w tym, jak czynią to niektórzy krytycy nowoczesności, skutków jakiegoś regresu moralności. To raczej bożek postępu także w tej dziedzinie zaczyna pokazywać swoje inne, bardziej złowieszcze czy ironiczne oblicze.

Jednak podstawowy zarzut, jaki autor „Al-Kaidy i korzeni nowoczesności” wysuwa wobec mitu postępu, dotyczy wiary, że ludzkość wraz z upływem czasu i rozwojem technicznym ulega doskonaleniu moralnemu. Jako najbardziej znanych prekursorów tej idei przywołuje myślicieli XVIII wieku – markiza de Condorcet i słynnego historyka Edwarda Gibbona. Tymczasem, jak wskazuje Gray, ludzie się od siebie różnią, mają odmienne interesy, gusta i potrzeby, to samo dotyczy także całych skonfliktowanych społeczeństw. Postęp techniczny to, w dużym skrócie, coraz doskonalsze maczugi w ręku w gruncie rzeczy ciągle tych samych człowiekowatych, które na skutek oszałamiającego sukcesu w walce ze swoimi konkurentami uwierzyły, iż różnią się w zasadniczy sposób od reszty zwierząt. Autor „Słomianych psów” wskazuje, a zarazem kwestionuje w ten sposób drugi filar nowoczesności, jakim jest antropocentryzm.

Wiara w moralny postęp to jednak dopiero początek dziejów nowoczesności. Condorcet i Gibbon, choć wierzyli w moralną historiozofię, byli ludźmi zachowującymi sporą dozę sceptycyzmu. Natomiast ich XIX-wieczni następcy poszli w swoim optymizmie znacznie dalej, a jednocześnie znaleźli proste we własnym mniemaniu środki służące realizacji wyznawanych teorii. Henri de Saint-Simon i August Comte – bo o nich mowa – ze swoich przekonań i wiary w rozwiązanie wszystkich ludzkich problemów przez naukę i technikę uczynili już par excellence religię. Nazwali ją pozytywizmem, a jej kapłanami mieli zostać naukowcy. Chodziło jednak tylko o nauki ścisłe. Rozważania religijne, etyczne czy filozoficzne, jako „nienaukowe”, uważali za drugorzędne i wręcz utrudniające ulepszanie ludzkości. Sami byli z wykształcenia bądź z zamiłowania inżynierami, a poza tym klinicznymi paranoikami, których życie składało się na przemian z okresów leczenia psychiatrycznego i klęsk w sferze seksualno-osobistej. Z właściwą tej odmianie szaleńców logiką i pasją postanowili uczynić swoje wąskie specjalności oraz doktryny receptą na zbawienie świata.

Zanim jednak ukształtowały się dogmaty współczesnego neoliberalizmu, z idei pozytywistów szeroko zaczerpnęli także twórcy naukowego socjalizmu i nazizmu. Marksowska wiara w inżynierię społeczną, leninowska elektryfikacja, hitlerowskie autostrady, tak jak potem neoliberalny Internet, są najszerszym materialnym fundamentem nowoczesności, a duchową nadbudową wiara, że uczynią one ludzi szczęśliwszymi. W pierwszych dekadach XX wieku na dogmaty religii nauki nałożył się jeszcze pozytywizm logiczny, który wiarę w zbawienne możliwości nauk ścisłych próbował przełożyć na reguły semantyki. Protoplastą tego ruchu był znowu inżynier, tym razem ekspert balistyki, Ernst Mach. Jako wrota, przez które postanowili wprowadzić swoje wierzenia do nauk o realnym ludzkim społeczeństwie, uczniowie pozytywistów logicznych upatrzyli sobie ekonomię, którą postanowili w tym celu uściślić, czyli zmatematyzować. To oni wywarli już niemal bezpośredni wpływ na Miltona Friedmana i jego lokalnych naśladowców w rodzaju Leszka Balcerowicza.

Zmatematyzowana odmiana ekonomii stała się nowym katechizmem. Jego wyznawców cechuje całkowita ahistoryczność i przekonanie, że zastosowanie prostych schematów sprawdza się zawsze jako sposób na uszczęśliwienie wszystkich. Tymczasem Gray słusznie przypomina, że już ekonomiści okresu klasycznego, jak choćby Adam Smith, wiedzieli, że „prawa rynku są jedynie pochodną ludzkich zachowań. Jako takie mają ograniczenia typowe dla wszelkiego rodzaju wiedzy historycznej” („Al-Kaida…”, s. 62). Tymczasem główny mit nowoczesności to przekonanie, iż „Technika – praktyczne zastosowanie wiedzy naukowej – wytwarza konwergencję wartości” (j.w., ss. 63-64).

Tak samo jak ahistoryzm czy antropocentryzm pomaga oderwać się od geografii, psychologii, biologii czy samej historii, tak samo wiara w nieograniczone zasoby Ziemi pomaga wyznawcom religii postępu i ekonomii oderwać się od praw fizyki. Prekursorem tego kolejnego cudownego rozwiązania był makler giełdowy David Ricardo, wierzący, że prawa popytu i podaży zamienią Ziemię w czarodziejską studnię bez dna. Gray słusznie oddaje w tym momencie hołd Thomasowi Malthusowi, który jako pierwszy wypowiedział niewygodną prawdę o tym, że istnieją granice wzrostu ludzkiej populacji.

Co łączy z tym wszystkim Al-Kaidę? Związek ten jest zdaniem Graya wieloraki. Na poziomie materialno-organizacyjnym islamscy bojownicy nie wahają się korzystać z najnowszych zdobyczy techniki. Starodawna struktura klanowa upodabnia ich też paradoksalnie do mafijnych siatek zajmujących się biznesem narkotykowym, handlem żywym towarem, pornografią – tymi najbardziej dynamicznie rozwijającymi się gałęziami nowoczesnej gospodarki. Al-Kaida korzysta również z arsenału wolnorynkowej krytyki oraz jej skutków w postaci słabości państwa, traktowanego jako zbędny balast.

Natomiast na płaszczyźnie ideowej związek z Oświeceniem jest zdaniem autora pośredni. Al-Kaida nawiązuje według Graya do prądu, który nazywa on kontroświeceniem. Gray zalicza do niego Kierkegaarda, Herdera, Fichtego, a przede wszystkim Nietzschego, którzy odrzucali racjonalizm na rzecz czy to wiary religijnej, subiektywnego doświadczenia, czy też woli. Jak pisze: „Właśnie fakt, że fundamentalizm islamski odrzuca rozum, świadczy o tym, że jest to ruch nowoczesny. Świat średniowieczny był może zjednoczony przez wiarę, ale nie pogardzał rozumem. Ówczesny światopogląd powstał z połączenia greckiego racjonalizmu i judeochrześcijańskiego teizmu. W średniowiecznym porządku rzeczy natura uznawana była za racjonalną. Romantyczne przekonanie, że świat można przekształcić aktem woli, jest tak samo elementem nowych czasów jak oświeceniowy ideał cywilizacji powszechnej opartej na rozumie. Jedno powstało w reakcji na drugie, a oba są mitami” (j.w., ss. 41-42).

Również paralele historyczne mają uwiarygodniać tę tezę. Niemiecki romantyzm powstał jako odpowiedź na francuską hegemonię cywilizacyjną z XVIII wieku i czasów napoleońskich, zaś islamski fundamentalizm to reakcja na eksport dogmatów zachodnich w XX i XXI wieku. Inna tradycja europejska, do której nawiązują nieświadomie ideolodzy Al-Kaidy, to teoria rewolucyjnej awangardy, jaką wyznawali kolejno jakobini, narodnicy, bolszewicy, aż po grupę Baader-Meinhof. Wyłania się z tego zestawienia jeszcze jedna wspólna cecha nowoczesności. Nowoczesne mity, w odróżnieniu od mitologii rzymskiej, greckiej czy hinduskiej, choć oparte na ahistorycznej doktrynie, inspirują swoich wyznawców do ich realizacji w konkretnym czasie i miejscu. Starożytnym Grekom czy Rzymianom nie przyszłoby do głowy, by próbować tworzyć raj (Olimp?) na ziemi przy pomocy masowego terroru czy technicznych wynalazków.

W tym miejscu dochodzimy jednak do punktu, w którym tezy Graya są nieco uproszczone, mianowicie do źródeł nowoczesności w poprzednich epokach naszej cywilizacji. Autor „Al-Kaidy…” dosyć kategorycznie przekonuje nas, że chrześcijaństwo jest takim fenomenem z epoki przednowoczesnej, który stanowi zalążek nowoczesności. To ono jego zdaniem jako pierwsze postanowiło nadać dziejom moralny sens oraz zastąpić charakterystyczną dla innych religii wiarę w cykliczny charakter dziejów dążeniem do zaplanowanego końca. Jako pierwsze postawiło też sobie za cel zbawienie całej ludzkości, podczas gdy filozofowie uważali uprzednio, że „zbawienie” – czy może po prostu lepsze życie – może być udziałem tylko nielicznych. Podobna chęć nawracania innych jest, zdaniem Graya, obecna także w islamie. Co ciekawe, wyklucza on jednak z tej tendencji judaizm, który chociaż „również jest religią historyczną, ale dzieje, którymi się zajmuje, są dziejami Żydów, a nie ludzkości. Czyniąc niewiele roszczeń uniwersalistycznych, judaizm uniknął nietolerancji przejawianej przez inne wiary monoteistyczne” (j.w., s. 157).

To uproszczenie jest w jakiś sposób zbieżne z innym, które uważny czytelnik streszczenia poglądów Graya z pewnością już zauważył. Oświecenie pojawia się u niego bezpośrednio po Średniowieczu. Nie ma w tej wizji ani Renesansu, ani Reformacji. A przecież ten pierwszy był także renesansem hellenizmu, przygotowanym zresztą w jakiejś mierze przez chrześcijańską filozofię św. Tomasza. Podczas gdy Reformacja to także renesans Starego Testamentu, który dla protestantów staje się znowu księgą jeśli nie numer jeden, to w każdym razie równorzędną z Ewangelią. Protestancka Genewa to chyba pierwszy zwiastun totalitaryzmu – także w sferze seksu i pruderii – jaki zawitał w tej dziedzinie wraz z protestanckim purytanizmem do rubasznego i tolerancyjnego Średniowiecza.

Jeżeli, jak twierdzi Gray, wcieleniem nowoczesności jest dzisiaj amerykanizm, to dziwić musi niedostrzeganie przezeń tego, jak wielką rolę już w samym micie podboju nowego kontynentu odgrywała wiara w to, iż protestanccy Anglosasi są narodem wybranym, a ich ziemią obiecaną – tereny zamieszkane przez Indian. A dzisiejsze realia polityczne, w których Izrael stawia cały świat na krawędzi wojny ze względu na wiarę, że ziemia zamieszkała przez poprzednie 2 tysiące lat przez kogoś innego, jest mu obiecana przez Pana, to także przykład, którego całkowite przemilczanie przez Graya musi budzić co najmniej zdziwienie.

Jest ono tym większe, że w „Słomianych psach” Gray słusznie wskazuje na pierwszego i jak dotąd niedoścignionego krytyka nowoczesności, Artura Schopenhauera. W rzeczywistości większość ważnych myśli Graya można znaleźć w pismach tego ciągle nieco zapomnianego geniusza. To pierwszy w Europie filozof i krytyk nowoczesności, który zainteresował się i docenił wielkość buddyzmu i Wed. Schopenhauer, który bezlitośnie obnażał słabość teologii i o księżach nie wyrażał się nigdy inaczej niż „klechy”, potrafił jednak bezbłędnie dostrzec różnicę między instytucjonalnym Kościołem a samym chrześcijaństwem. Znakomicie pokazał, że łagodne i subtelne nauki Jezusa mają o wiele więcej wspólnego z buddyzmem czy hinduizmem niż z judaizmem i Starym Testamentem. Dostrzegał także to, co w kontekście tezy Graya o źródłach nowoczesności jest szczególnie istotne, a mianowicie, że „Stary i Nowy Testament są sobie diametralnie przeciwstawne, a ich połączenie daje dziwacznego centaura. Stary Testament jest mianowicie optymizmem, Nowy Testament – pesymizmem /…/ Nowy Testament musi być pochodzenia indyjskiego. Świadczy o tym jego na wskroś hinduska, prowadząca od moralności do ascezy etyka, jego pesymizm i awatar (bogoczłowieczeństwo). Przez co jednak stoi w zdecydowanym przeciwieństwie do Starego Testamentu” (Artur Schopenhauer, „W poszukiwaniu mądrości życia. Peregra i paralipomena. Drobne pisma filozoficzne”, tom II, Kęty 2006, s. 328, przekład Jan Garewicz).

Ten zasadniczy podział na optymistyczny w ziemskim wymiarze Stary Testament i pesymistyczne „królestwo moje nie jest z tego świata”, wydaje się oczywisty dla każdego, kto słucha następujących po sobie czytań w czasie mszy świętej. Także ewangeliczna przypowieść o kąkolu i zbożu nie jest metaforą postępu, lecz potwierdza raczej tezy samego Graya. Dzisiejsze chrześcijaństwo ze swoją wiarą w postęp techniczny, święceniem autostrad i mszami dla samochodów, jest oczywiście inne, ale trudno ostatnie czasy kojarzyć ze wzrostem siły chrześcijaństwa i zanikiem judaizmu – dzieje się raczej odwrotnie. Chrześcijanie w Średniowieczu skłonni byli, jak pisze Luc Ferry, wierzyć raczej w to, że np. szkodniki w winnicach zastosują się do wyroków biskupiego sądu i że warto zatem im je odczytywać, niż w to, że maszyna ma duszę. Dzisiaj Kościół pod naporem amerykańskiego optymizmu chce zachować swoje wpływy, stąd głoszona wszem i wobec tzw. wiara w człowieka oraz brak krytycznej refleksji nad dehumanizacyjnym aspektem postępu technicznego, przynajmniej w skali zauważalnej przez wiernych. Utylitarny cel, któremu te pochlebstwa czy niedomówienia służą, jest jednak zbyt wyraźny, aby brać takie poglądy za esencję chrześcijaństwa. Z drugiej strony zatracono zupełnie pierwiastek helleński. Przypomnieć w tym kontekście trzeba, że jeszcze dla tej części z pokolenia naszych dziadków, która chodziła do wyższych szkół, kultura żydowska była czymś obcym i egzotycznym, ale wszyscy oni uczyli się w szkołach łaciny, nierzadko także greki i klasyki starożytnej literatury oraz filozofii.

Przypomnienie tego, że dogmaty nowoczesności są jak najdalsze od rozumu, trzeba uznać za wielką zasługę Graya. Natomiast z tezą, że to opaczny wynik filozofii Oświecenia na pewno warto byłoby podjąć głębszą polemikę, bo Oświecenie nie było jednolite i już choćby poglądy Rousseau czy trzeźwe opinie Woltera na temat postępu nie były bezkrytyczne. Postulat powrotu do starożytnych pogańskich cnót też jest czymś interesującym. Być może ludzie, jak chciałby Gray, powrócą do politeizmu i greckich cnót, być może także nauczą się, jak pisze w innym miejscu, łączyć myśli de Maistre’a i Woltera. Jednak chrześcijańska asceza, łagodność i tolerancja, jaką przepojona jest Ewangelia, także nie wydają się bezużyteczne w czasach coraz bardziej bezwzględnej walki o resztki bogactw naturalnych, tym bardziej, że jej znajomość pozostaje jednak nieco większa niż pism Arystotelesa czy dokonanego przez Plutarcha opisu żywotów sławnych mężów. Czy jednak współczesny Kościół zechce zaprzestać używania przymiotnika „pogański” jako epitetu, zaś krytycy, w tym sam Gray, raczą spojrzeć na samo chrześcijaństwo sprawiedliwie i ze starożytnym umiarem?

Choć autor „Al-Kaidy i korzeni nowoczesności” twierdzi, że prawda i cnota wcale nie idą w parze z ziemską pomyślnością i genetycznym sukcesem, to jednak jego książki, tak samo jako dzieła Schopenhauera, zawierają ten rodzaj pesymizmu, który przynosi ukojenie i paradoksalnie potwierdzają maksymę, że prawda wyzwala – choć Gray dodałby zapewne, że tylko niektórych. I dla tego, delikatnie sarkastycznego stylu, tak rzadkiego w naszych – pełnych taniego optymizmu, moralizatorstwa i umizgiwania się do tandetnych gustów – czasach, także warto książki Johna Graya czytać.

Autor: Olaf Swolkień
Źródło: “Obywatel” nr 2 (34) 2007

BIBLIOGRAFIA

John Gray, Al-Kaida i korzenie nowoczesności, Aletheia, Warszawa 2006, tłum. Wojciech Madej.

Print Friendly, PDF & Email

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars Zostań pierwszą osobą, która oceni ten wpis!
Loading...



Dodaj komentarz

Chcesz skomentować? Zaloguj się!
  Subskrybuj  
Powiadom o
pl Polski
X