Środowiska prawicowe często postrzegają ekologię i jej rzeczników jako nowomodny wymysł i pokłosie lewackiego fermentu ideowego lat sześćdziesiątych. Zdarzają się też sytuacje, w których politycy odwołujący się do tradycji narodowych określają organizacje zajmujące się ochroną przyrodą mianem sekt itp. Dowodzi to nie tylko ciasnoty horyzontów, ale i nieznajomości tych właśnie narodowych tradycji, na które tak często prawica lubi się powoływać.
Tak się bowiem składa, że ochrona przyrody jako spójna ideologia powstała w Polsce na długo przed latami 60., ma spore tradycje, a do prekursorów myśli ochroniarskiej należały w naszym kraju osoby o poglądach konserwatywnych, bądź też zasłużone dla sprawy polskiej (często ci, którzy rozsławili imię Polski na cały świat). Ekologia jest zatem ważnym i integralnym elementem tradycji narodowych, a leżące u jej podwalin motywacje – ochrona rodzimej przyrody i zachowanie piękna naszego krajobrazu – powinny stać się jednym z podstawowych postulatów każdego polityka, który ma na uwadze dobro kraju i jego tradycje; każdego kto potrafi dostrzec, że konserwatyzm powinien obejmować nie tylko zachowanie wartości kulturowych, ale i konserwację współistniejących z nimi wartości przyrodniczych, często mających na te pierwsze bardzo duży wpływ. Każdemu konserwatyście powinna być miła postawa ekologów, którzy – przywołam tu celną uwagę jednego z liderów polskiego ruchu ekologicznego – rzeczywiście są w dzisiejszym świecie „sektą”, bo kwestionują panującą religię zysku. Konserwatyści poważnie traktujący swój konserwatyzm są w nowoczesnym świecie dokładnie taką samą „sektą” – strażnikami odwiecznych i ponadczasowych wartości, których nie da się przeliczyć na żaden „wzrost gospodarczy” i inne bałwany, przed którymi składają ofiary wszelkiej maści „postępowcy” z lewa i prawa.
O licznych analogiach między ochroniarstwem kulturowym (konserwatyzm) a ochroniarstwem przyrodniczym (ekologizm) przekonuje nas książka profesora Jacka Kolbuszewskiego pt. „Ochrona przyrody a kultura”, wydana przed ponad dekadą. Kolbuszewski, pracownik naukowy Uniwersytetu Wrocławskiego i autor wielu znakomitych książek poświęconych rodzimej kulturze i przyrodzie, kreśli w swej pracy szczegółowy obraz kształtowania się w Polsce tradycji ekologicznej i jej związków z postawą patriotyczną, z umiłowaniem własnego kraju i chęcią zachowania dla przyszłych pokoleń jego niepowtarzalnego piękna.
Na problem ochrony przyrody zwrócono uwagę w Polsce – podobnie jak w innych krajach – w momencie, gdy wyraźnie odczuwany zaczął być proces jej niszczenia, a negatywne zmiany w ekosystemie zachodziły w tak szybkim tempie, że stały się dostrzegalne dla przedstawicieli jednego pokolenia. Pierwsze, nieśmiałe jeszcze, głosy podnoszące problem ochrony przyrody z racji jej znaczenia, napotkać możemy w Polsce już w wieku XVIII, kiedy to m.in. księżna Izabela Czartoryska w swym „Pielgrzymie w Dobromilu…” zalecała troskliwe traktowanie starych drzew i sadzenie nowych: „radzę wam, proszę was sadźcie wiele drzew, szanujcie te, co macie, miejcie o nich czułe staranie, wpajajcie zawczasu w dzieci wasze toż samo przywiązanie do drzew, które są i potrzebne, i miłe, i pożyteczne, i ozdobne”. Istotny wkład w rozbudzenie szacunku dla ojczystej przyrody miało też wydane w początkach XIX w. dzieło Stanisława Staszica „O ziemiorództwie Karpatów i innych gór i równin Polski”. Jednak prawdziwy boom „ekologiczny” przypada na okres romantyzmu. Wtedy to poeci, pisarze i publicyści „odkryli” przyrodę i jej istotny wkład w kulturową niepowtarzalność naszego kraju. W dodatku przyrodę nie tyle kształtowaną ręką człowieka, lecz tę dziką, pierwotną, nieskażoną jeszcze daleko posuniętą ingerencją ludzką. Ważnym elementem romantycznego stosunku do natury było dowartościowanie jej „swojskości”, apoteoza charakterystycznych dla polskiej ziemi gatunków flory czy form krajobrazu. Ojczysta przyroda stała się w ich rozumieniu ważnym elementem narodowego etosu. Norwid pisał w „Mojej piosnce”(II):
Do kraju tego, gdzie winą jest dużą
Popsować gniazdo na gruszy bocianie,
Bo wszystkim służą…
Tęskno mi, Panie…
Z kolei Mickiewicz w „Panu Tadeuszu” włożył w usta tytułowego bohatera słowa:
Widziałem w botanicznym wileńskim ogrodzie
Owe sławione drzewa rosnące na wschodzie
I na południu, w owej pięknej włoskiej ziemi;
Któreż równać się może z drzewami naszemi?
Przykładów tego rodzaju można podać znacznie więcej, romantyczna literatura obfitowała w opisy przyrody, zachwyty nad jej pięknem, wezwania do kontemplacji natury. Szczególnie to ostatnie jest ważne, gdyż romantyzm zapoczątkował tradycję osobistego poznawania przyrody, wypraw krajoznawczych, przebywania na łonie natury, okresowego współistnienia z noszącą znamiona pierwotności florą i fauną. Częstym motywem romantycznej poezji i prozy jest samotna wędrówka przez dziewicze ostępy. Romantyczne zachwyty przyrodniczym dziedzictwem miały także wprost wyrażany charakter patriotyczny, wtedy to powstało i zostało upowszechnione pojęcie „przyrody polskiej”, będące ważnym elementem szerszego pojęcia ojczyzny, okupowanej wówczas przez zaborców.
Swojskość krajobrazu i przyrody zaczęła stanowić od tej pory ważny element etosu narodowego, wraz z innymi wartościami stała się ona przedmiotem troski środowisk patriotycznych dążących do obrony przed wynaradawiającymi wpływami zaborczych mocarstw. Zaczęto przy tym dostrzegać rabunkową gospodarkę prowadzoną przez obcych na ziemiach polskich, oraz takie przeobrażanie krajobrazu, które niszczyło jego niepowtarzalne, typowo polskie cechy. O tym pierwszym zjawisku Adam Mickiewicz pisał w „Panu Tadeuszu” na przykładzie drzew:
Pomniki nasze! ileż co rok was pożera
Kupiecka lub rządowa, moskiewska siekiera!
Nie zostawia przytułku ni leśnym śpiewakom,
Ni wieszczom, którym cień wasz tak miły jak ptakom.
Nad tym drugim zjawiskiem ubolewał z kolei ksiądz Konstanty Damrot, zwracając uwagę, że wraz z wyniszczeniem przyrody Karkonoszy, góry „niegdyś słowiańskie” nabrały charakteru „germańsko-kosmopolitycznego”.
Następnym krokiem na drodze ku sformułowaniu postulatu ochrony przyrody ojczystej była działalność uczonych, pisarzy i społeczników epoki pozytywizmu. Wysiłki na rzecz ochrony naturalnego dziedzictwa zostały przyspieszone przez coraz gwałtowniejszy proces jego niszczenia. Druga połowa XIX w. jest bowiem okresem intensywnej industrializacji ziem polskich, prowadzonej często żywiołowo i na drodze rabunkowej eksploatacji bogactw naturalnych. Także towarzysząca uprzemysłowieniu urbanizacja wniosła do problematyki ekologicznej nowe zagadnienia, stwarzając liczną warstwę ludzi spędzających całe życie w wielkich miastach, odseparowanych od przyrody. O ile jednak „ekologiczne” aspekty romantyczne polegały głównie na odwoływaniu się do uczuć i emocji, o tyle pozytywizm z jego dowartościowaniem nauki wzbogacił te wątki także argumentami racjonalnymi, opartymi o osiągnięcia nauk przyrodniczych.
Nacisk położono na edukację. Pozytywiści, stając w obliczu coraz większego odseparowania człowieka od przyrody, uznali za ważne zagadnienie popularyzowanie wiedzy o naturze i zachodzących w niej procesach. Bolesław Prus formułując program dla prasy polskiej pisał, iż jednym z jej zadań jest „przypominanie czytelnikowi o otaczającej go naturze i jej skarbach”. W ślad za tym poszła fala literatury popularyzatorskiej, skierowanej głównie do młodego pokolenia. Były to książki przedstawiające w sposób przystępny gatunki występujące w przyrodzie, prawa jakimi się one rządzą, wzajemne zależności między poszczególnymi elementami ekosystemu. Ich zadaniem było rozbudzenie miłości do przyrody, zachęcenie do jej poznawania, do przebywania na łonie natury. Jednak nie tylko literatura młodzieżowa pełna była takich wątków, również dzieła przeznaczone dla czytelnika w starszym wieku zawierały fragmenty mające popularyzować wiedzę przyrodniczą, np. „Nad Niemnem” Elizy Orzeszkowej. Ta autorka była zresztą jednym z ważniejszych prekursorów myślenia ekologicznego w Polsce, przeszczepiając na rodzimy grunt wątki znane z dorobku Johna Ruskina, który jako jeden z pierwszych na świecie zwrócił uwagę na dokonujące się w erze industrializmu i barbarzyńskiego merkantylizmu spustoszenia w krajobrazie i zasobach przyrodniczych. Orzeszkowa zwróciła uwagę na rolę, jaką przyroda odgrywa w kształtowaniu etosu narodowego, określiła ją mianem „symbolu polskości”.
Okres pozytywizmu to także czas, w którym miały miejsce dwa inne ważne wydarzenia. Po pierwsze, podjęto prawne kroki w celu ochrony przyrody tatrzańskiej – wydając ustawę o ochronie kozic i świstaków w Tatrach i powołując w tym celu straż. Jakiś czas później wprowadzono ustawę rybacką mającą na celu ochronę ryb w rzekach Galicji przed nadmiernymi połowami uniemożliwiającymi regenerację gatunku. Drugim z ważnych wydarzeń, a raczej procesów, stało się wytworzenie przekonania, że przyroda jest dobrem wspólnym, które należy chronić tak samo, jak chroni się zabytki, wspierać działania na jej rzecz podobnie jak wspiera się instytucje kulturalne. W ślad za takim stanowiskiem powstały pierwsze organizacje, które do swoich celów zaliczały m.in. ochronę przyrody. Np. w 1873 r. powołano Towarzystwo Tatrzańskie, mające w swym statucie zapis o „ochronie zwierząt halskich”.
Właśnie Tatry stały się szczególnym przedmiotem troski pierwszych polskich „ekologów”, którzy potrafili docenić piękno i niepowtarzalność przyrodniczą tych gór. Powołując się na przykład amerykańskiego, pierwszego na świecie, parku narodowego Yellowstone, postulowano by i Tatrom nadać status obszaru ściśle chronionego, wyłączonego z eksploatacji gospodarczej. Obok motywu ekologicznego, ważnym elementem „ruchu tatrzańskiego” była chęć ochrony tych gór przez wykupem przez obcych. Tatry wystawiono bowiem na licytację, do której zgłosiły się spółki niemieckie i żydowskie, zamierzające eksploatować ten teren – szczęśliwie do licytacji stanął także, poruszony apelami miłośników Tatr, Władysław Zamoyski, który sprawił, że plany te zostały przekreślone, a przyroda gór nie została zamieniona na ileś tam tysięcy metrów sześciennych drzewa i innych surowców.
Ważnym zjawiskiem z dziejów kształtowania się rodzimej myśli ochroniarskiej była również fala krytyki współczesnych procesów urbanizacyjnych, która pojawiła się w epoce Młodej Polski. Co prawda często przybierała ona postać naiwnej i oderwanej od rzeczywistości „chłopomanii” (skarykaturyzowanej tak celnie w „Weselu” Wyspiańskiego), jednak trafiały się tu także postawy poważniejsze i bardziej dalekowzroczne. Ów antyurbanizm był naturalną reakcją na procesy zachodzące w społeczeństwie i gospodarce. Wspomniana już industrializacja nabierała coraz poważniejszych rozmiarów, a nowoczesny, przemysłowy sposób myślenia wkraczał także na obszary oddalone od wielkich ośrodków miejskich. Wraz z tym dokonywała się standaryzacja krajobrazu, upodabnianie się do siebie zróżnicowanych dawniej okolic, co wielu przenikliwych myślicieli postrzegało jako istotne zagrożenie dla etosu narodowego i kondycji patriotyzmu. Stanisław Tomkowicz pisał w „Szpeceniu kraju”: „To, co nam daje cywilizacja nowoczesna, to nie łany kwiatów, tylko rośliny pastewne. Zagarnia najpiękniejsze ogrody, by je zaorać na pole ziemniaków. Nic dziwnego, że coraz więcej ludzi zaczyna wołać: nie zaorzcie nam wszystkiego, zostawcie choć kawałki ogrodów! Bez poezji życie stanie się takim bladym, takim płaskim, tak mało będzie wartym życia! W uprzeciętnionym i upraktycznionym otoczeniu będzie zapewne dobrze krowom i owcom, którym wystarcza do szczęścia dobra pasza i wygodna stajnia; człowiekowi stanie się nudno, smutno i nieswojsko; tak nic nas nie będzie łączyło z domem, miastem, okolicą, pozbawionymi cech własnych, upodobnionymi do siebie, szablonowymi. Człowiek u siebie będzie się czuł jak w koszarach lub szpitalu, a razem z urokiem ogniska domowego ulotni się przywiązanie do miejsca rodzinnego, do kraju własnego, do ojczyzny”. Ten sam autor przewidując dalszą kosmopolityzację pisał proroczo: „Ojczyzną stanie się wagon kolejowy lub automobil”.
Na destruktywne skutki uprzemysłowienia, rozrostu miast, racjonalizacji procesów wytwórczych i separacji człowieka od przyrody zwrócono uwagę szczególnie w pierwszych dekadach XX wieku. Ludwik Krzywicki wskazywał, że miasta rugują z duszy człowieka naturalne przywiązanie do ziemi ojczystej, wtłaczając za to w jego umysł nowomodne ideologie klasowe, a same metropolie na całym świecie stają się jednakowe, z zatraconą różnorodnością kulturową. Nie tylko jednak na etos zbiorowy proces ten ma negatywny wpływ, także pojedynczy człowiek staje się poszkodowany w jego toku. Władysław Reymont w „Komediantce” pisał: „Nędza ludzi dzisiejszych pochodzi z oderwania się od przyrody i od Boga”. Reymont zresztą pozostawił po sobie znakomite utwory wskazujące na odrażający i antyludzki charakter współczesnej cywilizacji industrialnej – mowa o „Ziemi obiecanej”, oraz harmonię i piękno egzystencji wiejskiej, wyznaczanej naturalnym rytmem odwiecznych cykli przyrodniczych – w „Chłopach”. Ów antyindustrializm silnie zaznaczył się także w „Ludziach bezdomnych” Żeromskiego (znanego zresztą ze wspaniałych opisów dzikiej przyrody w „Popiołach”, zwłaszcza zaś – w odniesieniu do Kielecczyzny – w „Puszczy jodłowej”). Podobne stanowisko zajmował Władysław Orkan – piewca piękna Podhala, jeden z prekursorów polskiego regionalizmu. Zaś Artur Oppman w przeznaczonym dla młodego czytelnika wierszu ponownie wskazywał na współistnienie wątków „ekologicznych” i patriotycznych pisząc:
Ojczyzna twa, dziecię,
To cały ten kraj.
To lasy i pola.
Ten ogród i gaj.
I strumień, co srebrnie
Pod słońca blask drga:
To wszystko, to wszystko
Ojczyzna jest twa!
Zwrócono także uwagę na stosunkowo dobrze zachowane wciąż, mimo eksploatacji, bogactwo przyrodnicze Polski, porównując je z przyrodą Niemiec, w których niemal zanikły naturalne, zróżnicowane lasy zastąpione przez jednolite gospodarcze plantacje drzew, nie mające ani uroku, ani wartości przyrodniczej, warte za to – jak w „Wróć do przyrody!” pisał Walenty Miklaszewski w roku 1905 – „sztuka w sztukę po kilkadziesiąt marek”. Dlatego też tym mocniej akcentowano konieczność ochrony owego dziedzictwa. Wybitny przyrodnik Marian Raciborski w 1908 r. wprowadził pojęcie „zabytku przyrody”, czyli takich elementów ekosystemu, które są związane z historią i kulturą narodu i dlatego należy je chronić przed zniszczeniem – jako świadectwo naszych dziejów. Coraz częściej zaczęły się pojawiać głosy wskazujące na konieczność urzędowego, ustawowego usankcjonowania ochrony przyrody. Jednak już wtedy zdawano sobie sprawę, że żaden rząd nie załatwi niczego za obywateli, dlatego postulowano tworzenie stowarzyszeń mających za zadanie dbałość o rodzimy ekosystem, starano się zainicjować silny ruch społeczny. Co więcej, wtedy to sformułowano postulat uznania ochrony dziedzictwa przyrodniczego za ważny element polskiej racji stanu. Ewa Łuskina w wydanej przez Towarzystwo Upiększania Krakowa broszurze „W obronie piękności kraju” z roku 1910 pisała, iż w imię ochrony przyrody powinno porzucić się wszystkie podziały, a na jej straży powinna stanąć „zjednoczona myśl polska”. Łuskina także, co było nowością, zwracała uwagę na niszczenie przyrody nie tylko jako efekt chciwości obcych, ale i bezmyślności samych Polaków.
Jednak za pierwszy całościowy, w pełni świadomy złożoności zagadnienia i przenikliwy głos w obronie przyrody ojczystej, za milowy krok na drodze kształtowania rodzimej myśli ekologicznej, uznaje prof. Kolbuszewski dorobek Jana Gwalberta Pawlikowskiego. Pawlikowski to człowiek-instytucja: ekonomista, profesor Akademii Rolniczej w Dublanach, badacz literatury polskiej (wydał „Króla-Ducha” Juliusza Słowackiego), członek Polskiej Akademii Umiejętności. Nade wszystko jednak człowiek o poglądach konserwatywnych, prezesa galicyjskiego Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego. To właśnie on w pracy „Kultura a natura” z roku 1913 stworzył podwaliny pod nowoczesny i adekwatny do sytuacji sposób myślenia o przyrodzie i przeciwdziałaniu zagrożeniom, jakie niesie dla niej ze sobą rozwój cywilizacyjny. Pawlikowski w swych rozważaniach silnie akcentował motyw patriotyczny oraz konserwatywny, dostrzegając blichtr i tandetę kultury i cywilizacji masowej. Bardzo celnie demaskował także uzasadnienia eksploatacji przyrody w imię „dobra człowieka”, za którymi to wzniosłymi hasłami kryły się często zwykłe przyziemne i partykularne interesy zachłannych grupek. Gdy jedni mówili o nieodzowności rozwoju, Pawlikowski poddawał krytyce wszystkie tzw. „żelazne prawa ekonomiczne”, wskazując, iż człowiek posiada wolną wolę i wybór i nie obowiązują go żadne „konieczności dziejowe”. Kładł także nacisk na pewien elitaryzm, krytykując masowe wyprawy w Tatry dokonywane przez ludzi przyzwyczajonych do wygód i żądających zabudowania gór szpecącą je infrastrukturą turystyczną, która niszczy ich pierwotne piękno. Uważał on, że kontakt z przyrodą i rozbudzenie miłości do niej powinny objąć jak najszersze rzesze, powinna to być jednak miłość prawdziwa i gotowa do wyrzeczeń, nie zaś płytka i komercyjna moda. Krytykował także dążenie do nadmiernej „specjalizacji” ochrony przyrody, czyli ograniczenia jej do kręgów naukowców-przyrodników. W myśli Pawlikowskiego pojawił się też bardzo ważny wątek, mianowicie wskazanie, iż ochrona przyroda jest niezwykle istotnym elementem etosu kulturowego, postawy człowieka naprawdę cywilizowanego. Jakby przewidując prymitywne ataki na ekologów, którym umysły małe i ciasne zarzucają chęć powrotu na drzewa i do jaskiń czy zniweczenia całego dorobku kulturowego, Pawlikowski pisał: „Hasło powrotu do przyrody, to nie hasło abdykacji kultury, to hasło walki o najwyższe kulturalne dobra”.
Jan Gwalbert Pawlikowski stworzył podwaliny nie tylko pod ideologiczny aspekt polskiej ekologii, ale i pod jej przełożenie na działalność praktyczną. Już po odzyskaniu niepodległości opublikował pracę „O celach i środkach ochrony przyrody”, będącą swoistym programem narodowej ekologii. Razem z Władysławem Szaferem doprowadził do powstania w 1928 r. Ligi Ochrony Przyrody, a w 1934 r. miał ogromny wpływ na uchwalenie ustawy o ochronie przyrody. Ten pierwszy polski ekolog z prawdziwego zdarzenia nie odniósł jednak zbyt wielkich sukcesów, zmagając się ze współczesnymi mu barbarzyńcami. Jan Alfred Szczepański pisał w 1939 r., już po śmierci Pawlikowskiego: „umierając widział Jan Gwalbert ruinę swych ideałów /…/ widział iż obecna realizacja jego wielkiej idei – Parku Narodowego Tatrzańskiego – jest symbiozą z nowotworem kolejek i infekcją ceprostrad, jest kapitulacją przed niszczycielskim już swą liczebnością tłumem. Czyż nie ma nikogo, kto by wiernie i całkowicie stanął za Janem Gwalbertem?/…/ Łasi na forsę górale stanęli w pierwszym szeregu niszczycieli Tatr”.
Pawlikowski przegrał z tymi, których bożkiem był Złoty Cielec, którzy wypisali na swych sztandarach „miasto – masę – maszynę”. Ale jego dzieło zostało podjęte przez współczesne środowiska ekologiczne, broniące nadal polską przyrodę przez zalewem głupoty i chciwości. Jest jednak pewien bardzo smutny rys dzisiejszych konfliktów w obronie przyrody. Kiedyś konserwatywny narodowiec Pawlikowski stał w pierwszym szeregu obrońców przyrody, dzisiaj konserwatywni narodowcy stoją w pierwszym szeregu tych, którzy obrońców przyrody zaciekle zwalczają. Dzisiaj politycy partii z przymiotnikiem „narodowe” w nazwie, o Pawlikowskim w życiu nie słyszeli, a posłowie tego – i nie tylko tego, niestety – ugrupowania jak jeden mąż głosują za uczynieniem z Tatr komercyjnego lunaparku pod pretekstem igrzysk olimpijskich, przymilając się do „patriotycznych i religijnych” górali, którzy tak jak w czasach Pawlikowskiego marzą jedynie o zarobieniu jak największej forsy kosztem gór, przyrody i własnych tradycji zamienianych w skansen, groteskowy i śmierdzący na kilometr sztucznością. Obrońców przyrody dzisiejsi „narodowcy” określają mianem „sekty”, choć sami należą do najpotężniejszej z nich: do sekty – jak ją nazwał Marcin Król – omamonionych. Jakie czasy, taki i patriotyzm, takie narodowe wartości, taka tradycja…
Abstrahując jednak od ideowej degrengolady współczesnej prawicy, należy stwierdzić, że ekologia nie jest ani współczesnym wymysłem lekkoduchów, ani przywleczoną ze wschodu lub zachodu modą, ani lewackim sposobem na niszczenie tożsamości narodowej, ani marginalnym wątkiem eksploatowanym przez jakichś frustratów i utopistów. Książka profesora Kolbuszewskiego i podane w niej przykłady (a przywołałem jedynie część z nich) wskazują wyraźnie, że jest ona zakorzeniona w etosie narodowym, ma na naszym gruncie bardzo długie i bogate tradycje, angażowała najwybitniejsze umysły, a środowiska podkreślające wagę ochrony przyrody przed zakusami jej jawnych i niejawnych niszczycieli czyniły to przede wszystkim w trosce o los kraju, w imię patriotyzmu i dobra wspólnego.
To wszystko powinno do czegoś zobowiązywać środowiska określające się mianem „narodowych”, „prawicowych” i „patriotycznych”, a ich zaangażowanie w ochronę przyrody i stosunek wobec jej zagrożeń możemy śmiało potraktować jako jeden ze wskaźników ich rzeczywistego patriotyzmu, prawicowości i troski o narodowe interesy. Po owocach ich poznacie…
Autor: Remigiusz Okraska
Pełny tytuł: “Patrioci i ekologia. Czytając po latach „Ochronę przyrody a kulturę” Jacka Kolbuszewskiego”
Źródło drukowane: „Phalanx” nr 3, wiosna 2002
Źródło internetowe: “Obywatel”








